Wywiady

Artra

2018-12-24

Warszawska grupa Artra, łącząca w swojej twórczości m.in. jazz i muzykę awangardową, powstała w 1973 roku i istniała zaledwie przez "chwilę", co jednak pozwoliło jej zdobyć status kultowej. Cztery dekady później reaktywowała się i zarejestrowała debiutancki album "Kroniki Miejskie". Z tej okazji nasz wysłannik Jakub Oślak odbył długi i bardzo ciekawy wywiad ze współzałożycielem zespołu i zarazem jego trębaczem, malarzem Witoldem Popielem.

Rozmowa z: Witold Popiel

Jakub Oślak: Do płyty Kroniki miejskie zespołu Artra nie jest łatwo dotrzeć, zarówno pod kątem dostępności, jak i przystępności tej muzyki...

Witold Popiel: To prawda, ale kto ma wiedzieć, ten wie. Ja nie oczekuję od życia laurki skierowanej do narodu czy hymnów pochwalnych na swój temat. Sam należę do sceptyków i surowych krytyków swojej twórczości, od wielu lat i na różnych poziomach. Pierwsze o co pytam innych, którzy słuchają tej muzyki, to: nie mów mi co ci się podoba, powiedz mi, co ci się nie podoba! Bo to jest dla mnie informacja i wskazówka jak dotrzeć do odbiorcy. Jeśli mamy coś ciekawego do powiedzenia i mówimy to szczerze, a mam nadzieję, że muzyka Artra to jest głos szczery, to zawsze znajdzie się ktoś, kto powie: OK, to jest dość trudna muzyka, ale fajnie się tego słucha. To jest podobne zjawisko, które dość dobrze znam z malarstwa. Do ciekawej muzyki w ogóle trudno jest dotrzeć, mimo iż jest jej bardzo wiele. Bardzo się zatem cieszę z istnienia np. Spotify, na ogół krytykowanego w gronie moich znajomych, które pomaga w znalezieniu artystów, którzy mogą mnie zainteresować. Dzięki temu odkrywam nawet bardzo niszowe rzeczy, których jeszcze 10-20 lat temu nie mógłbym odkryć.

JO: Jaki jest związek muzyki Artra z malarstwem? Jest ona bardzo plastyczna; słuchając jej, obrazy natychmiast stają przed oczami.

WP: W zespole Artra wszyscy troje z Leszkiem Gapskim i Joanną Świrską zajmujemy się malarstwem. Ja przez wiele lat starałem się adaptować obraz do sfery dźwięku. Nasz pierwszy eksperyment po latach miał polegać na tym, abyśmy zagrali obrazy. Nie jest to metafora czy iluzja graficzna, lecz przekazanie dźwiękami energii, którą niesie obraz i kolor. Kilka lat temu w Muzeum Narodowym odbyła się wystawa dzieł Marka Rothko. Świat się nim obecnie zachwyca, jego obrazy uznawane są za mistyczne, pełne tajemnicy. A to jest przecież antyteza sztuki, oczywiście mówiąc prowokacyjnie, na niezwykle subtelnym poziomie abstrakcji. Pytam znajomej młodzieży, która to ogląda: co wy w tym w ogóle widzicie? Moi synowie, gdy zobaczyli te obrazy, zasłonili uszy i położyli się na muzealnych sofach. Było to zatem potwierdzenie wagi tej sztuki; nie przez krytyków czy artystów, lecz zwykłych ludzi, którzy natychmiast zareagowali bardzo impulsywnie. Odebrali w sposób przyspieszony wartość energetyczną tych dzieł. Podobnie jest ze zjawiskiem synestezji, albo z chińskimi pejzażystami z czasów konfucjańskich, którzy wąchali obrazy – zapach tuszu miał dla nich znaczenie kreatywne. Namalowałem wiele lat temu serię obrazów, które zostały nazwane Kroniki miejskie. Był to mój pierwszy impuls do poznawania morfologii miasta, do pokazania jakby z lotu ptaka konkretnych miejsc w Warszawie. I to też były obrazy abstrakcyjne, nie widokówki Starego Miasta. Najpierw pojawiły się obrazy, metaforyczne i symboliczne, które następnie zainspirowały pomysł stworzenia wizerunku konkretnych miejsc za pomocą muzyki.

