Recenzje

2017-04-29
Snowman - "Gwiazdozbiór"
"Gdyby trzeba było określić „Gwiazdozbiór” jednym słowem, to brzmi ono: przebojowość. Lub, jak kto woli, piosenkowość. Mniej skomplikowanych brzmień. Dalsze upraszczanie formy. Dobrze brzmiące, chwytliwe kompozycje" - to fragment recenzji nowej płyty grupy Snowman autorstwa Marcina Knapika.
Wykonawca: Snowman
Wytwórnia: Musicom
Rok wydania: 2017

Ostatni do tej pory album studyjny Snowmana „The Best Is Yet To Come” ukazał się w 2011 roku. Gdy rok później Michał Kowalonek został nowym wokalistą Myslovitz, od razu zapowiedział, że nie porzuci swojego macierzystego zespołu. Fani musieli wykazać się jednak olbrzymią cierpliwością, czekając na trzecią płytę grupy. 6 lat to długi okres czasu. Na „Gwiazdozbiorze” dostajemy odpowiedzi na pytania, co zmieniło się w Snowmanie przez ten czas.

Pierwsza zmiana: wszystkie teksty po polsku. O mieście, o miłości, o emocjach, o uczuciach, o człowieku. Po dominacji języka angielskiego na dwóch poprzednich albumach teraz nie ma ani jednego utworu napisanego w nim. Druga zauważalna rzecz: kontynuacja kierunku obranego na „The Best Is Yet To Come”. Gdyby trzeba było określić „Gwiazdozbiór” jednym słowem, to brzmi ono: przebojowość. Lub, jak kto woli, piosenkowość. Mniej skomplikowanych brzmień. Dalsze upraszczanie formy. Dobrze brzmiące, chwytliwe kompozycje.

Płytę otwiera klimatyczne, spokojne „Nie mogę oddychać” z nieco tajemniczą atmosferą. Znika ona w następnym utworze - „Moje miasto”. Zaczyna się dźwiękami gitary przypominającymi grę miejskich grajków ulicznych, ale ma to tutaj swój cel. Potem robi się rockowo i energetycznie. Marszowe, nieco rwane tempo. Tekst o miłości do miasta. Jeden z najlepszych momentów „Gwiazdozbioru”. Dalej dostajemy głównie utwory, których wspólnymi cechami oprócz piosenkowości są dynamika i nośność („Znów jesteś sobą”, „Mów do mnie”, „Ocean nieba” i „Spadam z nieba”). Momentem uspokojenia pośród nich jest „20 tysięcy chwil podwodnej żeglugi”. Rozwijające się ze spokojnych dźwięków do mocniejszego brzmienia w refrenie.

Kulminacyjny moment albumu to „Gwiazdozbiór Strzelca”. Trwa prawie 7 minut, podczas gdy pozostałe kawałki na płycie - góra pięć. W budowie przypomina „20 tysięcy chwil podwodnej żeglugi”, ale jest od niego bardziej klimatyczny i przestrzenny. Bardzo współgra z okładką płyty. Zresztą Michał Kowalonek mówi, że ten utwór jest kluczem do tego albumu. Mimo tego wszystkiego ma w sobie ładunek przebojowości. Mocny punkt albumu. Zaskakuje „Syria”. Po zobaczeniu tytułu spodziewałem się powolnej kompozycji z tekstem pełnym podniosłych słów. Jest zupełnie odwrotnie. Najbardziej słychać elektroniczne brzmienia, ale mamy też chwytliwy riff gitarowy, a i pojawia się też saksofon. Utwór o tematyce społecznej, ale na szczęście pozbawiony patosu.

Przy pójściu w przebojowość można wpaść na pułapki z tym związane. Niestety, Snowman ich nie unika. Na początkach niektórych utworów możemy usłyszeć patenty znane z różnych hitów. Gwizdanie w „Znów jesteś sobą”, klaskanie w „Oceanie nieba”. Słysząc to, nie da się odpędzić od siebie myśli, że już to kiedyś słyszeliśmy. I to wiele razy. Na początku jest to przyjemne, ale z biegiem czasu staje się wkurzające. Także „Mów do mnie” brzmi dziwnie znajomo. Kalka (zwłaszcza w pierwszej części) „Prędzej później dalej” - kompozycji Myslovitz już z czasów grania w nim Kowalonka. Chce się zawołać: „Nie idźcie tą drogą”.

Trzeba oddać zespołowi, że nie stoi w miejscu. Każda płyta przynosi ewolucję. Na „Gwiazdozbiorze” dostajemy całkiem sporo dobrych popowo-rockowo-elektronicznych kompozycji. Ale musiałbym się bardzo mocno zastanowić nad stwierdzeniem, że to najlepsza płyta zespołu. I raczej bym się z nim nie zgodził. Oby Snowman się nie pogubił i nie popadł w przeciętność.


Autor: Marcin Knapik


End of content

No more pages to load