Recenzje

2017-04-28
The Black Angels - "Death Song"
„Death Song” to najlepsza płyta jaką nagrali od czasu ich debiutanckiego „Passover” - tak ocenia nową płytę The Black Angels nasz recenzent Jakub Oślak.
Wykonawca: The Black Angels
Wytwórnia: PTKF
Rok wydania: 2017

Czas płynie szybko, gdy dobrze się bawisz; czas płynie wolno, gdy na coś czekasz. Czas na planecie Tralfamadorii jest niczym owad zatopiony w bursztynie. Czas w mieście Austin w Teksasie płynie, a jednocześnie stoi w miejscu. To właśnie tam zstąpili na ziemię The Black Angels, nieformalni spadkobiercy psychodelicznego art-rocka z The Velvet Underground oraz The 13th Floor Elevators. Ich miasto, oraz w dużej mierze oni sami, przyczynili się do renesansu tego gatunku muzyki – z kolorowymi farbami na rzutniku, sitarami i tablami, eterofonem i melotronem. Prochu nie wymyślili, ale sypią pustynnym piaskiem po oczach uzbrojonych w okulary 3D. Chronią swoją amerykańską duszę w temacie powolnego, halucynogennego rocka, odróżniającą ich choćby od Spiritualized czy Kula Shaker po brytyjskiej stronie. Mają swój Nowy Jork i San Francisco, swoich Jefferson Airplane, Love i Grateful Dead. Nade wszystko czerpią jednak z Velvetów – źródło ich nazwy, logo, oraz tytułu nowej płyty odnajdziemy bez trudu na legendarnej płycie z bananem na okładce.

„Death Song” to najlepsza płyta jaką nagrali od czasu ich debiutanckiego „Passover”. Nie oznacza to, że wszystko co było po drodze było złe; wręcz przeciwnie, to renesans psychodelicznych brzmień, którymi nie sposób się znudzić. Ich przedostatnia płyta „Indigo Meadow”, przy całej swojej witalności i przebojowości, zapowiadała jednak coś w rodzaju rozmieniania się na drobne. Ta ospała, hipnotyczna motoryka, która uwodzi od samego początku na „Passover”, gdzieś zaginęła. Ale spokojnie – już się znalazła, jak wiejski kot po tygodniu leśnej wędrówki, właśnie na „Death Song”. Co więcej, Angels nadal trzymają przebojowość po swojej stronie, a publiczność na długo zapamięta cudownie uderzający do głowy „Comanche Moon”, tak jak wcześniej „Don’t Play With Guns”. Odradzam jednak postrzeganie „Death Song” jako czegokolwiek innego, niż w stu procentach spójny album, będący nie sumą swoich części składowych, lecz iloczynem. Jak pięknie można bowiem otworzyć umysł, gdy na stosie plakatów wyborczych Trumpa tańczy Nico ze swoim seledynowym boa.

Poza kalejdoskopem odurzonych dźwięków ten album skrywa w sobie także pewien przekaz. Oczywiście nie wprost, ale kto ma choć trochę oleju w głowie i wsłucha się w słowa śpiewane przez Alexa Maasa, ten wyczuje skąd dochodzą te alternatywne aromaty. The Black Angels zachęcają do podróży umysłu, ale nie przez zażywanie kwasu, lecz odrzucenie szkodliwych paradygmatów. Co to oznacza, niech każdy odpowie sobie sam. Być może to pogarda napędzanego konsumpcjonizmem życia („Currency”), a być może rodzaj eskapizmu przed złymi emocjami i sztucznymi żądzami („Half Believing”). Grunt, że odlotowej estetyce towarzyszy zupełnie trzeźwa filozofia. Kto będzie chciał, może zaczerpnąć z niej dużo wartości, lub pozostać głuchym. Jednakże nie po to sięga się po muzykę, aby jej nie słyszeć, czuć pulsującą w krwiobiegu i uchodzącą w dreszczach, pocie i łzach. Pod tym właśnie kątem muzyka The Black Angels działa jednocząco – niejako wybiera swoich, i zanurza ich po same uszy w fatamorganie marzeń i koszmarów, rozkoszy i lęków, dobrego i złego tripu.

Gdy wybudzimy się już z tej podróży i na spokojnie przyjrzymy tej płycie, urzeknie nas jej dojrzałość, nienaganna składnia, a przede wszystkim ciepło i zapach świeżo ściętych ziół. To doskonale przemyślany album, począwszy od pop-artowej okładki (Pepsi? Wybory w USA?), po ostatnią kroplę potu Stephanie Bailey. Jest to krążek ekscytujący, ale tajemiczny; przemawia do wyobraźni, do serca i sumienia; atakuje paletą barw, ale i płachtą czerni. Jest już nie tylko hołdem dla kanonu, ale jego kompletną rewitalizacją. To celebracja psycho-rocka na nowych torach, w innych (choć jakże podobnych) czasach. To muzyka, która zostaje w środku na długo i do której chce się wracać. 


Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load