JO: Kroniki miejskie są mapą konkretnych miejsc w Warszawie, w konkretnym czasie. Czy nie jest to jednak zawężenie pola wyobraźni słuchacza, narzucenie jej interpretacji? Cały czas mówimy o muzyce abstrakcyjnej, która, podobnie jak malarstwo Rothki, ma prowokować do dyskusji.

WP: Płyta Kroniki miejskie jest hołdem złożonym Warszawie - konkretnym miejscom, które mają dla mnie symboliczne znaczenie i wartość emocjonalną. Traktuję to jednak z przymrużeniem oka. Nie było naszym zamiarem, aby narzucać taką interpretację. Ta muzyka jest samoistna, abstrakcyjna, są to czyste relacje instrumentalne na pewnym poziomie mentalnym. I to powinno słuchaczowi wystarczyć, bez spoglądania na tytuły czy zapoznawania się z sentymentalnym objaśnieniem utworów. Słuchacz nawet nie musi rozpoznawać instrumentów, które biorą w tym udział. Nie jest warunkiem odpowiedniego dotarcia do tej muzyki zapoznanie się z treścią literacką. To jest rzecz drugorzędna; zupełnie inaczej niż w teatrze, gdzie słowo jest ważne, aby zrozumieć sens samego teatru. To jest jak odniesienie literackie w balecie – ono nie jest warunkiem delektowania się sztuką baletową, czy też wsłuchiwania się w muzykę która go ilustruje. Muzyka żyje swoim własnym życiem i nie jest ważne, czy komponuje ją Stockhausen, Zappa czy ktokolwiek inny. Natomiast dla mnie osobiście ta muzyka ma wielowątkowe znaczenie. Przypomina to trochę muzykę do filmu, którą zapamiętujemy jako wybitne, samoistne dzieło, mimo iż sam film był przeciętny. To nie jest muzyka obarczona formalnością, nacechowana intelektualnie. Ja staram się przekonywać odbiorców muzyki, że należy jej słuchać źródłowo, bez używania słów, które często komplikują i budzą wątpliwości.

JO: Kroniki miejskie są zapisem występu na żywo. Na czym polega metoda intuicyjna muzyki Artra – czy chodzi o intuicyjne porozumienie muzyków na scenie, czy też zrozumienie tych dźwięków przez słuchaczy, na poziomie intuicji?

WP: W przeciwieństwie do muzyki totalnie improwizowanej, która często brzmi jakby muzycy mieli zapisane jej fragmenty w postaci nutowej, muzyka intuicyjna nie posiada żadnych założeń. Jest tworzona spontanicznie, opiera się wyłącznie na wrażliwości artystów, ich umiejętnościach i doświadczeniach. Jest to czysta formuła muzyczna, która może wyglądać tak, lub inaczej. To nie są przygotowane konkretne kompozycje, czy tematy jazzowe, które powodują wariacje zespołu dźwięków. Trudno jest o tym przekonywać ludzi sceptycznych, bo ja rozumiem ten sceptycyzm; wiem, jednakże, z wielu źródeł, że jest to muzyka, która pomimo swojej trudnej formy dobrze się broni i dosyć miękko „wchodzi” do głowy słuchaczy. Artyści którzy kierują się umysłem narażają się na paradoksalny, sprzeczny odbiór swojej sztuki. Jeśli potrafimy dzięki praktyce medytacyjnej wypełnić przestrzeń dobrymi wibracjami wówczas można pokusić się o muzykę tworzoną nie dzięki umysłowi, lecz właśnie intuicji, sercu. W sztuce należy szukać prostoty. Gdy graliśmy z Jackiem Malickim z Grupą w Składzie, często mówiliśmy, że grając na scenie rzucamy i odrzucamy do siebie nawzajem różne dźwięki. Artra dodatkowo rzuca te dźwięki w przestrzeń, gdzie pozostają na zawsze. Budowanie przestrzeni muzycznej ma związek z indywidualnym doświadczeniem uczestnika koncertu, czynnego lub biernego. Muzycy intuicyjni korzystają często z dobrodziejstw swojej pamięci muzycznej, wplatają w nią często sprzeczne wątki, tworzą ogólny dobrostan utworu. Efekt intuicji w muzyce bywa zaskoczeniem także dla samych twórców. Nawet jeśli jesteśmy uważni i odpowiedzialni muzycznie, co w kontekście muzyki intuicyjnej jest warunkiem i rzeczą naturalną, często jesteśmy zaskakiwani własną twórczością. Ta muzyka opiera się na trochę innych zasadach. Brzmienie jest pierwszym impulsem, zwiastunem dźwięku, początkiem i końcem muzyki, którą ja tworzę. Bardziej niż muzyka jako taka, mnie bardziej pasjonują jej kwantowe elementy – uroda samego dźwięku, zaglądanie do środka muzyki poprzez dźwięki.

