Recenzje

2019-08-08
Blitzkrieg - "Holy War (reedycja)"
Po 28 latach od premiery ukazała się reedycja "Holy War" łódzkiej grupy Blitzkrieg - jednego z najbardziej niedocenionych polskich albumów wydanych w latach 90-tych ubiegłego wieku.
Wykonawca: Blitzkrieg
Wytwórnia: Chaos Management
Rok wydania: 2019

Z tamtych lat najwyraźniej zapamiętałem okładkę. Świat jest mały; dziś wiem, że odpowiadał za nią Wojciech Smarzowski. Wtedy przyciągała uwagę: nagich pośladków, i nie tylko, nie oglądało się na okładkach kaset w powszechnym obiegu. Zwykle były to zatroskane oblicza gwiazd, artystyczne kompozycje w stylu Depeche Mode czy The Cure, oraz trupy i zniszczenie na okładkach metalowych. Ale nie ona była tu najważniejsza, chociaż dodawała posmaku obcowania z owocem zakazanym; tu chodziło o brzmienie, którego wartość, śmiem twierdzić, doceniamy dopiero teraz. Wtedy łódzki Blitzkrieg mógł spokojnie uchodzić za coś z Zachodu; nie byli wierną kopią nowej fali przywiezionej na płytach przez kogoś z Anglii, lecz wyrazem fascynacji muzyką, potrzeby ekspresji i głodu sukcesu. Ten zespół był gotowy na sukces: angielskie teksty i głos, który umiał je zaśpiewać; gitary i sekcja rytmiczna, która potrafiła coś więcej niż punk, post-punk i proste gotyki; świetna produkcja i aranżacje, oraz wampiryczny klimat, w tym chórki, skrzypce oraz przemycona Carmina Burana. Tylko że sukces nie był gotowy na Blitzkrieg, którzy zgodnie ze swoją nazwą załatwili sprawę błyskawicznie.

Ich historia nadaje się na film, być może w reżyserii Smarzowskiego. Ile takich żywotów mieliśmy w polskim rocku? Chłopaki i dziewczęta chcieli coś zrobić, jakimś cudem dochrapali się instrumentów, mieli młode głowy i serca pełne pomysłów, ale żyli w dogorywającym PRL-u, w fabrycznej Łodzi. Gdy zaczynali grać na scenie – tak to sobie wyobrażam – musieli siać czar zniszczenia. Oto mamy kogoś, kto niby jest elementem polskiej nowej fali, ale brzmi inaczej, jak gwiazdy znad Tamizy lub Mersey. Mówi się, że czerpali z The Cure i Bauhausu, ale kto wtedy nie czerpał niech pierwszy rzuci kamieniem. Moim zdaniem bliżej im do Echo & The Bunnymen lub The Bolshoi. Fryzury się zgadzają, czarne kurtki też; unosi się wokół nich słodki zapach stylowej wrażliwości. Żyjemy w trudnym czasie, ale muzyką niesiemy piękno i poezję, artyzm i przebojowość, a nie tylko gniew i cień wieży fabryk. Nie trzeba długo słuchać Holy War aby stwierdzić, ile tu materiału na przebój, ile chwytliwych melodii i łatwych do zapamiętania słów za zasłoną języka obcego. Blitzkrieg nosili wszelkie znamiona muzyki pop, takiej jak INXS czy Midnight Oil, chociaż wówczas taka łatka zapewne byłaby dla nich ujmą.


Gdy Holy War oglądała światło dzienne na kasetach, głównie pirackich, Blitzkrieg dobiegał swojego żywota. Machina wygrała z duszą, nie pierwszy i nie ostatni raz. Ta płyta mogła być początkiem wielkiego sukcesu, ale los wybrał inaczej; stała się pamiątką z przeszłości, poszukiwanym dokumentem innego czasu, który tak lubimy obecnie rozgrzebywać. Dla muzyki to doskonała informacja; być może po 30 latach nadszedł wreszcie odpowiedni czas, aby przyjrzeć się tej płycie ponownie (lub w większości po raz pierwszy). Okładka uległa przemianie, chociaż pośladki nadal tu są. Wolałem starą wersję – lepiej wpisywała się w swój czas, w estetykę wizualną płyt Kultu, Armii, Moskwy, Izraela, itd. Za to brzmienie pozostało takie samo i jak pisałem wcześniej – słychać jest je donioślej, niż wtedy. Jeszcze jeden fakt: ten krążek ukazał się w czasie, gdy przez świat muzyczny w Polsce przechodziło tornado grunge’u i polskiego rocka. Holy War, chociaż blisko mu do brzmienia Mother Love Bone, protoplasty grunge’u, to zupełnie inna bajka; i chociaż wywodzi się z tej samej polskiej rzeczywistości co Hey czy Wilki, to jak pisałem wcześniej, nie brzmi jak polski zespół.

Dziś en masse myślimy o muzyce inaczej i takie pojęcia jak mainstream czy alternatywa mocno się zamazały; ale wtedy, jeśli nie brzmiałeś komercyjnie, twoje dni były policzone. I jest to jakaś ironia, dlatego że w Holy War potencjału komercyjnego było dużo, co media próbowały podchwytywać. No, ale wyszło jakoś inaczej. Muzycy rozjechali się po świecie, każdy w swoją stronę, zostawiając marzenie któremu na imię Blitzkrieg za sobą. Czy po tylu latach ich muzyka padnie na lepszy grunt, a zespół wykorzysta drugą szansę? Grunt tak, szansa nie. Na pewno o sukcesie komercyjnym mowy nie ma; ale nie o to dziś chodzi. Pojęcie sukcesu jest dziś zresztą bardzo subiektywne. Ta płyta, w odświeżonym wydaniu, jest potrzebą artysty, który wie, że dokonał czegoś ekstra – wyprzedził peleton, wyrwał się z kwadratowego myślenia nieopierzonego słuchacza. Na Blitzkrieg, z płyty i na żywo, czeka wielu sympatyków, których w lepszym dla muzyki czasie nie brakuje. W rękach i sercach zespołu pozostaje, aby Blitzkrieg ponownie stał się ciałem, choćby na chwilę i tylko w Łodzi, i oby znów wzniecili tuman kurzu świętej wojny. Nam pozostaje słuchać i doceniać. Powodzenia!

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load