Recenzje

2022-02-15
Eddie Vedder - "Earthling"
Wokalista grupy Pearl Jam wydał nową solową płytę, na którą zaprosił nie tylko dwie swoje córki, ale tak legendarne postaci jak: Elton John, Ringo Starr i Stevie Wonder. Wrażenie robi także skład muzyków, którzy tworzą zespół towarzyszący Vedderowi. O tym wszystkim napisał dla nas w recenzji Jakub Oślak.
Wykonawca: Eddie Vedder
Wytwórnia: Universal Music Polska
Rok wydania: 2022

Bez względu na to, co sądzimy o nowej, solowej płycie Eddiego Veddera, udało mu się na niej coś, do czego dążył od kiedy pamiętam: wyraźnie podzielił swoich fanów. Wystrzał popularności Pearl Jam w latach 91-92, jest w dużej mierze zasługą nie tylko głosu i tekstów Veddera, ale także osobowości anty-idola: nieśmiałego, małomównego, niezbyt wysokiego gościa o niezwykłej energii w duszy i sercu, uroku osobistym i aurze tajemnicy. Vedderowi w tamtych czasach nie do końca pasowała jego gwiazda, wszechobecność w mediach, uwielbienie tłumów graniczące z fanatyzmem; a przede wszystkim, natychmiastowość tego cyrku. Sporo wysiłku wkładał w to, aby sukces Pearl Jam zdusić – nie udzielał wywiadów, ukrywał się przed publicznością, nagrywał dziwne utwory (albumy Vitalogy i No Code), przestał kręcić video-klipy oraz uprawiać sceniczną ‘akrobatykę’, z który słynął.

Efekt był zgoła odwrotny. W oczach wielbicieli to tylko dodało frontmanowi Pearl Jam autentyczności, autorytetu i wiarygodności we wszystkim, co robi, mówi, nagrywa i wydaje. Ktoś, kto dysponuje taką marką jak Vedder może nagrać cokolwiek – zarówno fantastyczny soundtrack do filmu Seana Penna Wszystko za życie, jak i zbiór piosenek na ukulele; sprzedaż jest zapewniona. Nie inaczej jest z Earthling, pod kilkoma względami przełomowej płycie. To pierwszy raz, gdy Vedder wydał album z innym zespołem, niż Pearl Jam. W studiu towarzyszy mu bowiem regularny, multi-instrumentalny zespół w składzie: Josh Klinghoffer, Chad Smith i Andrew Watt. Do tego sekcja dęta i smyczkowa, córki w chórkach (Olivia i Harper), Elton John, Ringo Starr i Stevie Wonder jako goście; a na koniec kawałek osobistej historii, głos biologicznego ojca Veddera, Edwarda Seversona Jr.

Tak, to ten sam ojciec, którego tajemnica odcisnęła piętno nie tylko na warstwie tekstowej przełomowego Ten Pearl Jamu, ale całej ‘legendzie’ Veddera. Ktoś odnalazł taśmę z zapisem głosu Seversona i dostarczył ją Edowi; a on sam, w typowym dla siebie stylu, nosił ją w walizce kilka lat, czekając na dobry moment. Ów nastąpił rzecz jasna pod wpływem alkoholu i tak oto, na jednym krążku, słychać trzy pokolenia Vedderów. Historia zatacza już nie koło, ale całkiem zgrabną ósemkę. Coś się kończy, a być może coś zaczyna. To ma swoje przełożenie Earthling, jako całość. Po ponad 30 latach działalności Pearl Jam, usłanej różami i minami, przyszedł czas na zrobienie rzeczy zupełnie po swojemu. Wpływ Neila Younga, mentora Veddera, jest tu oczywisty, nie tylko w brzmieniu kilku numerów, ale podejściu do muzyki – robię to, co chcę. A słuchacze też zrobią z tym to, co zechcą. 

Earthling jest płytą nagraną pod wpływem impulsu i układu gwiazd. Wszystko co Vedder wydał solo takie jest – eskapistyczne, spontaniczne, luźno powiązane wzajemnie i wewnętrznie. Na Earthling wyraźnie słychać dwie strony – tą bardziej dopracowaną, i tą na siłę, po łebkach, ale z dużą dozą pewności siebie. To pierwszy zarzut wobec tej płyty – pochodzi z dobrego miejsca, ale jest drażniąco nierówna, zupełnie jak filmy, które nieźle się zaczynają, a z których wyzierają luki w scenariuszu, niski budżet, ‘partyzancki’ montaż, itd. Drugi zarzut, to sama natura i styl zgromadzonego tu materiału. Jeśli na początku historii Pearl Jam Vedderowi przyświecały niepokorne punk-rockowe idee Fugazi, Ramones i The Dead Boys, tak teraz ich miejsce zajął inny zestaw idoli, w postaci Springsteena, Toma Petty, soft-vintage-pop-rocka. Co samo w sobie nie jest zarzutem, tylko pewnym wyborem autora.