JO: Czyli to, co słyszymy na płycie Kroniki miejskie powstało bez żadnego przygotowania, czysto spontanicznie, ani też bez późniejszych overdubów w studiu?

WP: Nie do końca. Podstawą tej muzyki była warstwa elektroniczna, którą przygotowałem wcześniej. Są to dźwięki obce – jakieś dźwięki ulicy, itp., które oczywiście nie należą do tej formuły intuicyjnej, jako że są grane z taśmy. Są one jednak zwiastunem tego, co może się potem wydarzyć na scenie, na temat „Muranowa o świcie” czy „Wieży ciśnień”. A wydarzyło się akurat to – i to stało się idiomem tej muzyki. Grając odnosimy się zarówno do tych dźwięków elektronicznych, jak i tych, które gra partner na scenie. Koncert weryfikuje to wszystko, co jest grane pomiędzy muzykami znającymi się od x lat. Nagrywanie w studiu traci swój spontaniczny walor, gdyż zawsze można coś powtórzyć czy dograć. Jeśli chodzi zaś o overdub – głos Joanny na scenie wydał mi się zbyt abstrakcyjny, zbytnio wpisywał się w to, co my gramy. I to jest paradoks, bo to powinno być atutem tego głosu; a mnie się to nie podobało. Poprosiłem zatem Joannę, żeby już w studiu zaśpiewała to, co najbardziej lubi, co jej najlepiej wychodzi, co jest istotą jej twórczości. To jest niezwykły atut, gdy artysta potrafi prostymi środkami osiągnąć zaskakująco bogaty efekt muzyczny. Te dograne wokalizy wprowadziły niepokój do tej płyty, chociaż spotkałem się z opiniami, że należą one do innej bajki i nie współbrzmią z jej surową formą muzyczną. Ale mimo to, na przekór kryzysowi post-modernizmu i powrotu do źródeł w poszukiwaniu czystości w muzyce minimalnej, zdecydowałem się to w ten właśnie sposób ubarwić. Nie wiem czy to było potrzebne, ale ja lubię eksperyment w muzyce, lubię niepokój, to wyraz buntu przed formalizowaniem rzeczy, nadmiernym szacunkiem dla klasyki. Ja lubię łamać zasady i być na ścieżce odkrywcy. Gdy muzyka intuicyjna wybrzmiewa, mamy poczucie, że odkrywamy rzeczy nowe, zaskakujące i niepokojące, bez kół ratunkowych i pomocy dla słuchacza w asymilacji tej muzyki. 

JO: Warstwa elektroniczna, zarówno w postaci muzyki, jak i narzędzi do jej tworzenia, ma dla Pana duże znaczenie. W sztukach wizualnych również był Pan technologicznym pionierem...

