Recenzje

2019-05-07
Lamb - "The Secret Of Letting Go"
Po pięciu latach ciszy z nową płytą powróciła brytyjska grupa Lamb. Oto nasza recenzja napisana przez Jakuba Oślaka.
Wykonawca: Lamb
Wytwórnia: Cooking Vinyl
Rok wydania: 2019

Lata 90 w muzyce miały wiele interesujących obliczy, które jednakże od tamtej pory w większości pokryły się pajęczyną. Był grunge, był uliczny hip-hop, był brit-pop, była alternatywa i europejska taneczna tandeta; wreszcie, była elektronika. To był jej czas - od rave'ów na ekstazie przez chill-out i ambient, po jungle, trip-hop i woltyżerkę na samplach. To wszystko poznikało, lub zamieniło się w relikt, wykopalisko, w najlepszym razie obiekt nostalgii. Pionierskie style elektroniki, nazywane dla uproszczenia nowymi brzmieniami, odeszły w niebyt. Najwięksi ówczesni producenci, DJ'e i domorośli dłubacze, obok których nie przeszli obojętnie nawet David Bowie czy Madonna, wrócili do podziemnych korzeni. Przykładów nie zacznę nawet wymieniać; grunt, że duet Lamb z Manchesteru do tej grupy należał. Rok 1996 i debiutancka płyta, miks gorącego wówczas drum'n'bassu i chłodnego acid jazz, poetycki głos Louise Rhodes kontrastujący z poszukującą elektroniką, mimowolny przebój "Górecki"... Być może nie byli zbyt nowatorscy - czerpali bez opamiętania ze wszystkiego co ich otaczało - ale zapisali się w umysłach jako rzecz stylowa, relaksująca, elektryzująca, malownicza i niebanalna. Muzyka elektroniczna jest symbolem postępu technologicznego - wyjątkowo szybko ulega dewaluacji. To, co przed chwilą brzmiało nowocześnie, jutro idzie w kąt, jak zabawka która się znudziła lub zepsuła na zawsze. Poza tym, sąsiedzi mają lepsze, nowsze - więc trzeba znowu ruszyć na poszukiwania. Wydawało się, że Lamb podzieli los tych zabawek, chociaż usiłowało przetrwać. Oto rezultat kolejnej takiej próby.

The Secret Of Letting Go brzmi jak łabędzi śpiew duetu i nie chodzi tu tylko o sam tytuł, ale o brzmienie, które pozornie nie wnosi do osiągnięć Lamb nic nowego, a jednak porywa pięknem i świeżością. Jestem zaskoczony jak to wszystko do siebie pasuje. To jest jak nowa odsłona tej samej gry video, oddalona od pierwowzoru o ponad 20 lat. Słychać znajome, tropikalne trąbki, znowu wiercą w nas połamane drumy, czuć ciężkie wyładowania syntezatorów i wszelkiego rodzaju cyfrowych modulacji dźwięków; nade wszystko, porywa głos Lou Rhodes, kiedyś przypominający Bjork, lecz z własną niepodważalną tożsamością (tej samej klasy co Tracy Thorn, Beth Gibbons, Goldfrapp i Karin Dreijer). Niby to samo, a jednak inaczej; da się tu wyczuć echo współczesności, którą Lamb zawsze słuchali z uwagą.


Są głębokie wyładowania basu i ciężko posuwający się rytm. Jest miasto ("Illumina"), jest rap ("Moonshine"), jest zachwyt krajobrazem ewoluującego świata ("Armageddon Waits"), jak i pokłon przed zachodzącym słońcem ("Phosphorus"). Mimo iż obcujemy z elementami elektroniki dynamicznej, to jednak są one ułożone w ilustracyjne kompozycje, w których świat przesuwa się nam jak na przeźroczach. To, co zawsze było siłą Lamb obowiązuje i tu - wielobarwność i różnorodność. Każda z piosenek jest odrębną opowieścią i chociaż czasami trudno je do siebie dopasować, to jednak tworzą niesamowitą, kalejdoskopową opowieść. Nic tu nie brzmi jak naznaczone czasem, gustami ani koncepcyjnością; to szczery i niewymuszony ciąg dalszy, który docenią zarówno fani Lamb, jak i zupełnie nowe dusze.

O sile tego albumu świadczy nie tylko kontynuowanie klimatu z lat ubiegłych, ale impuls do ponownego ich odkrycia. Kompaktowy krążek z debiutanckim Lamb stoi u mnie na najniższej półce, bardziej w zasięgu kota, niż moim. Po przesłuchaniu The Secret Of Letting Go chciałem jak najszybciej skonfrontować swoje obserwacje z dawną sympatią, o którą mówiąc wprost przestałem dbać (podobnie jak Leftfield, Tosca, Autechre, Royksopp, DJ Shadow, Amon Tobin i dziesiątki innych). I byłem zaskoczony, jak ta stara płyta świetnie brzmi! Być może Lamb nigdy nie przynależyli w stu procentach do tamtych czasów, a być może po cichu je wyprzedzili. Grunt, że The Secret Of Letting Go stawia tego pionka z powrotem na planszy i każe obserwować jego kolejne posunięcia z radością i oczekiwaniem na więcej. Gdy cały świat nie przestaje hołubić styl śpiewu Florence Welsh, spory ułamek tego zachwytu należy się właśnie Lou Rhodes, z jej bardziej domową barwą i intymną ekspresją, osobistą i liryczną. Tym bardziej, że tak jak wspomniałem wyżej - The Secret Of Letting Go brzmi jak płyta, którą duet chciałby zamknąć swoje sprawy, pokazując po raz ostatni, że potrafi wyciąć z muzyki coś magicznego, tajemniczego i nietuzinkowego. Z drugiej zaś strony, może być zupełnie nowym początkiem, czymś co Lamb próbują schwytać od kiedy wrócili przed kilkoma laty do czynnego grania i pisania. Tak czy owak, to znakomita płyta, która przynesie swoim słuchaczom dużo radości, oraz może mocno zaskoczyć tych, którzy zarówno zawiedli się ostatnim UNKLE i Aphexem, jak i wciąż czekają na Godota z Bristolu.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load