Recenzje

2017-02-11
Elbow - "Little Fictions"
Nowy album brytyjskiej grupy Elbow opisany piórem Jakuba Oślaka.
Wykonawca: Elbow
Wytwórnia: Universal Music Polska
Rok wydania: 2017

Podziwiam Elbow. To jeden z najbardziej systematycznych rockowych zespołów naszych czasów, nastawionych bardzo trzeźwo i nowocześnie do muzyki. Ich działanie ma posmak skrupulatnie wypełnianej misji i strategii stabilnego rozwoju. Żadnych rewolucji – trudnimy się muzyką, nasze albumy są przemyślane i odpowiednio odmierzone. Każdy zawiera przebój opatrzony off-owym wideoklipem. Jesteśmy regularnym headlinerem Glastonbury. Publiczność uwielbia ciepły, brodaty głos Guy’a Garvey i jego sceniczną charyzmę. Trafiliśmy do serc naszych fanów – odnieśliśmy sukces.

Tego, czyli sukcesu, nie można im odmówić. Czym innym jest jednak pojmować zespół jako udany biznes (niekoniecznie korporacyjny, jak U2 czy Metallica), a przeżywać dreszcze zachwytu słuchając ich nowej płyty. A tych na „Little Fictions” odczuwam mało; prawdę mówiąc, nie odczuwam ich wcale. I nie jest to zarzut – nie każda płyta musi być ponadczasowym arcydziełem. Nie musi być nawet albumem roku, lub kandydatem do takiego miana. Cała muzyka usłana jest przecież płytami przeciętnymi, które przykuwają uwagę na kilka chwil, po czym giną w odchłani stosów nowości. 

A zapowiadało się tak dobrze. Najpierw „Magnificent (She Says)” i ten jakże brytyjski romantyzm; to przebój gotowy na piłkarskie stadiony, łąki Glastonbury, londyńskie sklepy HMV i puby w Bury. To podsycona Guinessem oda do radości i zastrzyk optymizmu w czasach zimna i deszczu. A po nim przyszedł „Gentle Storm”, który okazał się jeszcze lepszy. Elegancki, poetycki, kolorowy indie-rock, uchodzący za alternatywę dla pięknych czterdziestoletnich. Nabrałem przekonania, że czeka nas wyjątkowy album, który pogrzebie „The Seldom Seen Kid”, a nawet „Cast of Thousands”.

Tak się jednak nie stało. Sygnał ostrzegawczy zapalił się, gdy obie wspomniane, jakże przebojowe piosenki wylądowały na płycie jako pierwsze w kolejności. Zwykle dzieje się tak wtedy, gdy reszta albumu nie ma sobą wiele do zaoferowania, a już na pewno nie w kontraście z otwierającą torpedą. I dokładnie tak jest w przypadku „Little Fiction”. O ile dwa pierwsze kawałki rozbudzają apetyt na więcej, o tyle pozostała zawartość albumu to zimna, sztuczna, sucha bułka. Mówiąc wprost – wieje nudą. Słuchając tego materiału zerkam nerwowo ile jeszcze do końca. To dla płyty najgorszy los.

Album w zapowiedziach miał być eksperymentalny, co brzmiało bardzo obiecująco. Tenor Garveya należy do rzadkości w muzyce popularno-rockowej (bliżej mu do folkujących cudów takich jak Lambchop czy też mistrzów mroku jak Tom Waits lub Mark Lanegan). Do tego już wcześniej udowadniał, że potrafi zaskakiwać i sięgać po niestandardowe środki wyrazu. Tymczasem tego na „Little Fictions” nie ma. Elbow nigdy nie bał się zaszpachlować albumu pojedyńczym zapychaczem, oby płyta dotrwała do 45 minut. Tutaj jest osiem zapychaczy oraz silne poczucie straconego czasu.

W takich przypadkach trudno jest mi odpowiedzieć konkretnie, co powoduje moje znużenie. Uwielbiam smętnych bardów o wyrazistych głosach i chociaż ich płyty nie są zbyt dynamiczne – to nadal nie są nudne. Tymczasem Elbow brzmi neutralnie i zarazem pretensjonalnie. Teksty Garveya przedawkowują środki stylistyczne, co nie wpływa dobrze na kształt kompozycji. Jego maniera śpiewu irytuje, zamiast porywać. Piosenki, poza pierwszymi dwoma, brzmią identycznie – na co mogą sobie pozwolić jedynie Dylan i Neil Young. Z czasem, nawet z największych frykasów, wychodzi zgnilizna.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load