Recenzje

2019-09-09
Lana Del Rey - "Norman Fucking Rockwell"
Szósty album Lany Del Rey to pozycja, która nie zaskoczy fanów tej artystki. Przynosi muzykę pełną rozmarzonych i melancholijnych brzmień.
Wykonawca: Lana Del Rey
Wytwórnia: Universal Music Polska
Rok wydania: 2019

Norman Rockwell – człowiek z tytułu płyty istniał naprawdę. Kącik wiedzy z Wikipedii: Rockwell żył w latach 1894-1978. Był amerykańskim malarzem i ilustratorem, znanym z bycia autorem okładek dla „The Saturday Evening Post”. Przez całą płytę Lany Del Rey przewijają się różne odniesienia do popkultury, miejsc, postaci związanych z Ameryką. Ze szczególnym wyróżnieniem Kalifornii: „Venice Bitch” i kompozycja „California” oczywiście, ale też „Doin’ Time”- cover utworu kalifornijskiej grupy Sublime. Do tego „Cinnamon Girl”, czyli tytuł wzięty od Neila Younga – Kanadyjczyka, który jednak mieszka w Kalifornii (i tylko tytuł, bo nie jest to cover).

Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi w kontekście niektórych słów w tytułach i tekstach utworów – album ten oferuje dojrzałe, marzycielskie, rozmarzone, melancholijne brzmienie. To nic nowego u Lany Del Rey, ale tym razem tej melancholijności jest jeszcze więcej. Album zaczyna się smyczkami niczym z bajek Disneya w utworze tytułowym – „Norman Fucking Rockwell”. Końcowe trzy utwory to zaś apogeum wyciszenia. Bardzo ładne „Bartender” (tytuł, a szczególnie „t” momentami śpiewane w stylu ciuchci) oraz „Hope Is A Dangerous Thing For a Woman Like Me To Have – But I Have It”. Obie kompozycje rozpisane tylko na fortepian i głos przedzielone utworem „Happiness Is A Butterfly” z standardowym jak na ten album zestawem: smyczki i fortepian plus do tego delikatna gitara.


Więcej na tym albumie gitary akustycznej niż elektrycznej, choć ta druga ma swoje kilkanaście sekund w głównej roli w postaci sola w „The Greatest” – najbardziej podniosłej kompozycji w zestawie. Najżywszym utworem na płycie i najbardziej wakacyjnym (choć czas lata już praktycznie za nami) jest trip-hopowo brzmiący, wspomniany wcześnie „Doin’ Time”. Elektronika dochodzi w „Fuck It I Love You”, „Cinnamon Girl” czy „The Best Next American Record”, zaś automat perkusyjny wybija rytm w walczyku „How To Disappear”. Ukoronowaniem płyty jest „Venice Bitch” – najdłuższy w karierze artystki utwór. Trwa prawie dziesięć minut i im dalej w las, tym jest ciekawszy. Mamy i gitarę elektryczną i różne zabawy elektroniką, a to wszystko zabarwione psychodelią. Przy tym wszystkim ma to ciągle melancholijny posmak. Dużo na albumie ładnych rzeczy, takich jak np. „Mariners Apartment Complex” czy „California” – na te dwie kompozycje też warto zwrócić uwagę.

„Norman Fucking Rockwell” – następca wydanego dwa lata temu „Lust For Life” oferuje ponad godzinną bardzo ładnie snującą się muzykę. Może i jednostajną, może i trochę za długą (bo te 68 minut można by było spokojnie skrócić o kilka), ale zdecydowanie wartą posłuchania. 

Autor: Marcin Knapik


End of content

No more pages to load