Wywiady

Seafret

2020-03-18

Brytyjski duet Seafret wydał nowy album "Most Of Us Are Strangers" i w ramach trasy promującej to wydawnictwo przyjedzie pod koniec maja na dwa koncerty do Poznania i Krakowa.

Rozmowa z: Jack Sedman / Harry Draper

- Od Waszego debiutu minęły już 4 lata. Co się od tego czasu u Was zmieniło? Jakie zmiany zaszły w Waszym podejściu do tworzenia muzyki?

- Przez ostatnich kilka lat koncertowaliśmy z pierwszym albumem, co zaprowadziło nas o wiele dalej niż się spodziewaliśmy – byliśmy z nim nawet w Rosji czy Brazylii. Nigdy wcześniej nie pisaliśmy muzyki ani tekstów – dopiero, jak się poznaliśmy, zaczęliśmy tworzyć i podpisaliśmy pierwszy kontrakt – czas, w którym się to wszystko wydarzyło był bardzo krótki. Od tamtego czasu komponujemy nowe rzeczy i pracujemy bez przerwy, więc nasze portfolio znacznie się powiększyło. To wszystko razem działa jak potężny żywioł, który wiele nas uczy. Mieszkaliśmy kilka lat w Londynie, z którego jednak wróciliśmy do miejsca swojego pochodzenia, gdzie dorastaliśmy – to tu, na północy kraju, czujemy spokój i możemy się zrelaksować. Nasze podejście do procesu twórczego się nie zmieniło, ale jesteśmy o wiele bardziej pewni siebie i znacznie lepiej wiemy, co chcemy niż na początku tej drogi. Harry robi muzykę, a ja do niej piszę – dopasowujemy do siebie wszystkie element po kolei zgodnie z tym, co czujemy w danej piosence.

- Wasz pierwszy album powstawał kilka lat. Natomiast „Most Of Us Are Strangers” zostało skomponowane w ciągu siedmiu tygodni. Czy tutaj inspiracja przyszła wcześniej? Czy możecie zdradzić, jak powstawała ta płyta?

- W związku z trasami koncertowymi i wszystkim, co się z nimi wiązało „na backstage’u” i w naszych prywatnych życiach, wróciliśmy do studia czym prędzej. To było wyzwanie, bo producent, z którym chcieliśmy spodziewał się drugiego dziecka, a jego żona mogła rodzić lada moment! Zarezerwowaliśmy wtedy kilka nocy w hotelu, pisząc i nagrywając. Uznaliśmy, że jeśli ten system się sprawdzi, przedłużymy rezerwację i pociągniemy projekt w ten sposób. Kosztowało nas to trochę stresy, ale jednocześnie wywarło presję czasu, żeby skończyć kawałki. Jesteśmy bardzo zadowoleni z efektów tej pracy. Czasem potrzebny jest deadline, żeby wskrzesić kreatywność.

- Moglibyście powiedzieć w kilku zdaniach o czym jest "Most Of Us Are Strangers”?

- O otwieraniu się, dzieleniu się problemami i poczuciem, że to jest OK, żeby nie czuć się ciągle OK. Jeśli w naszych relacjach byłoby więcej otwarcia, ludzie rozumieliby się o wiele lepiej i prawdopodobnie mieliby o sobie inne zdanie.


- Czy dzięki pracy w duecie łatwiej Wam porozumieć się muzycznie? Czy Wasze gusta muzyczne się pokrywają, czy może tworząc, chodzicie na kompromisy?

- Kiedy zaczynaliśmy współpracę, podzieliliśmy się ze sobą dotychczasowymi muzycznymi wpływami. Okazało się, że były zupełnie inne! Ja sięgałem do alternatywnego rocka i popu, a gust Harry’ego zahaczał przede wszystkim o tradycyjny blues i bluegrass. Ale bardzo nam się ta różnorodność spodobała i to właśnie wyznaczyło szlak, który obraliśmy jako duet. Rozumieliśmy, co każdy z nas uważał za wartościowe w swoich muzycznych upodobaniach, ale też co nam się nie podobało.

- Nie planujecie powiększenia składu w przyszłości?

- Graliśmy już zarówno w duecie, jak i w składzie trzy i czteroosobowym. Uwielbiamy grać w każdej formie i każda z nich jest kompletnie inna. Myślę, że to jest ekscytujące też dla naszych fanów, bo nigdy nie wiedzą, jakiego składu się spodziewać!

- Macie ulubione utwory z ostatniej płyty?

- Moim ulubionym jest chyba “Be My Queen”. Jest głośny, szybki i ma świetny wajb. A ja uwielbiam mocne refreny!

- A kto Was inspiruje?

- Mnie inspiruje Harry! Jak tylko słyszę, że pogrywa coś nowego na gitarze, sięgam po notes i zaczynam pisać. Jesteśmy dobrym teamem.

- Wasze klipy reżyseruje Stuart Alexander. Można powiedzieć, że jest on już na stałe w Seafret team? 

- Jest szczególną postacią w naszym kreatywnym kręgu, przenosząc naszą twórczość na ekran. Jest częścią Seafret tak długo, jak sam będzie tego chciał. 

- Przez jakiś czas mieszkaliście w Londynie. Wróciliście jednak do swojego rodzinnego miasta Bridlington. Co było powodem powrotu? Czy w mniejszej miejscowości łatwiej Wam się pracuje nad muzyką?

- Odkryliśmy, że po koncertowaniu, nagrywaniu i podróżowaniu w dużym mieście nie dajemy rady odpocząć. Dopiero jak wróciliśmy do domu, mogliśmy się odpowiednio wyluzować i nadrobić zaległości z bliskimi. Samo tworzenie muzyki niczym się nie różni w tych dwóch miejscach – piszemy i komponujemy na okrągło, a kiedy już chcemy coś nagrać, idziemy do studia. Raczej chodzi o jakość życia jako takiego i to jest dla nas najwięcej warte.

- Organizacja tras koncertowych między Wielką Brytanią a Europą jest teraz dużo bardziej kosztowna i trudniejsza w organizacji. Jak sobie radzicie z konsekwencjami brexitu?

- Dopiero niebawem okaże się, jak będzie to wszystko wyglądać, ale póki co przyszłość jest niepewna.

- W 2017 zagraliście w Polsce dwa koncerty. Jak je wspominacie?

- Niesamowite tłumy! Uwielbiamy koncertować w Polsce – to jedno z naszych ulubionych miejsc. Nie możemy się doczekać majowej trasy koncertowej!

- Do zobaczenia zatem w Krakowie i Poznaniu!


Rozmawiał: Weronika Oszkiewicz / Loco Motion Agency


End of content

No more pages to load