Recenzje

2019-02-18
Ian Brown - "Ripples"
Były wokalista grupy The Stone Roses wydał siódmy solowy album studyjny. Czy warto było czekać aż 10 lat na to wydawnictwo? Na to pytanie odpowiedział Jakub Oślak.
Wykonawca: Ian Brown
Wytwórnia: Universal Music Polska
Rok wydania: 2019

Ostatni rok i klimat wydawniczy przyniósł sporo solowych płyt brytyjskich legend. Z grubsza rzecz ujmując, są to jednak rzeczy zbyteczne, jeśli nie całkowicie niepotrzebne. Paul Weller dostarczył świetną płytę, ale przy jego płodności twórczej jakaś musiała się wreszcie trafić. Bracia Gallagher wydali płyty poprawne, być może nawet najlepsze w ich osobnych dorobkach, ale poza możliwością zapisania się w głowie na dłużej, bez cienia dawnego szaleństwa. Richard Ashcroft i Morrissey zupełnie przekombinowali, nagrywając płyty pretensjonalne, udawane, naciągane, nieinteresujące. Johnny Marr niby w porządku, ale już zdążyłem zapomnieć. Damon Albarn - lepiej nie mówić i nie słuchać. Czas zatem przyjrzeć się temu, czym łaskawie obdarzył nas Ian Brown.

Niestety, tu też dobrze nie jest. Frontman The Stone Roses zdążył już przyzwyczaić nas do wahań swojego nastroju twórczego, lawirując wśród rzeczy tanecznych, gitarowych, rytmicznych, akustycznych, klubowych, elektronicznych, stanowiących pretekst do eksponowania swojego niedoskonałego acz naturalnego głosu. Legenda Browna to oczywiście arcygenialna, debiutancka płyta Roses, specyficzny urok osobisty i zaczepne podejście do otaczającego świata. To żywa odpowiedź na brytyjskie gusta i muzykę pop jaką lubią najbardziej, w postawionych kołnierzykach, barwach klubowych i z ochotą na rekreacyjną bójkę. Ale poza Anglią to się nie liczy, a pozostała po wizerunku muzyka wypada po prostu mizernie, nudno, i jak już pisałem, zbytecznie. To strasznie boli.

Ripples jest płyta która być może nie usiłuje wprost transmitować oryginalnego brzmienia Roses, ale wyraźnie w jego kierunku spogląda. Oczywiście głosu Browna już od dawna nie określa się jako młodzieńczy, a jego osobisty talent kompozytorski, bez wiernego Johna Squire u boku, jest wyraźnie uboższy. Owszem, jest tu gdzieś ten charakterystyczny groove jaki miały najlepsze numery Roses takie jak „She Bangs The Drums” czy „ Made of Stone”. Słowa Browna nadal pozostają marzycielskie i narcystyczne, ale już jakby z większą refleksją niż kiedyś. Dobrze wypadają też te numery, które nigdzie się nie spieszą i nie imitują Roses; jest w nich coś z Primal Scream, odrobina twórczego szaleństwa i przeżywania swojej artystycznej chwili. Ale, to są tylko chwile.

Ripples to zakalec; coś co miało dobrze wyrosnąć, ale jakoś nie wyszło. Nie można odebrać Brownowi, aby nie chciał i nie próbował; przynajmniej nie skupia się wyłącznie na kuponach po Roses. Ale problem polega nie na chęciach, lecz efekcie końcowym. Artystę należy poznawać nie tylko po zasługach, ale przede wszystkim bieżących dokonaniach. Tym razem, tylko dla fanów.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load