Wywiady

Mighty Oaks

2020-02-13

Stacjonujące w Berlinie międzynarodowe trio Mighty Oaks wydało właśnie trzeci album "All Things Go". Z tej okazji muzycy zespołu przyjechali do Warszawy, na trasę promocyjną i udzieli wywiadu między innymi naszemu wysłannikowi Jakubowi Oślakowi.

Rozmowa z: I.Hooper / C.Donzelli / C.Saunders

Jakub Oślak: Dwa dni temu wydaliście nowy album – gratulacje! Jak się z nim czujecie, tak na gorąco, tu i teraz?

Ian Hooper: Dziękujemy! Bardzo dobrze, jesteśmy naprawdę podekscytowani. Cieszymy się, że udało się na nim odejść w pewnym stopniu od naszego pierwotnego brzmienia znanego z Howl, które było stricte folkowe, bardowskie. Tym razem nagraliśmy rzecz znacznie bogatszą pod kątem produkcji - znajdziemy tu kilka piosenek o wyraźnie popowym brzmieniu. Ale mimo to nadal czujemy, że jest to w stu procentach płyta Mighty Oaks: są tam nasze akustyki, nasze harmonie, nasze słowa o codziennym życiu.

JO: Czy taka płyta jak All Things Go była do przewidzenia 10 lat temu, gdy zaczynaliście działać – i gdy wasze brzmienie było niemalże stricte akustyczne?

IH: Nigdy nie staraliśmy się za bardzo wyglądać w przyszłość i przewidywać biegu wydarzeń. Branża muzyczna zmienia się błyskawicznie i będąc jej częścią jesteś zmuszony do zmian razem z nią. Gdybyś zapytał nas w 2014 czy nagramy taki album – pewnie powiedzielibyśmy stanowczo, nie! Żadnych klawiszy, żadnych automatów – niech to gra perkusista! ale mimo to zawsze staramy się być otwarci na nowe rzeczy i nie wydaje nam się, że to co nagraliśmy jest znacząco odległe od tego kim do tej pory byliśmy jako zespół. Jeśli ktoś zna tylko Howl może być mocno zaskoczony nowym albumem – ale dla nas, którzy jesteśmy jakby najbliższej tych wydarzeń, jest to proces znacznie bardziej naturalny. Jeśli przysłuchujesz się temu dzień po dniu – różnicy nie słychać. Ale, gdy jako słuchacz z zewnątrz porównasz te dwa krążki, różnica jest oczywista.

JO: Wspomniałeś perkusistę – dosyć często ich zmieniacie – był Fabian, był Jurgen (do dziś ciepło wspominany), był Joachim – a kto bębni teraz?

Claudio Donzelli: Na płycie słychać Petera, ale Joachim będzie znowu z nami w trasie. Miał swoje inne projekty, plus musiał poświęcić trochę czasu, aby ogarnąć te wszystkie nowoczesne perkusjonalia i elektroniczne historie. 

JO: Rok temu odbyliście piękną trasę w stylu „unplugged”. Z kolei na swojej playliście ulubionych numerów w serwisie Tidal umieściliście Radiohead – w którym z tych kierunków chcielibyście podążyć?

IH: Claudio uwielbia Radiohead, to on ich tam umieścił! Oczywiście wszyscy ich podziwiamy, ale nie posuwałbym się w tej ewolucji aż tak daleko.

Craig Saunders: Każda nowa płyta to dla nas wyzwanie i motywacja. Ta nowa płyta jak i akustyczna trasa dała nam silną dawkę motywacji i pewności siebie – potrafimy robić jedno i drugie i możemy łatwo poruszać się pomiędzy tymi kierunkami. To pogłębia doświadczenie nas jako muzyków, ale też przesuwa granice zespołu jako artystów, pokazuje że potrafimy więcej, niż tylko folkowe numery z którymi jesteśmy kojarzeni. Nie chcemy produkować tej samej płyty wiele razy.

IH: Wiele osób chciałoby, abyśmy pozostali w tych folkowych klimatach. Dla nas możliwość pracy w studiu to okazja do eksperymentów, próbowania nowych rzeczy, uczenia się produkcji, kompozycji, uczenia się siebie jako ludzi i twórców, którzy wzajemnie się motywują. Ale z drugiej strony wiemy, że możemy w każdej chwili wyłączyć elektronikę i zagrać całe All Things Go akustycznie, na dwie gitary i pianino. Łatwo jest nam wrócić do tego, jeśli zajdzie taka potrzeba. To także bardzo łatwa muzyka do nagrywania, nie potrzeba przy niej dużo kombinować, nie wymaga wiele czasu i skomplikowanego sprzętu. Sami jesteśmy ciekawi co się stanie dalej. Praca w studiu umożliwia właściwie wszystko, ale nigdy do końca nie wiesz co zrobisz jako artysta. Może wrócimy do folku, może zagłębimy się w americanę, kto wie.

