Recenzje

2019-02-14
Perfect Son - "Cast"
Tobiasz Biliński vel Perfect Son jest pierwszym polskim artystą, który wydał płytę w legendarnej wytwórni SubPop. Premiera albumu "Cast" już jutro.
Wykonawca: Perfect Son
Wytwórnia: SubPop / PIAS Poland
Rok wydania: 2019

Słowa potrafią wszystko. Od ich doboru, sekwencji, umiejscowienia i płynnego szyku zależą losy tego świata. Nawet dwa słowa potrafią poruszyć maszynę chaosu: „lub czasopisma”, „me too”, „vote leave” czy „spieprzaj dziadu”... Uwielbiamy hasła, słowa kluczowe, polegamy na sloganach, metkach, markach – bo to one jak zaklęcia rozlewają nam w mózgach i duszach eliksiry lub truciznę. Dwa słowa sprawiły, że nowa płyta Tobiasza Bilińskiego vel Perfect Son przykuwa uwagę muzycznego świata w Polsce: Sub Pop. Metka jednej z najsłynniejszych, prawdziwie legendarnych wytwórni płytowych sprawia, że krążek Cast jest owiany elektryczną magią jeszcze przed startem, zanim go usłyszymy. To niewątpliwe wyróżnienie i wielki sukces dla polskiego artysty – chociaż nie pierwszy; wspomnijmy choćby Skalpel, którzy kilkanaście lat temu wpadli w ucho ludziom z Ninja Tune. Sub Pop kojarzy się jednoznacznie – z brzmieniem Seattle przełomu lat 80 i 90. Tu zaczynała Nirvana i Soundgarden, tu znaleziono Mudhoney i Green River, tu zaistnieli Band of Horses, Fleet Foxes i The Gutter Twins. Co to oznacza dla Perfect Son? Sporą historię i doborowe towarzystwo. A dla jego słuchaczy? Absolutnie nic, co można założyć z góry i wiedzieć bez choćby pobieżnego zapoznania się z jego krążkiem.

To co ma znaczenie, to kontekst w jakim Cast przychodzi na świat: to konsekwencja poprzedniego projektu Bilińskiego o nazwie Coldair. Jego trzy albumy, każdy o odmiennym umaszczeniu, efektownie eksponowały głos Bilińskiego na tle statycznej, instalacyjnej elektroniki, oszczędnych biodegradowalnych gitar i atmosfery domowego zacisza. Te zgrabne krążki, przypominające jako żywo solowe wygibasy Thoma Yorke’a i Mariusza Dudy (Lunatic Soul), były czymś w rodzaju szafy z klockami lego – poligonu do zabaw z muzyką, prób pisania ciekawych piosenek i niebanalnych tematów dla własnej uciechy i odkrywania swojej pomysłowości. Tymczasem Cast, chociaż nie zapomina o dorobku Coldair, to jednak zostawia go machającego na pożegnanie na peronie. Pomimo iż Biliński od samego początku czuł się swobodnie na arenie międzynarodowej, to jednak dopiero teraz zgotował materiał, który rozświetli jego imię na dobre. Różnica w pewności siebie artysty jest zasadnicza; każda z piosenek usiłuje wyskoczyć z ram albumu, wpychając się na siłę przed soczewkę i eksponując swoją kompozycję. To moment, w którym artysta nabiera szlachetności i doświadczenia, dojrzałości i tożsamości. Takie płyty jak Cast nie bywają debiutami, one przychodzą dopiero potem.

Ale czym właściwie jest Cast i jak brzmi? O ile Coldair był bardzo intymny, nieśmiały, przyjazny w obsłudze, a czasami wręcz zimny, o tyle Cast to wyzwanie. Jest głęboki, nasycony, bogaty aranżacyjnie, nastawiony zarówno na dynamikę jak i na obnażającą się neurotyczność. To już nie przygrywanie drzewom w lesie i obrazom w galerii – teraz gramy ludziom, miastu, szaleństwu świateł, aromatów, głosów i barw. Nadal w epicentrum stoi głos Bilińskiego, lecz jego dźwiękowa kapsuła to pędzący ulicami ambulans z napisem KREW i wiatr trzaskający okiennicami Akademii Sztuk Pięknych. To dynamiczna, taneczna elektronika, jaka sprzyja takim projektom jak Goldfrapp, Ladytron czy The Soft Moon, a jednocześnie liryczne impresje ujęte w kryształowe chwile zadumy i epifanii. Cast jest koktajlem odwagi i wrażliwości, doświadczenia i młodzieńczych snów. To bezpardonowe przekraczanie granic gatunkowych, mentalnych i emocjonalnych, które jako ludzie narzucamy sobie przecież sami. W zadziwiający a jednak oczywisty sposób, Cast dokumentuje postęp muzyki, dla której wczorajsze innowacje są dziś naturalną rzeczywistością. I nie ma znaczenia czy ta płyta powstała w Polsce czy stanie Waszyngton, to jest poziom muzyki, jaki obecnie obowiązuje każdego.

Cast nie jest rewolucją, nawet jeśli mówimy tylko o rynku polskim, który błyskawicznie nadrabia lata grajdolenia i zacofania. Nowe pokolenie muzyków nie zna starych problemów, więc ich zwyczajnie nie ma. My słuchacze podejdźmy zatem do Cast na spokojnie i z ciekawością, bez obowiązkowego marszu i zachwytu jak w szkole na „Ogniem i mieczem”. Niech Perfect Son będzie dla nas przyjemnością i rzeczą indywidualną, a nie powodem do strojenia się w biało-czerwone pióropusze.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load