Recenzje

2020-03-25
Rustin Man - "Clockdust"
Paul Webb nie próżnuje i okrągły rok po Drift Code przynosi nam zupełnie nowy krążek wydany pod szyldem Rustin Man.
Wykonawca: Rustin Man
Wytwórnia: Domino Records / Sonic Records
Rok wydania: 2020

Czasowa bliskość tych dwóch albumów to efekt nowych wiatrów w twórcze żagle Webba, które mogą także sugerować, że nowy album - Clockdust - nie będzie zbyt odległy muzycznie od swojego niewiele starszego brata. I tak też w rzeczy samej jest - to ponowna wizyta w domu Webba - podwórko, gitara i dziwne instrumenty, cisza i spokój, zapach starego drewna, brzdęk rdzewiejących kończyn przedziwnego mechanizmu na korbę. Ale tym razem coś się zmieniło. Już nie siedzimy razem z Webbem w jego ogrodzie, brzęcząc sobie a muzom, lecz w jego piwnicy albo strychu, gdzie wśród ciemności czuć jest kurz i wilgoć, oraz słychać skrzypienie szafek ukrywających dawne tajemnice. Kątem oka dostrzec można słoje nieokreślonej zawartości, meble nakryte prześcieradłami, stare lustra i obrazy. Atmosfera Clockdust jest znacznie bardziej niepokojąca, złowroga, depresyjna, apokaliptyczna, kojarząca się już nie tylko z dokonaniami późnego Talk Talk, ale operującego runami neofolku w stylu Fire+Ice lub :Of The Wand & The Moon:

Głos Webba jest bardzo specyficzny - jękliwy i jakby sepleniący - ale dlatego niezwykle sugestywny. Zebrane tu utwory zostały obmyślone nie jako pozostałość po Drift Code, lecz samodzielna, zupełnie nowa zagadka. W ascetycznym, rustykalnym brzmieniu tej płyty czuć jest nie tylko zamysł zasiania niepokoju i depresji w sercu słuchacza, ale też zabrania go w podróż po jego własnej psychice, gdzie rzeczywistość zderza się z urojeniami. Webb to muzyk i kompozytor z krwi i kości - słychać jest cały szereg subtelnych aranżacji, które z jednej strony urzekają pięknem, ale z drugiej budzą strach i otępienie.


Widoczne na okładce upiorne, psychodeliczne lalki sprzed dekad lub wieków dobrze sugerują, jaki klimat tu zastaniemy. Clockdust brzmi jak wizyta w muzeum zabawek lub antykwariacie gdzieś w ciasnej uliczce Londynu, gdzie czuć jest obecność czarnej magii, duchów, tajemnicy, upływającego czasu, być może śmierci. Surrealistyczna atmosfera globalnej pandemii, w atmosferze, której Clockdust wychodzi na światło dzienne, tylko sprzyja takiej interpretacji zebranej tu muzyki. To są zdecydowanie dźwięki zadumy, szmerów w sercu, lęków i tendencji depresyjnych.

Mimo to, Clockdust jest płytą wciągającą. Gdy znajdziemy dla niej odpowiedni dzień i nastrój, o co dziś nietrudno, oraz poświęcimy mu uwagę i skupienie, szybko przyjdzie nam się zorientować jak piękny jest to krążek. To zapiski z umysłu świadomego swojego czasu i przemijania; cała ta rustykalność i powab staroci jest jakby metaforą stanu umysłu Rdzewiejącego Człowieka. Webb stara się wykorzystać ten czas i wyzwolić swój niewątpliwy talent raz jeszcze, który na Clockdust, jeszcze bardziej niż na Drift Code, zbliża się do pionierskiej płyty Talk Talk, Spirit of Eden. Być może przedwczesne odejście na zawsze Marka Hollisa sprawiło, że Webb postanowił nie iść jego ścieżką izolacji, lecz otworzyć drzwi do swojego domu i umysłu, przynosząc nam piosenki intymne, osobiste, prosto z targanej emocjami i lękami duszy. Tego krążka słucha się automatycznie raz po raz, najlepiej w całości, chociaż wyróżniają się na tle innych takie kompozycje jak "Love Turns Her On", "Kinky Living" w stylu Davida Bowie, a także kulminacyjne "Night in the Evening" o zaskakująco dubowym wydźwięku! Być może to wszystko, co słychać, to tylko złudzenie?

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load