CD: Podstawą naszej muzyki jest piosenka. Piękne jest to, że w studiu i na żywo może ona przyjąć rozmaite formy i cieszymy się z tego, że potrafimy łatwo poruszać się w różnych aranżacjach. Z jednej strony lubimy te fundamentalne, folkowe aranżacje, ale z drugiej nie sposób jest uciec od technologii która nas otacza i udostępnia niesłychane narzędzia, które aż chce się wykorzystać. Nawet w trakcie nagrywania płyty potrafią pojawić się nowe programy, plug-iny, itp., o których wcześniej nie słyszałeś i chcesz ich użyć. Mamy rok 2020, a nie 1975 i trudno jest udawać, że mamy jeden wzmacniacz i jeden dzień w studiu. To oczywiście romantyczne i wiele zespołów idzie w to i czuje się z tym dobrze, ale my chcemy czegoś więcej. Radiohead to przykład zespołu, który umiera i odradza się z każdym kolejnym albumem, pod zupełnie inną postacią. To oczywiście przeciwległy biegun. Nam udało się, jak sądzę, znaleźć ten złoty środek między romantyzmem a nowatorstwem na nowej płycie – jest tu i przeszłość i teraźniejszość i nie czujemy, że czegoś jest za mało, a czegoś za dużo.

JO: All Things Go brzmi bardzo przemyślanie. Ile z tego co słyszymy było zaplanowane, a ile powstało spontanicznie?

CD: Wbrew pozorom, bardzo dużo powstało spontanicznie. Były oczywiście na początku słowa i melodie, ale większość z efektu końcowego wypłynęło drogą studyjnej improwizacji, poszukiwania nowych pomysłów, próbowania wielu instrumentów, przesuwania skali, itd.


JO: Jak różne są wasze emocje przy premierze już trzeciego albumu studyjnego, od tego co czuliście, gdy 10 lat temu powstała wasza pierwsza epka Driftwood Seat?

IH: To był pierwszy raz, gdy cokolwiek w życiu nagrałem. Czuliśmy się wtedy niewinnie, naiwnie, i takie też było brzmienie Driftwood Seat. Wszystko co wtedy robiliśmy było dla nas nowe, a przez to ekscytujące. Nie mogliśmy wtedy zrobić czegoś źle, bo na samym starcie nie ma ani źle ani dobrze – jest tylko tu i teraz. Ale w miarę jak postępujesz drogą rozwoju profesjonalnego muzyka to tracisz trochę tej romantyczności, ponieważ wszystko co robiłeś wcześniej staje się punktem wyjścia. I dążysz do doskonałości, do nagrania czegoś możliwie najlepszego na co się stać, przy użyciu najlepszego sprzętu i najlepszych instrumentów. Dla nas taką płytą był nasz drugi album Dreamers i być może postąpiliśmy zbyt pochopnie robiąc bardzo daleki skok do super-nowoczesnego studia w Stanach, właśnie po to, aby ten drugi album był tak wspaniały jak to tylko możliwe. Skupiliśmy się wtedy bardzo mocno na procesie i rzemiośle, a nie na emocjach i piosenkach. To była taka utrata niewinności. Na nowej płycie staraliśmy się odzyskać tą wolność, tą świadomość, że możesz wszystko i nikt cię nie ocenia, że możesz nagrać coś nie w studiu ale na iphonie i wrzucić to w późniejszy miks – tak właśnie było! Dla mnie nagrywanie tego albumu było bardzo bliskie temu pierwotnemu uczuciu, jakie towarzyszyło nam na początku, w małym studiu, z niedoskonałym sprzętem, itd.

JO: Nowy album jest jak kolejny epizod wciągającego serialu, albo rozdział książki, o was. Ale, odnoszę wrażenie, szczególnie po tekstach, że zabrnęliście na nim do jakiegoś rozstaju dróg. Chociażby pierwszy refren - All things go, they have their time – czy to nadinterpretacja?

IH: Haha, nic z tych rzeczy! Robimy muzykę i nie zamierzamy przestawać. To bardziej ogólna obserwacja, w końcu przecież wszystko na tym świecie ma swój czas i przemija, trzeba to zaakceptować. Długo się zastanawialiśmy nad tym tytułem, czy słuchacze nie wyczytają w nim zbyt wiele – jak widać słusznie! – czy oni się nie rozpadają, albo coś w tym stylu... staramy się aby nasza muzyka była prawdziwa, a melancholia jest prawdziwa, nawet jeśli nie każdy artysta do niej nawiązuje. Prawdziwość, szczerość oznacza nierzadko mierzenie się z cięższymi tematami. I tak właśnie chcieliśmy to ukazać, mimo wszystko, w pozytywnym, optymistycznym świetle. A co do rozstaju dróg – nie czuję abyśmy byli w tym miejscu, być może kiedyś w przyszłości, ale póki co idziemy, mierzymy się z zakrętami i wybojami, ale nie wypatrujemy końca. W życiu niczego się nie zaplanuje – kiedy sądzisz, że widzisz przyszłość jasno i wyraźnie, za chwilę pojawia się zakręt i wszystko się zmienia. Staramy się żyć dniem dzisiejszym i ten album jest tego wyrazem oraz tego jak czujemy się jako zespół, jako jedność. Co będzie za rok, za dwa? Nie mam pojęcia.

