Recenzje

2019-07-08
Thom Yorke - "Anima"
""Anima" porywa do tańca ciałem i mózgownicą, jest płytą otwartą i elastyczną na wszelkie sposoby odbioru: można razem z nią raźno przemierzać Neo-Tokio, jak i medytować przy niedzielnej herbacie" - to fragment naszej recenzji nowej płyty solowej Thoma Yorke'a autorstwa Jakuba Oślaka.
Wykonawca: Thom Yorke
Wytwórnia: XL Recordings / Sonic Records
Rok wydania: 2019

Ostatni album Radiohead został przyjęty gremialnym ziewnięciem oraz utyskiwaniem audiofilskich neofitów. Z kolei ostatnie dwa solowe albumy Thoma Yorke’a można śmiało nazwać a) wypocinami (Tomorrow’s Modern Boxes), b) muzyką niełatwą nawet dla jego fanów (Suspiria). Sam Thom otwarcie przyznawał się do zatoru twórczego i niepokoju o stan swojej animy, czyli – wg Junga – kobiecej strony psychiki mężczyzny, odpowiedzialnej za intuicję, inspirację, kreatywność, itd. Ów niepokój, paradoksalnie, stał się inspiracją sam w sobie i sprawił, że Yorke – wespół oczywiście z Nigelem Godrichem – sprokurował płytę skromną, nieśmiałą, ale niezwykle witalną i urzekającą. Album ukazał się bez fanfar, jakby tylnymi drzwiami, choć nie bez wsparcia cichego marketingu i krótkiego filmu w reżyserii samego Paula Thomasa Andersona. Fani mogą spać spokojnie – Thom i jego anima mają się doskonale, a sama płyta jest ciętą ripostą na wszelkie wyrazy niezadowolenia.

Thom czuje się wyraźnie lepiej w otoczeniu muzyki elektronicznej, niźli gitarowej. Jest dobitnym przykładem na to, że w muzyce podziały nie istnieją, podobnie jak w ludzkiej duszy, i nie trzeba szarpać strun i smęcić łzawych ballad, żeby ukazać ową duszę ludzkiemu szkiełku i oku. Thom od wielu lat udowadnia, że muzyka przemawiająca przez elektronikę potrafi nieść piękno, smutek, radość, niepokój i twórczy gniew nie gorzej niż rock’n’roll, jeśli tylko potrafimy jej wysłuchać. To niby wyświechtane frazesy, ale niestety nadal aktualne. Wciąż wiele osób pozostaje nieczułych na „ducha w maszynie”, nie rozumie i nawet nie usiłuje zrozumieć. W maszynie nie ma buntu, stylu i pazurów, tylko software. To nie wyuczone przez pokolenia rzemiosło, lecz perfekcyjny program japońskich naukowców w fartuchach i rękawiczkach. To nie schody do nieba ani autostrada do piekła; to Matrix, Skynet i Weyland-Yutani. To Neo-Tokio, które przecież już za chwilę w tym roku spotka zagłada.


Jeśli Anima nie przekona tych ostatnich niedowiarków do muzyki płynącej przez elektronikę, to znaczy, że nie ma już dla nich ratunku. To hipnotyzujące ilustracje fobii i koszmarów, jakie lider Radiohead usiłuje wyrzucić z siebie i wykorzystać jako źródło zasilania. Jego kompozycje dawno nie brzmiały tak wielobarwnie, dynamicznie i wciągająco; z powrotem tańczymy jak opętani w jego grze video, gdzie razem z bandą ze Stranger Things uciekamy przed Wielkim Złem i końcem retromanii. Anima to fascynacja nowoczesnością, jak i wstręt i strach przed nią; to wykorzystanie jej najsilniejszych atutów do walki z powierzchownością i pustką jaką sama niesie. To dźwięki, które mogą być elementem tożsamości dnia dzisiejszego, bez potrzeby nachalnego odzysku skarbów przeszłości i bawienia się nimi z większym entuzjazmem, niż czyniliśmy to wtedy. Aby wypełnić tą pustkę wystarczy czasem spojrzeć dalej niż czubek własnego nosa utkwiony w czarnym lustrze.

Anima porywa do tańca ciałem i mózgownicą, jest płytą otwartą i elastyczną na wszelkie sposoby odbioru: można razem z nią raźno przemierzać Neo-Tokio, jak i medytować przy niedzielnej herbacie. Thom doskonale czuje złoty środek pomiędzy artyzmem, koncepcją i metodą, jak i „fabułą” płyty i poszczególnych kompozycji - po prostu dobrą zabawą. Anima bawi i cieszy, mimo iż nie jest pogodna i wesoła; jest to ten rodzaj radości, jaki odczuwamy z obcowania z doskonałą muzyką i udanym dziełem sztuki. Nie mam wątpliwości, że to najlepsza z solowych płyt Thoma, chociaż nie powinniśmy brać jej tą samą miarą, co pisanej dla filmu Suspirii. To te same futurystyczne przypowieści, co nie tak odległy w czasie The King of Limbs, chociaż tamta płyta Radiohead była przeładowana oczekiwaniami. Na Animie to nie ciąży; tu mamy okazję podejść do muzyki Thoma na świeżo, tabula rasa, i ponownie odkryć jak silnie twórczym jest człowiekiem. I razem z nim odkryć i obudzić naszą własną animę.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load