Recenzje

2017-02-22
Tim Bowness - "Lost In The Ghost Light"
Nadużyciem będzie stwierdzenie, że Tim Bowness powraca z nowym albumem. Jego studio nagrań jeszcze nie ostygło po pracy nad „Abandoned Dancehall Dreams” oraz „Stupid Things That Mean The World”, a już dostajemy zupełnie nowy materiał, który dopełnia tej nieformalnej trylogii.
Wykonawca: Tim Bowness
Wytwórnia: Kscope / Rockserwis
Rok wydania: 2017

Bowness twierdzi, że to zupełnie nowy rozdział jego kariery. Do tej pory znaliśmy go przede wszystkim z No-Man, oraz mnóstwa kolaboracji. Później ukazał się „My Hotel Year”, z którego sam Tim nie był nazbyt zadowolony. Natomiast teraz bierzemy udział w zapisywaniu kart od nowa – twórczości muzyka doświadczonego, który odnalazł na swojej drodze nową inspirację. Co nią było? Przysłowiowe życie – społeczeństwo, pędzący czas, bezwzględne kręgi życia, szalejące technologie, oraz refleksje nad swoim miejscem w tym całym tyglu. Wyszła mu z tego już trzecia płyta, i kto wie czy nie najlepsza.

 „Lost in the Ghost Light” urzeka jeszcze przed startem. Okładka oraz cała oprawa graficzna płyty opowiada szczegółową historię, spójną z tym, co następnie usłyszymy w słowach piosenek. Proszę przypomnieć sobie okładki do płyt Marillion – „Fugazi” oraz „Script For a Jester’s Tear”. A teraz obejrzyjmy jeszcze raz, co przygotowali graficy Bownessa. To historia fikcyjnego muzyka, którego największy blask przypominają nam już tylko reedycje CD starych płyt. Pusta garderoba, leki, alkohol, playlista, stare plakaty. Maska. Samego muzyka tu nie ma – być może udał się na scenę. A może uciekł tylnymi drzwiami? Atak paniki, tremy, a może załamanie nerwowe? Może zasłabł w łazience? Poszlak można wysnuwać dużo. A same piosenki tylko dokładają kontekstu – refleksji o złudzeniach kariery, tęsknocie za magią i natchnieniem, znużeniem „pracą” artysty, zagubieniem w czasie.

Jednym z najsilniejszych pragnień istoty ludzkiej jest bycie potrzebnym. Dotyczy to także muzyków. „Lost in the Ghost Light” to skowyt autora do księżyca, lub własnego odbicia w lustrze garderoby, który gdzieś to poczucie utracił. Można domniemywać ile z treści tej płyty ma odniesienie do życia Tima Bownessa; możemy jednak śmiało założyć, że nie są mu to problemy obce. A jego śpiew jest stworzony do takiej melancholii. To jeden z najbardziej łzawych, wrażliwych głosów w całym rocku. The boy with strange desires became a man who wanted more, śpiewa Tim, akcentując tym swoim ciepłym szeptem ostatnie słowo wersu. To jego sygnatura, oto cały on. Połowa słuchaczy mdleje, a druga połowa wyłącza płytę. Owszem, do śpiewu Bownessa trzeba przywyknąć. Na szczęście album jest zróżnicowany i dynamiczny. Poprzednim płytom wypominano – za dużo łez, jęków i senności.

Co do samej muzyki, to majstersztyk. Zresztą, skład muzyków mówi sam za siebie. Bowness zawsze otacza się wianuszkiem znakomitych gości i nie inaczej jest tu. Obok jego regularnych współpracowników (Benett, Keeling, Edwin, Booker) znajdziemy tu skrzypków oraz flecistów – Kit Watkins z Camel, oraz sam Ian Anderson. Jego klasę i niepodrabialne brzmienie usłyszymy w finałowej kompozycji „Distant Summers”, jednej z najlepszych na płycie. Na wyróżnienie zasługuje także „Kill The Pain That's Killing You”, mocno w stylu Porcupine Tree. Jednakże osią albumu pozostaje złożony „Moonshot Manchild”. To wizytówka Bownessa. Odnoszę wrażenie, że usiłował zawrzeć  w niej wszystko, co potrafi, łącznie z fragmentem podsłuchanym na Dworze Karmazynowego Króla. Gorzkie łzy, zamglone marzenia, serce wrażliwca podane na tacy, pięść cicho uderzająca o stół. Bowness odebrał swoją lekcję zarówno od Andrew Latimera, jak i Petera Hammilla.

Ta płyta to nie tylko triumf Bownessa. To także dzieło pokoleń muzyków prog-rockowych – tych od fletów i melotronów, z tymi od chapman sticków, vocoderów i programatorów. To dowód na to, jak dużo jeszcze ciekawych rzeczy ma nam ta muzyka do zaoferowania. To wartość leżąca poza mainstreamem oraz alternatywą. Warto ją odkrywać i dać się nią jeszcze wielokrotnie zaskoczyć. 


Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load