Wywiady

Paweł Rosak

2016-12-11

Mieszkający na co dzień w Hiszpanii Paweł Rosak nie należy do muzyków nagrywających i wydających często. Od ostatniej płyty artysty minęła dekada. Teraz powrócił z nowym materiałem zatytułowanym „Who Knows”, a nam opowiedział o procesie jej powstawania.

Rozmowa z: Paweł Rosak

MM: Pierwotnie płyta miała nosić tytuł „Mysteries Of The Heart”. Czemu zmieniłeś tytuł na „Who Knows”?

PR: Dobre pytanie. Pierwotnie rzeczywiście płyta miała nosić tytuł „Tajemnice serca”. Rzuciłem go w rozmowie z Markiem Niedźwieckim, który ponad rok temu zapytał mnie, czy mam już tytuł płyty. Pojawił się on dość spontanicznie, bo nie przemyślałem tego wcześniej. Jest to o tyle znaczące, że pochodzi on z piosenki dedykowanej pamięci mojego przyjaciela Gerry’ego Rafferty’ego - szkockiego gitarzysty, z którym wielokrotnie pracowałem. Pomyślałem sobie, że ta fraza w jakiś sposób ujmuje treść tego albumu. Jednak tuż przed ostateczną decyzją dotyczącą tytułu, doszedłem do wniosku, że na tej płycie zadaję więcej pytań, niż daję odpowiedzi. I pomyślałem, że „Tajemnice serca” brzmią dość banalnie. Stąd tytuł „Who Knows”, który jest linijką tekstu, pochodzącą z tego samego utworu, czyli „Mysteries Of The Heart”. Poza tym to jeszcze jest pewna gra słów: Who Knows Pawel Rosak? Często ludzie mnie nie kojarzą, więc postanowiłem się tą konwencją trochę zabawić.

MM: Od wydania Twojej poprzedniej płyty „Spanish Sun” minęło 10 lat. Czy to znaczy, że tak długo zbierałeś materiał na nową?

PR: To jest tak, że ja piszę jakieś utwory przez cały czas.I gdy przychodzi moment, kiedy zaczynam realizować płytę, to mam zwykle trzy razy więcej materiału, niż mogłoby się na niej zmieścić. Potem kombinuje, które piosenki stanowią jakąś spójną całość, które widzę w ogólnej wizji danego konceptu. Są tam nawet utwory, które napisałem w wersji instrumentalnej nawet 15 lat temu. Dopiero teraz tak naprawdę się za nie zabrałem pod kątem aranżacyjnym. Stąd też można powiedzieć, że jest to wieloletni proces. Natomiast sama realizacja tej płyty zajęła około roku. Wynikało to z tego, że chciałem mieć na niej ludzi z różnych zakątków świata. To czasem trochę trwało, żebyśmy mogli zgrać terminy i to wszystko nagrać.

MM: No właśnie – jak to wyglądało? Każdy dogrywał się po kolei?

PR: Tak. Moja metoda pracy polega na tym, żenajpierw buduje cały aranż, który tak naprawdę w 90% pozostaje takim, jaki go ułożę. W momencie, kiedy dogrywam innych ludzi, którzy podmieniają moje partie swoimi, to te 10% jest ich dziełem.

MM: A gdzie nagrywałeś tą płytę? Bo przeczytałem, że powstała ona w różnych miejscach świata. Wynikało to z tego, że to goście dogrywali swoje partie w różnych miejscach i Ci je wysyłali, czy to Ty się przemieszczałeś po różnych studiach?

PR: Używałem głównie studia na południu Hiszpanii w Marbelli w okolicach Malagi. Tam powstało 80% płyty. Tam regularnie odwiedzał mnie Oscar Castro Neves – legenda bossanovy z Brazylii. Reszta stanowiło parę innych studiów m.in. w Monterey w Kalifornii, w Londynie, ale także w Polsce, gdzie dogrywali się Anna Maria Jopek i jej muzycy.

MM: W „Adonde Vas?” rzeczywiście słychać 4 języki? Bo miałem wątpliwości, gdyż usłyszałem w nim polski, angielski i hiszpański.

PR: Jest jeszcze francuski. We wszystkich tych językach potrafię się porozumiewać.

MM: Na tej płycie słychać różne stylistyki: soul, jazz, pop, rock, czy bossanovę. A czy jest któraś stylistyka, gatunek, w którym czujesz się najlepiej?

PR: Trudno odpowiedzieć, czy jest jakaś stylistyka, w której czuję się najlepiej, bo wszystkie te, które wymieniłeś, stały się częścią mojego języka muzycznego. Staram się ich nie rozczepiać. Nawet w temacie bossanovy, którą nie traktuje stricte po brazylijsku, tylko raczej przetwarzam ją przez siebie. To, że mam gitarę flamenco i wspaniałego gitarzystę Chappiego Pinedę, który łamie trochę te konwencje, daje inny efekt. Zabawa w łączenie tych gatunków i smaków sprawia, że ta muzyka brzmi trochę inaczej od tych takich czystych, ortodoksyjnych wręcz brzmień.

MM: Bossanovę w podobny sposób do Twojego traktuje chociażby Marek Napiórkowski, który też gra ją po swojemu.

PR: Zgadza się. Zresztą myślałem o tym, by zaprosić Marka na tę płytę, ponieważ bardzo go cenię jako gitarzystę. Myślałem, że gdzieś się pojawi, natomiast okazało się, że pod koniec zabrakło dla niego miejsca. To byłoby zbyt siłowe. Nie mogę wszystkich muzyków, przyjaciół wspaniałych, z którymi miałbym ochotę nagrać przynajmniej jeden utwór – bo tak też się to odbywało, że zapraszałem ludzi do konkretnych piosenek – pomieścić na jednej płycie. Myślę jednak, że następny projekt zrealizuje już z nim.

MM: Nie kusiło Cię zatem, żeby zrobić tę płytę dłuższą? Ona ma raptem 46 minut, jest 9 utworów.

PR: Nie kusiło mnie, ponieważ to od początku było zamierzone. Mam takie wrażenie od jakiegoś czasu, że wiele płyt jest po prostu za długich. Sam jadąc samochodem i słuchając muzyki, przeskakuję do kolejnych utworów, bo nie do końca wszystkie pasują mi stylistycznie do danej płyty. Lubię krążki, które zostawiają trochę niedosytu.

MM: Chciałem jeszcze wrócić do kwestii muzyków, którzy pojawili się na płycie. Na gitarze zagrał Hugh Burns. Nie byłbyś w stanie zagrać jego partii?

PR: Ja nie jestem w ogóle gitarzystą, tylko klawiszowcem. Gram trochę na gitarze, ale nie na tyle dobrze, by rejestrować partie. Wolę kiedy robią to najlepsi, a do takich się nie zaliczam (śmiech).

MM: Będą koncerty?

PR: Mam nadzieję, że tym razem uda się to wszystko dopiąć. Podczas koncertów będę grał na wszystkim po trochu, oczywiście głównie na klawiszach. Trochę też na perkusji, bo to akurat uwielbiam i bardzo mnie to kręci. Zresztą płyta jest bardzo bogata jeśli chodzi o brzmienia perkusyjne. Jest co pograć.

MM: W takim razie czekam na koncerty i bardzo dziękuję za rozmowę.


Rozmawiał: Maciej Majewski