Recenzje

2020-10-19
Hugo Race & The True Spirit - "Star Death"
Hugo Race & The True Spirit powrócili po kilku latach ciszy z dwiema nowym płytami: "Star Birth" i "Star Death". Druga z nich to pierwszy w karierze Hugo Race'a (były gitarzysta Nick Cave & The Bad Seeds) tak dogłębny romans z muzyką ambient.
Wykonawca: Hugo Race & The True Spirit
Wytwórnia: Gusstaff Records
Rok wydania: 2020

Gdzieś tam pod skórą chciałem, aby Hugo Race wydał taką płytę; nie sądziłem jednak, że to możliwe. Wieść o jego nadchodzącym krążku przyjąłem z radością, ale oczekiwałem tego, co zwykle –alternatywnych songów w stylu Cave’a czy Waitsa. Tymczasem Hugo odważnie udał się w okolice ambientu! To nie pierwszy taki eksperyment (patrz Gemini 4), ale tym razem z wyraźnym przekazem: podoba mi się to, co odkrywam, dlatego idziemy dalej. I to, co odkrył, brzmi wiarygodnie. Podobnie jak John Foxx czy David Sylvian, którzy dawno temu także odeszli od swojego typowego brzmienia, ku atmosferycznej tapecie ambientu, tak i teraz Hugo Race czyni to samo. I słychać jest, że dobrze się w tym odnajduje, z radością dziecka wykorzystując możliwości, jakie daje mu ten nowy plac zabaw.

Star Death jest płytą, jakiej potrzebowałem. Świat znowu pogrąża się w marazmie obostrzeń społecznych, więc każde statyczne brzmienie bardzo pasuje do tego nastroju. Należy zaznaczyć, że Star Death nie jest krążkiem stricte ambientowym; to punkt wyjścia, zarysowania obszaru, po którym będziemy się poruszać. To ambient w ‘Orbowym’ stylu, z gitarami i trąbkami, z rytmem i samplami, malowniczy i dynamiczny, zupełnie jak Metallic Spheres Orbu lub Axiom Ambient Billa Laswella. To jednolity pasaż dźwiękowy, bez przerw między kompozycjami, co w takiej muzyce zawsze wypada doskonale. Pomimo ładunku kontemplacyjnego, te 49 minut porusza wiele tematów, przypominając oglądanie kalejdoskopu, w którego rotujących kolorowych wzorach widać duszę oglądającego.

Podziwiam Hugo za odwagę i ambicję, jakimi wykazał się przy Star Death. To ryzykowna wolta, ale jakże celująca. Takich dźwięków nam teraz potrzeba, kojących i relaksujących, ale które nie przytępiają zmysłów i instynktu słuchacza. Muzyka wypada najlepiej wtedy, gdy w jakiś sposób oddaje chwilowy stan duszy i umysłu. Tego typu terytoria są nowością dla Hugo, ale nie stoją one w opozycji do jego tradycyjnego grania. Przeciwnie, są ich dopełnieniem, zupełnie jak instrumentalne ścieżki dźwiękowe, popełniane przez muzyków, którzy zwyczajowo dominują na płytach głosem, gitarą i osobowością. Tutaj tego nie ma; Race bardziej służy za ducha-stróża tej galerii obrazów. Tak jak KLF na Chill Out, Riverside na Eye of the Soundscape, czy Steven Wilson w Bass Communion.

Można spekulować, czy młody artysta bez nazwiska wydający taką płytę jak Star Death przebiłby się z worka bez dna, jakim jest ambient. Tylko czy Hugo Race jest na tyle ‘wielkim’ nazwiskiem, aby wykorzystywać je bezpardonowo do ‘brandowania’ swoich nagrań? Uważam, że nie do końca. Race ma swoją wierną publiczność, w szczególności w Polsce i we Włoszech, ale to nie oznacza, że z nią pogrywa. Przeciwnie, taką płytą jak Star Death pokazuje, na co go jeszcze stać i ile ma pomysłów; pomimo swojej dyscypliny wydawniczej, kolejne jego krążki są wciąż diabelsko ciekawe i zaskakujące. Star Death z całą pewnością nie jest płytą, która odmieni tory muzyki ambient; ale, jak na krążek ‘nowicjusza’, może ona spokojnie wylądować na półce obok Fennesza, Tima Heckera, czy Loscil.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load