WP: To prawda, byłem jednym z pierwszych sześciu plastyków w Polsce, którzy używali Photoshopa. Także w muzyce, dzięki technologii mamy obecnie wielką łatwość tworzenia. Jednakże, można dzięki temu łatwo wpaść w pułapkę samozadowolenia, zachwytu nad własnym głosem: Cudownie mi to wychodzi, to jeszcze dodam coś, jeszcze coś upiększę, jeszcze bardziej skomplikuję. Wtedy ego zaczyna oszukiwać umysł i nie wiemy już co jest dobre, a co złe. W związku z tym wielu artystów wraca do minimalizmu i eliminuje kolejne pokłady muzyczne jako zakłócające. To wymaga oczywiście pracy i praktyki, czegoś głębokiego. Ja po 10 latach eksperymentowania z muzyką elektroniczną wciąż się tego uczę, chociaż wydaje mi się, że wiem jak taka muzyka powinna brzmieć; natomiast, czy uda mi się to wyrazić – to się okaże. Jest wiele osób, które odczuwają atawistyczny lęk przed komputerem. Ja tego nigdy nie miałem, a używam ich od kiedy się u nas pojawiły, jeszcze w połowie lat 80. Sam komputer nie jest dla mnie niczym niezwykłym. Natomiast, kreowanie dźwięku za pomocą komputera to jest zupełnie inna historia. Ja się wychowałem na dźwiękach analogowych. Dla mnie istotą muzyki jest dźwięk zagrany przez żywego człowieka, dźwięk możliwie naturalny. Ale to nie zakłada, że tylko ten dźwięk jest istotą muzyki. Keith Jarrett jest mistrzem fortepianu i kojarzony przede wszystkim z tym instrumentem, a przecież grał z Milesem Davisem na pianie Fendera. Zapytał go o to sceptyczny dziennikarz, na co usłyszał odpowiedź, że Milesowi się nie odmawia. I tak Jarrett przeszedł do historii jako jeden z pierwszych pianistów, którzy dokonali tej fuzji muzyki akustycznej z elektryczną. Później wydarzyło się wiele innych, genialnych rzeczy, ale też wiele przygnębiających eksperymentów jak np. perkusja Simmonsa i jej udział w polskich filmach lat 80., czy też cały ten new romantic, który w większości przyniósł rzeczy fatalne. Ale wśród tych fatalnych były też rzeczy fantastyczne, ponieważ zostały stworzone przez wrażliwych artystów. Jeśli artysta ma oczy i uszy otwarte, to jest to dobra droga do tego, żeby stworzyć przejmującą sztukę. Nie warto jest jednak obracać się w stronę już zastanych rzeczy i nawiązywać do tego, bo to może być złudne. W muzyce nie ma drogi na skróty. Cieszę się, że muzyka jest zjawiskiem społecznym, podobnie jak malarstwo i inne dziedziny sztuki. Dostępność komputerów sprawia, że każdy może dziś tworzyć i to jest zjawisko pozytywne. Natomiast czy da się to sprzedać i z tego wyżyć, to jest zupełnie inna historia. To, że są to w większości mało ciekawe rzeczy zależy od zbyt przyspieszonego pójścia na skróty; czasami dłuższa praktyka i większy wysiłek przydają się. Ja słucham bardzo dużo muzyki elektronicznej, ale są to rzeczy w większości przeciętne, powierzchowne, które nie usiłują nawet wzbić się na wyższy poziom. To jest właśnie paradoks tej muzyki: duża łatwość, a jednocześnie duża odpowiedzialność.

JO: Czy ma Pan swoich ulubionych wykonawców muzyki elektronicznej, lub konkretne płyty?

WP: Ostatnio zachwyciłem się twórczością Ewy Liebchen, która nagrała płytę Electric Sheep, do której zresztą sam zrobiłem okładkę. Znam Ewę od dziecka i od początku śledzę jej rozwój muzyczny. Byłem zachwycony tą płytą, a jednocześnie faktem, iż Ewa nie znając Philipa Dicka i Blade Runnera, stworzyła coś takiego. A przecież Philip Dick i cały ten etos science-fiction to jest część mojego życia. Podobnie jak Kraftwerk, z tą ich hipnotyczną funkcją, która do dziś inspiruje wielu artystów i którą także znajdziemy na tej płycie. To są dla mnie rzeczy bardzo bliskie. W tamtych czasach, gdy ci ludzie tworzyli ja wchodziłem w dorosłe życie i moje połączenia neurologiczne reagowały na nie w naturalny sposób. Ewa odkrywa to po latach, a mimo to nagrała płytę, która będąc bardzo blisko Warszawskiej Jesieni jednocześnie przekracza te bariery, podobnie jak Bernhard Lang. Ja na ogół lubię minimalistyczne rzeczy. Podoba mi się to, co tworzy Dominik Karski, wybitny kompozytor, czy też perkusjonista Hubert Zemler, ale także Arvo Pärt. Gdy stykam się z jakimś stylem muzycznym to natychmiast dostaję sygnał z najwyższej półki. Gdy ktoś poznaje muzykę free-jazzową, to natychmiast dociera do Ornetta Colemana czy Johna Coltrane’a. Gdy ktoś poznaje muzykę fusion, to dociera do Milesa Davisa i Chicka Corea. W ten sam sposób poznałem płytę Arvo Pärta Tabula Rasa. Ona otworzyła u mnie jakiś czakran! Ja wiem, że dla wielu osób jest to zbyt surowe, zbyt eklektyczne, ezoteryczne, nawet religijne; ja uważam, że to jest najczystsza forma uduchowionego minimalizmu.