JO: Jak duży wpływ miał na was i na wasze brzmienie sam Berlin, w którym mieszkacie? Jak wiemy to miasto ma bogatą historię artystycznej imigracji.

IH: To prawda, chociaż nie sądzę, aby Berlin miał decydujący wpływ na samo nasze brzmienie. Chociaż, gdybyśmy stacjonowali w Denver jak The Lumineers, może wtedy nadal gralibyśmy bardziej folkowo, tradycyjnie. Berlin to wielkie miasto, stolica europejska, tu dzieję się w jednym czasie bardzo wiele rzeczy. Staramy się, aby nasza muzyka była równie otwarta co Berlin, aby zapraszała do środka, ale nie więziła. Nie sądzę, abyśmy robili to co robimy, gdyby nie Berlin – to siedziba wielu wytwórni, to ogromna scena muzyczna, to serce muzyczne Niemiec, a Niemcy to jedno z serc muzyki w ogóle na świecie. Berlin daje muzykom mnóstwo możliwości, a na dodatek przez wiele lat był względnie tanim miejscem do życia. Dużo zawdzięczamy temu miastu jako zespół, dużo nam umożliwił.

JO: Po 10 latach działalności macie na koncie trzy wspaniałe płyty, oddanych fanów, wyprzedane trasy. Ale czy było to „częścią planu”, czy też Mighty Oaks zaistnieli pod wpływem chwili?

IH: Nigdy nie staram się robić czegoś dla samego robienia.  Jak coś robię, to chcę to robić dobrze, z właściwymi ludźmi. Gdy zacząłem pisać piosenki, a ludzie pozytywnie na nie reagować, pomyślałem: OK, może coś w tym jest, może trzeba wziąć się do tego na poważnie. Jestem bardzo wybredny jeśli chodzi o to z kim pracuje i gdzie. Zależy mi na tym, aby robić to dobrze. Jest bardzo wielu super-utalentowanych i pełnych pasji muzyków na świecie, którzy zbyt szybko osiadają na laurach, albo rozmieniają się na drobne, albo wciąga ich niewłaściwa scena, niewłaściwe otoczenie. Zawsze chciałem robić w życiu coś z sukcesem, nieważne co. Gdy postanowiłem zostać muzykiem, od razu chciałem wiedzieć jak, gdzie, z kim, itd. We wszystkim co robimy jako Mighty Oaks jest element strategii, oka na celu, którym jest granie dalej – dla większych widowni, w większych miejscach, w większej ilości krajów. Jesteśmy pasjonatami muzyki, ale staramy się twardo chodzić po ziemi i wiemy, jak wysoce konkurencyjna jest branża muzyczna, jak wiele zespołów gra muzykę taką jak twoja i co trzeba robić, aby zdobyć uwagę fanów, nawet jeśli oznacza to kompromis artystyczny. Z drugiej strony staramy się nie zadowalać tylko jednej grupy fanów, tylko nagrywać taką muzykę, która otworzy nas i rozwinie nasze indywidualności, nawet jeśli bilans zysków i strat będzie niekorzystny. Wreszcie, staramy się być otwarci na każdego słuchacza i nie pozostawać głusi na ich głos, szczególnie gdy widzą nas z bliska, jako ludzi.

JO: Każdy kto był na waszym koncercie wie, że wasza widownia jest zupełnie niejednolita.

CD: Jesteśmy z tego bardzo dumni i zadowoleni, że to co gramy nie trafia do jednego typu odbiorcy i jest w pewnym sensie ponad podziałami między pokoleniami, które jak wiemy bardzo się różnią od siebie pod kątem brzmienia w którym dojrzewały. Nasza muzyka opiera się na pierwiastku piosenki – zwrotka, refren, zwrotka, refren – czymś co obowiązuje pod stu lat. Jesteśmy szczęśliwi, że możemy kontynuować tą formułę.

CS: Muzyka i piosenka jest czymś, gdzie nie obowiązują „widełki” wieku, szczególnie w czasach gdy lata mijają tak szybko. Jest to dla nas spore wyróżnienie, że po naszą muzykę sięgają starzy i młodzi, nastolatki z Amsterdamu i potężni faceci z Hackney w Londynie i zabierają z niej coś do wewnątrz, tylko dla siebie.

JO: Ostatnie pytanie. Dużo koncertujecie – ale kiedy następny koncert w Polsce?

IH: Poczekamy – zobaczymy!

JO: Dziękuję bardzo za rozmowę.


Rozmawiał: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load