Recenzje

2014-06-04
Vader - "Tibi Et Igni"
Nowa, znakomita płyta naszego metalowego towaru eksportowego z Olsztyna.
Wykonawca: Vader
Wytwórnia: Warner Music
Rok wydania: 2014

Po zmianach w składzie i jak zwykle licznych koncertach, nasz towar eksportowy, dowodzony przez Piotra „Petera” Wiwczarka, czyli legendarny death metalowy Vader powraca ze swoim dziesiątym już krążkiem w pełni skonsolidowany i – co najważniejsze - na pełnej mocy.

Tytuł płyty „Tibi Et Igni” jest bardzo na miejscu. Oto Vader, rozkłada przed nami swoje karty, pozostając zarazem na straży deathmetalowego ognia, dolewając do niego tylko co jakiś czas różnych specyfików. Zaczyna się od wysłania nas w czeluści piekielne w „Go To Hell”. Orkiestrowe intro, przechodzące w szybką, mocną jatkę, silnie wprowadza w tę diabelską sferę. Debiutujący na płycie Vadera młody perkusista James Stewart wcale nie odstaje od poprzedników, a wręcz momentami imponuje zwartością i wyczuciem. Dalej przez fazę szaleństwa przechodzimy za sprawą „Where Angels Weep” i „Armanda Of Fire”. W tym pierwszym przy pisaniu tekstu, podobnie jak na poprzednim krążku Petera wspomógł holender Harry Maat. Zaś przy prędkości tego drugiego utworu nadal zdumiewa precyzja muzyków w wygrywaniu swoich partii. Nieco thrashowo robi się „Triumph Of Death”. Słowa „To the grave, to the grave...” – nie pozostawiają wątpliwości, dokąd to zmierza. Jeszcze ciekawiej robi się w „Hexenkessel”, gdzie orkiestrowy wstęp stanowi wsparcie dla masywnego ciosu, zaś solówka gitarowa pod koniec utworu jest doprawdy zacnym smaczkiem. Typowy Vader to „Abandon All Hope”. Wszystkie najważniejsze elementy stylu grupy, wypracowanego przez wiele lat błyszczą pełnym blaskiem w tej niespełna 2,5-minutowej eskapadzie. Kolejnym monstrualnym wręcz popisem jest „Worms Of Eden”. Za sprawą zmian ultraszybkich temp i piekielnego growlu Petera, to bodaj najbardziej szalony fragment na całej płycie. Kulminacją albumu jest „The Eye Of The Abyss”. Epicki, z chórami w tle, rozwija się w monumentalnego i mocnego kolosa. Brawa dla Jamesa, który wygrywa świetne partie na bębnach, zmieniając tempo i dodając jeszcze więcej ognia do tej otchłani. Całość kończy utwór zatytułowany nomen omen „The End”. Powolny, mocarny, kojarzący się trochę z „God Of Emptiness” Morbid Angel, znakomicie podsumowuje te 42 minuty szaleństwa dźwiękowego na „Tibi Et Igni”

Vader celuję w „10” swoją najnowszą produkcją. Zarówno Peter jak i fani mogą spać spokojnie. Płyta „Tibi Et Igni” to Vader w pełnej krasie, co z pewnością panowie niejednokrotnie dowiodą na koncertach.

Autor: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load