JO: Czy w planach na kolejną płytę jest zachowanie tej formuły intuicyjności, czy też będzie to coś zupełnie innego?

WP: Tak właśnie będzie, gdyż nie chcę rezygnować z tego, co najbardziej lubię robić, czyli bawić się frazami z przestrzeni jazzowej. Ja nie wiem czy w mojej grze zmieniło się wiele przez te 40 lat, chociaż moi znajomi twierdzą, że zmieniło się zupełnie wszystko, że są to „lata świetlne” od tamtego czasu. Ja wciąż lubię ocierać się o taki jazz improwizowany, free-jazz czy nu-jazz, ale na przekór temu chce zrobić coś, co bardzo teraz mnie wciąga i inspiruję, czyli zabawa dźwiękami elektronicznymi i pójście w stronę minimalizmu. Chciałbym namówić Ewę Liebchen do udziału w tym, bo ona mi ułatwi zadanie i wprowadzi coś, co będzie zadziwiające i fantastyczne – i ja nie będę musiał tego grać! Mam już przygotowany pewien konspekt tego i wiem, że to będzie bardzo dziwne i wzbudzi bardzo wiele wątpliwości. To będzie eksperyment, którego ja jeszcze nie słyszałem, chociaż pewnie już go ktoś wymyślił wcześniej, bo wszystko już było! To będzie niespodzianka na początek roku. Gdy graliśmy z Grupą w Składzie cały czas poszukiwaliśmy tego Świętego Graala i dlatego nie powstała z tego właściwie żadna płyta – więc ja staram się to teraz nadrobić i samemu nagrywać więcej rzeczy.

JO: W jednym z wywiadów powiedział Pan coś, co przez wielu zostanie zrozumiane na opak. Powiedział Pan, że lata socjalizmu w Polsce były dla sztuki dobrym czasem. W jakim sensie? Czy chodzi o wolniejsze tempo życia, o większą bliskość ludzi? Jak porównałby Pan tamte czasy, pod kątem sztuki, ze współczesnością?

WP: Ja rozumiem jaka jest dziś ocena PRL-u – niezbyt zachęcająca. Często jest jednak tak, że o pewnych rzeczach mówią ludzie, którzy tych rzeczy nie doświadczyli, albo mają znikomą na ten temat wiedzę. Moja nieżyjąca już matka opowiadała wielokrotnie, że najpiękniejszym okresem w jej życiu był czas Powstania Warszawskiego. Oczywiście sama wojna była rzeczą okropną, ale ona sama miała wtedy 16 lat. Wszyscy jej znajomi byli młodzi, spotykali się na Powiślu, nad Wisłą, byli zdrowi i szczęśliwi; tylko co jakiś czas spadały bomby. Ja jednak nie mówię o czymś takim; mam na myśli coś, co można ocenić obiektywnie. Lata 60 i 70 postrzegam jako rozkwit polskiej kultury także w wymiarze światowym. Pomijając już teatr Grotowskiego, do którego pielgrzymowali reżyserzy z całego świata, który dziś jest postacią kultową i twórcą pewnego zjawiska w teatrze, mówimy także o twórczości Kantora, mówimy o rozkwicie polskiego filmu (czego niestety nie można powiedzieć obecnie), mówimy o bardzo wielu teatrach i sztuce aktorskiej. Myślę także o Magdalenie Abakanowicz, o sztukach plastycznych; to polskie okno na świat otwierało się także za pośrednictwem Warszawskiej Jesieni na którą przyjeżdżali najwybitniejsi twórcy muzyki współczesnej ze świata. Mówię o Jazz Jamboree na którym się wychowałem. To jest mit założycielski polskiego jazzu – to tutaj spotykali się ludzie, to tutaj obserwowaliśmy najwybitniejszych artystów amerykańskich. Na Jazz Jamboree przyjeżdżali wszyscy najwybitniejsi jazzmani świata, z Duke’m Ellingtonem i Charlesem Mingusem na czele, razem z Ornettem Colemanem, chyba tylko za wyjątkiem Johna Coletrane’a. To stawiało nas w pozycji wyjątkowego, chociaż niekoniecznie najzabawniejszego baraku w obozie. To nas stawiało w sytuacji uprzywilejowanej w stosunku do całego bloku wschodniego i socjalizmu z ludzką twarzą. Ja rozumiem, że w Polsce ta kultura wysoka nie była dostępna powszechnie; to był przywilej dużego miasta, że na Konfrontacjach Filmowych oglądałem wtedy najlepsze filmy tamtych czasów, które zmieniły moje pH postrzegania kina. Czy to wystarcza, żeby powiedzieć, że nastąpił rozwój polskiej sztuki? Moim zdaniem tak, sam w tym brałem udział. Te wszystkie koncerty, kluby studenckie, spotkania z artystami – to wszystko umożliwiało takie w miarę normalne życie. Moje pokolenie urodziło się po wojnie, nie znaliśmy tamtej grozy, mieliśmy do tego zupełnie inny stosunek i chcieliśmy korzystać z tego życia. Wtedy pojawił się element kultury hippisowskiej, która bardzo się sprawdziła w życiu moim i moich przyjaciół. Korzystaliśmy z dobrodziejstwa pewnego rodzaju wolności i swobody, nie odczuwaliśmy opresyjności kraju.