I właśnie z tym wyborem autora wielu fanów się nie zgadza. Nawet nie wyborem, co wykonaniem. Na Earthling brakuje ducha Pearl Jam choćby w śladowej ilości. Jeśli już, jest to płyta z tej samej bajki, co ich ostatnie longplaye, czyli Lightning Bolt i Gigaton, którym podobnie jak Earthling można bez trudu zarzucić niespójność, miałkość, łatwiznę i nudnawość. Earthling pod tym względem jest ‘szczytowym’ osiągnięciem tego kierunku, który jak widać Vedder wyznaczył nie tylko zespołowi, ale i sobie. Na jego solowym polu można to jeszcze zrozumieć; w końcu, jak to często bywa, istnieje ono właśnie po to, aby ‘odpocząć’ od zespołu. Tylko jaki to wysyła przekaz do wyznawców Pearl Jam, którzy otrzymali wydumany Gigaton po siedmiu latach oczekiwania, a Earthling powstaje ‘z dnia na dzień’, w warunkach covidowych, w zupełnie innym zestawie muzyków – a brzmi całkiem podobnie?

Earthling budzi skrajne uczucia. Jedni kochają, drudzy nienawidzą, a wielu nie potrafi się zdecydować i pozostaje obojętnymi. To chyba największy z możliwych zarzut, obojętność słuchacza. Gdyby nie marka Eddie Vedder, po ten krążek sięgnąłby co trzydziesty słuchacz. I porzuciłby go bez przesłuchania do końca, usprawiedliwiony. Dużo jest tutaj dobrych, chwytliwych numerów, chociażby otwierający „Invincible”, energetyczny, przestrzenny kawałek w którym nietrudno usłyszeć patenty Simple Minds. Dalej „Power of Right” – drugi celny strzał, jeden z najbardziej ‘rockowych’ numerów tu zebranych. Dalej singlowe „Long Way” to wypisz-wymaluj Tom Petty (ewentualnie The War On Drugs), a z kolei “Brother the Cloud” miło przypomina „Given To Fly”. „Fallout Today” i „The Dark”, jakby podpowiedziane przez Springsteena, również na plus. Co może pójść nie tak?

Otóż, cała reszta. Dokładnie w połowie płyty, następuje „The Haves”, najbardziej płaczliwy i melodramatyczny numer z głosem Veddera od czasu „Sirens”. Kiedyś głos Eda kreował przestrzeń, po czym sam ją wypełniał po brzegi. Tutaj, coś pęka, coś co wzbierało od jakiegoś czasu. Ed nie dba o głos, brak mu treningu, do tego za bardzo próbuje czarować, w efekcie czego brzmi pretensjonalnie. To także jeden z wielu ‘przegadanych’ numerów, które zdarzają się Edowi nieznośnie często. Za dużo mądrości i słów. Czar pryska i wszystko to, co słyszymy od tego momentu jest już tylko gorsze. „Good and Evil” i „Rose of Jericho” to wypełniacze, naciągane i na siłę, bo dobre pomysły już wykorzystaliśmy; trudno je od siebie odróżnić i na dłużej zapamiętać. „Try” to niedopasowana mielizna, z harmonijką Wondera. Był pomysł, był Wonder, ale nikt nie wiedział co z nim zrobić.

Ale najgorsze przychodzi wraz z wejściem Eltona Johna. Panowie poznali się z Vedderem całkiem niedawno i wyszły im z tego dwa numery. Jeden trafił na album sir Eltona, do którego pasuje, a drugi tu. Staram się nigdy nie ‘skipować’ piosenek, szczególnie słuchając nowych płyt, ale „Picture” to najgorszy ze znanych mi numerów podpisanych przez Veddera. Rozumiem wpływ Eltona, ale jak to ma się do takich arcydzieł jak „Indifference”, „Immortality”, „Garden” czy „Footsteps”? Jak zgniłe jabłko do butelki whisky. Tych dwóch piosenek nie powinno tu być; a powstała w ten sposób cisza tylko polepszyłaby ten album. Na koniec „Mrs. Mills”, gdzie słychać Ringo Starra i daleki pogłos Sierżanta Pieprza. Oraz, w postaci intrygującej kody, „On My Way”, przypominająca ukryty numer z Ten, „Master/Slave”, który często z taśmy otwiera koncerty Pearl Jam. Kolejne kółko zamknięte.

Jak zatem brzmi wyrok? Czy wypełnię zadanie konsumenta muzyki i kupię ją na krążku? Pewnie tak. I będę słuchać strony A, gdyż na B nie czuję potrzeby zaglądać. Jakie jest przeznaczenie Earthling? Czy ma być ucieczką Veddera do przestrzeni, gdzie łatwiej jest mu się wypowiedzieć, niż w Pearl Jam? Czy to dalszy ciąg emancypacji, powiększania osobistego uniwersum o kolejne nazwiska i ‘członków rodziny’? A może to próba znalezienia nowej publiczności? To są rozważania dla fanów, szukających wyjaśnienia tej płyty, tak jak kiedyś sympatycy Soundgarden rozmyślali nad Scream Chrisa Cornella. Przygodny słuchacz dostanie tu nierówny album, sygnowany wielkim nazwiskiem. Czy to nazwisko skutecznie nam go ‘sprzeda’? Czy nazywając się fanami Veddera jesteśmy w obowiązku lubić wszystko co wyda, bez dyskusji i w ciemno? Może właśnie o to tu chodzi, aby wreszcie przestać…


Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load