Recenzje

2019-03-13
Dream Theater - "Distance Over Time"
13 lipca grupa Dream Theater wystąpi na warszawskim Prog In Park. W oczekiwaniu na to wydarzenie zapraszamy do lektury recenzji nowej płyty "Distance Over Time".
Wykonawca: Dream Theater
Wytwórnia: Sony Music Poland
Rok wydania: 2019

Granie muzyki powinno sprawiać radość muzykowi, a słuchanie jej słuchaczowi. To naczynia połączone; gdy muzyk ma radość z grania, słuchacz momentalnie to czuje i reaguje pozytywnie. Gdy jest na odwrót, gdy muzyk ewidentnie męczy się i najchętniej poszedłby na piwo albo spać, słuchacz uczyniłby to samo, chociaż niekoniecznie w towarzystwie muzyka. Pozytywna energia płynąca od słuchaczy wraca zresztą do muzyka, co z kolei dopinguje go do jeszcze lepszej gry i tak w kółko. Ta cyrkulacja pozytywnych wibracji jest nieodłącznym elementem dobrych koncertów, takich które zapamiętujemy. Towarzyszy ona także płytom, dlatego że to one pchają nas do udania się na koncert. Najtrudniej jest oczywiście zacząć cały ten cykl, szczególnie po okresie zastoju i zapaści. Distance Over Time, po pożodze jaką było The Astonishing (oraz kilka płyt ją poprzedzających), ma wszelkie predyspozycje, aby na dźwięk marki Dream Theater znów mocniej zabiły serca jej fanów.

Powiedzmy sobie otwarcie, nie jestem ani znawcą twórczości Dreamów, ani też fanbojem Mike’a Portnoya, ale nawet ja słyszę, że po jego odejściu i nastaniu za perkusją Mike’a Manginiego coś się zmieniło, na gorsze. I nie jest to wina samego Manginiego, lecz zawirowania dynamiki w zespole. Stery na dobre przejął John Petrucci i to jego ego oraz coraz większe muskuły i coraz gęstsza broda, zaćmiły słońce Dream Theater, właśnie na The Astonishing. Do muzyki Dreamów dawno przylgnęła ironiczna, „epicka” łatka, więc gdy epicki zespół próbuje nagrać epicką, podwójną, koncepcyjną prog-metal-sci/fi-operę, po prostu musi z tego wyjść tragikomedia na miarę Ayreon. Pomijam głos fanów ortodoksyjnych, dla których zjazd twórczości Dreamów rozpoczął się jeszcze za Portnoya, na Octavarium; ale w obliczu podwójnej epickiej płyty wymiękli po prostu wszyscy, łącznie z Dreamami. Wydawało się, że jeden z najcenniejszych zespołów progresywnych zwyczajnie się wyczerpał.


Tymczasem, zaskoczenie. Na nowym krążku słychać coś, co w mętliku koncertowania, nagrywania i coverowania klasyki rocka gdzieś umknęło: radość. To jakby w tył zwrot i głęboki ukłon w stronę tych wartości, za jakie zespół został uwielbiony na Images and Words. Nie chcę przez to powiedzieć, że Distance Over Time jest krążkiem równie dobrym, ale to, że uderza w podobne nuty i dynamikę. Słychać jest, że znów mamy do czynienia z zespołem, a nie wodzem (Petrucci), błaznem (LaBrie) i wyrobnikami. Skoro już wspominam Jamesa LaBrie, jego śpiew i wokalna maniera – dla wielu czerwona płachta i najsłabsze ogniwo tej muzyki – brzmi tu conajmniej nienagannie. Distance jest płytą przebojową, wyluzowaną, radosną – i dramatyczne pianie LaBrie pasuje tu jak ulał. Kiedy ostatnio ich utwór wpadł w ucho od pierwszego usłyszenia? 15 lat temu na Train of Thought („As I Am”)? A tu już na starcie mamy parę „Untethered Angel” i „Paralyze”, równie mocne co przebojowe.

Distance Over Time słucha się z przyjemnością na wielu płaszczyznach. Po pierwsze, jest to radość z powrotu pewnej wartości, która jak wielu sądziło odeszła na zawsze. Po drugie, jest to krążek, który znacząco spuszcza powietrze z tego balonu jakim stało się Dream Theater; mniej tu nacisku na „prog”, a więcej na „metal”. Muzycy są świadomi świata w którym żyją i oddają to w swoim brzmieniu, mieszając elementy klasycznego heavy metalu z nowoczesnym, „technicznym” progiem. Znalazł się nawet ukłon w stronę Marillion, gdyż tak interpretuję utwór „Barstool Warrior”, żywo nawiązujący do tematyki i elementów płyty Clutching at Straws. Co najważniejsze, Distance nie będąc albumem koncepcyjnym, brzmi bardzo płynnie i logicznie. Album ma swoją wyraźną dramaturgię, jest ciekawie zaaranżowany i wciąga jak dobry film. Do tego krążka chce się wracać i chociaż nie jest przesadnie nowatorski, to nadal brzmi jak krok naprzód, w dobrym kierunku, z powrotem na szlaku.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load