JO: Dziś przeżywamy klęskę urodzaju – mamy dostęp do wszystkiego, ale nie możemy wszystkiego wybrać na raz. Populację odbiorców należy podzielić przez większy mianownik – koncerty, miejsca, płyty. Jako naród nie jesteśmy przyzwyczajeni do urodzaju; gdy mamy duży wybór, gubimy się.

WP: Zgadza się. Ja nie ubolewam nad dzisiejszym stanem polskiej kultury i sztuki. Paradoksalnie, w tej chwili dostępność do instrumentów, materiałów plastycznych, ośrodków kultury jest bezdyskusyjnie większa; więcej klubów, więcej przestrzeni do tworzenia sztuki – tylko pytanie, co z tego wynika? Potencjał jest olbrzymi. Teraz artystów w Polsce jest nieporównywalnie więcej w Polsce niż wtedy, tylko czy ilość w tym przypadku można przekuć w jakość? Mam wątpliwości. Tym bardziej, że polski odbiorca jest przyzwyczajony do kultury za darmo, a artysta od razu wchodzi w etos komercji. Wtedy było to czyste, bardziej romantyczne, ludzie spotykali się, rozmawiali, organizowano jamy, grano razem, coś się działo. A dziś jest jeden klub w Warszawie, gdzie odbywają się jamy – Klub SPATiF. Wtedy takie kluby były enklawami tej kultury studenckiej, miejsca takie jak Remont czy Hybrydy. Czy dziś mają one takie znaczenie jak wtedy? Czy ludzie chodzą na koncerty? Pewnie tak, i takich twórczych miejsc jest więcej, ale ja mam do tamtych czasów taki atawistyczny sentyment, dlatego że uczestniczyłem wtedy w odkrywaniu rzeczy ważnych, które mnie kształtowały. Dziś odczuwam lekkie zgorzknienie, mimo iż słucham muzyki z całego świata i znacznie większej ilości artystów. Do tego nadmierna rola pieniądza powoduje demoralizację sztuki – ale to już temat na zupełnie inną dyskusję.

JO: Bardzo Panu dziękuję za długą i ciekawą rozmowę.


Rozmawiał: Jakub Oślak


Fraktale

2019-01-11

Krakowski ensemble Fraktale bardzo intensywnie działa od ponad dwóch lat. Kwartet ma już na swoim koncie 3 płyty. Ostatnia zatytułowana „II” ukazała się w listopadzie 2018. Na tę okoliczność przepytałem gitarzystę Filipa Franczaka, pianistę Rafała Rataja i perkusistę Michała Naróga, którzy opowiedzieli mi o swoim podejściu do tworzenia i dalszych planach artystycznych.

Czytaj więcej...

Marta Zalewska

2019-01-02

Multiinstrumentalistka, kompozytorka, autorka tekstów i wokalistka Marta Zalewska wydała debiutancki album "Marta Zalewska". Płyta ukazała się dzięki zwycięstwu Artystki w zorganizowanym przez radiową Czwórkę konkursie "Będzie Głośno!". Z okazji premiery albumu Marta udzieliła nam wywiadu.

Czytaj więcej...

Artra

2018-12-24

Warszawska grupa Artra, łącząca w swojej twórczości m.in. jazz i muzykę awangardową, powstała w 1973 roku i istniała zaledwie przez "chwilę", co jednak pozwoliło jej zdobyć status kultowej. Cztery dekady później reaktywowała się i zarejestrowała debiutancki album "Kroniki Miejskie". Z tej okazji nasz wysłannik Jakub Oślak odbył długi i bardzo ciekawy wywiad ze współzałożycielem zespołu i zarazem jego trębaczem, malarzem Witoldem Popielem.

Czytaj więcej...

Ewa Szlachcic

2018-12-18

Wokalistka, aktorka i autorka tekstów Ewa Szlachcic wydała swój pierwszy od kilku lat album studyjny zatytułowany "D.N.A.". Wydawnictwo to jest dla tej artystki początkiem nowego etapu na artystycznej drodze. Z tej okazji spotkaliśmy się z piosenkarką, która udzieliła nam wywiadu.

Czytaj więcej...

Kwiat Jabłoni

2018-12-06

Duet Kwiat Jabłoni tworzy rodzeństwo Kasia i Jacek Sienkiewicz. Grupa istnieje od marca tego roku, a pomimo to zdobyła już ogromną popularność, co przekłada się na wyprzedane koncerty. Duet przygotowuje się do wydania debiutanckiej płyty i znalazł chwilę czasu by udzielić nam wywiadu.

Czytaj więcej...

Piotr Pawłowski (Made In Poland, Dance Like Dynamite, Neverending Delays)

2018-12-05

Klasycy polskiej zimnej fali Made In Poland wydali album "Kult", na którym znalazły się studyjne wersje kompozycji znanych z koncertowego repertuaru z lat osiemdziesiątych. Z tej okazji nasz wysłannik Jakub Oślak porozmawiał z basistą oraz współzałożycielem Made In Poland Piotrem Pawłowskim. Nie zabrakło również nawiązań do innych projektów muzycznych, w które jest zaangażowany ten muzyk: Dance Like Dynamite, The Shipyard oraz Neverending Delays.

Czytaj więcej...

Monika Borzym

2018-11-26

"Radiohedonistycznie. Live At Wytwórnia" to nowa koncertowa propozycja Moniki Borzym. Na płycie znalazły się głównie nowe interpretacje kompozycji grupy Radiohead. Z okazji premiery płyty wokalistka odpowiedziała na serię naszych pytań.

Czytaj więcej...

Jungle

2018-11-09

Imienny debiut album brytyjczyków z Jungle okazał się niemałym przebojem, który pozwolił grupie na koncerty w wielu miejscach. Po czterech latach grupa wypuściła nowy album, na którym piętno odcisnęły doświadczenia członków zespołu w związku z ich intensywnym trybem życia. O zawartości „For Ever” i nadchodzącym koncercie w warszawskiej „Progresji” opowiedział mi Tom McFarland.

Czytaj więcej...

Farben Lehre

2018-10-31

Grupa Farben Lehre wydała pierwszy od 6 lat album z całkowicie premierowym autorskim materiałem zatytułowany "Stacja Wolność". Wokalista i autor tekstów Wojtek Wojda spotkał się z nami i opowiedział między innymi o kulisach powstawania tej płyty oraz roli muzyków we współczesnej Polsce.

Czytaj więcej...

Kobong

2018-10-30

Pod koniec września i października ukazały się długo oczekiwane kompaktowe reedycje dwóch albumów grupy Kobong: "Kobong" i "Chmury Nie Było". Z tej okazji porozmawialiśmy z byłym gitarzystą oraz współkompozytorem Kobonga Maciejem Miechowiczem. Muzyk opowiedział nam między innymi o kulisach wydania reedycji, przypomniał historię rejestracji koncertu Kobong z warszawskiego Remontu z 1994 roku oraz wyjaśnił jakie były kulisy powstania tekstu do utworu "Rege".

Czytaj więcej...

Carpenter Brut

2018-10-24

Po trzech płytach „EP” wydanych jako „Trilogy” i albumie koncertowym Franck Hueso, nagrywający pod szyldem Carpenter Brut, wydał wreszcie pełnowymiarowy album. „Leather Teeth” nie przynosi może wielkich zmian w stylistyce muzycznej, ale zaskakuje od strony wizualnej i produkcyjnej. O kulisach prowadzenia Carpenter Brut, nagrywania z wokalistami i o swoich ulubionych zespołach metalowych artysta opowiedział mi przed koncertem, który miał miejsce 13 października w warszawskiej „Progresji”.

Czytaj więcej...

Varius Manx & Kasia Stankiewicz

2018-10-22

Grupa Varius Manx z wokalistką Kasią Stankiewicz jest obecnie w trakcie dużej trasy po Polsce promującej wydany w maju album "ENT". Z tej okazji na serię naszych pytań odpowiedzieli: Kasia Stankiewicz i Robert Janson.

Czytaj więcej...

Kapela Ze Wsi Warszawa

2018-10-08

Na tegorocznym OFF Festivalu Kapela ze Wsi Warszawa przedstawiła na żywo materiał ze swojej ostatniej płyty „Re:akcja mazowiecka”. Interpretacja na żywo tych utworów wzbogacona została różnymi środkami. Przede wszystkim zaś zespołowi towarzyszyli goście – artyści kurpiowscy. Krótko po koncercie miałem możliwość porozmawiania z Maćkiem Szajkowskim, Magdaleną Sobczak, Sylwią Świątkowską i Piotrem Glińskim, którzy opowiedzieli mi o swoim pomyśle na przedstawienie „Re:akcji…” na żywo.

Czytaj więcej...

Sonia Stein

2018-09-27

Mieszkająca od lat poza Polską wokalistka Sonia Stein wystąpiła 13 września w warszawskiej Proximie jako gość specjalny przed koncertem brytyjskiej piosenkarki Alice Merton. Z tej okazji udało nam się porozmawiać z Sonią między innymi o jej rozwijającej się coraz szybciej karierze, pracy nad debiutancką płytą oraz jej udziale w filmie "Excentrycy czyli Po Słonecznej Stronie Ulicy".

Czytaj więcej...

Hańba!

2018-09-20

Hańba! nadal intensywnie koncertuje, promując swoje ostatnie wydawnictwo „Będą bić!”. W punkowo-podwórkowym anturażu, wyśpiewują wyjątkowe teksty okresu międzywojennego. Na tegorocznym OFF-Festivalu zagrali na Scenie Leśniej, gromadząc pokaźną publikę, ale przede wszystkim udowadniając, że ich przekaz ma ogromną siłę. Krótko po występie porozmawiałem z bębniarzem Adam Sobolewskim, który odsłonił nieco kulis działalności zespołu.

Czytaj więcej...

Suzia

2018-09-17

Zuzanna Kłosińska, gitarzystka, kompozytorka i wokalistka, nagrywa i koncertuje pod pseudonimem Suzia. Niedawno wydała debiutancką ep-kę "Nie dzieje się nic". Z tej okazji udzieliła nam wywiadu.

Czytaj więcej...

Per Gessle

2018-09-17

Roxette to jeden z najpopularniejszych zespołów w historii muzyki pop. Nic dziwnego, że gitarzysta i założyciel grupy Per Gessle tak chętnie o niej opowiada. Przedmiotem naszej rozmowy była jednak jego nowa anglojęzyczna płyta. „Small Town Talk”, natomiast już 21 października artysta zagra w warszawskiej „Stodole”.

Czytaj więcej...

MIN t

2018-09-12

Martyna Kubicz, działająca pod szyldem MIN t wydała pod koniec listopada 2017 roku album „Assemblage”. Owoc dwuletniej pracy przyniósł ciekawą mieszanką elektroniki, r&b i neo soulu. Mieszkająca na co dzień w Berlinie artystka, wystąpiła tego lata na kilku festiwalach. Spotkaliśmy się po jej występie na OFF Festivalu. Towarzyszył jej perkusista Gniewomir Tomczyk. Poniżej zapis naszej rozmowy.

Czytaj więcej...

Nitzer Ebb

2018-09-11

Dwaj twórcy i najważniejsi muzycy brytyjskiej legendy nurtu EBM Nitzer Ebb odpowiedzieli na serię naszych pytań w związku z planowaną na początek października premierą dużego retrospektywnego boxu z płytami i niepublikowanymi nagraniami z lat 1982 - 2010 oraz reaktywacją zespołu na przyszłoroczną trasę koncertową.

Czytaj więcej...

Olga Polikowska

2018-08-30

Wokalistka Olga Polikowska wydała w lipcu debiutancki solowy electro-popowy singel zatytułowany "Ulatuje". Jest on zapowiedzią kolejnych wydawnictw artystki, która opowiedziała nam między innymi o planach na przyszłość, tworzeniu tekstów oraz zamiłowaniu do muzyki electro-pop.

Czytaj więcej...

End of content

No more pages to load