Wywiady

The Fruitcakes

2020-04-08

Trójmiejska grupa The Fruitcakes opowiedziała nam o kulisach powstania jej drugiego oficjalnego albumu zatytułowanego "Into The Sun", fascynacji muzyką z lat 60-tych oraz pisaniu tekstów w języku angielskim.

Rozmowa z: The Fruitcakes

- „Into The Sun” to Wasz trzeci album, ale drugi, który się oficjalnie ukazał na rynku. Wielu artystów twierdzi, że nagranie i wydanie drugiej płyty w dyskografii jest dla nich większym wyzwaniem niż pierwszej. Wiadomo: trzeba pokazać, że sukces debiutu (a w Waszym przypadku chyba można było mówić o sukcesie pierwszej płyty) nie był przypadkiem. Jak to było w Waszym przypadku? Czuliście ciężar oczekiwania czy też „Into The Sun” powstało na luzie?

- Nie czuliśmy na pewno żadnej presji czy oczekiwań muzycznego środowiska. Z naszej perspektywy był to raczej drobny ucisk w głowie, który podpowiadał, że fajnie byłoby w końcu zarejestrować szereg gotowych piosenek, które od dłuższego czasu leżą odłogiem. Nie odczytujemy też swoich dokonań w kategoriach „sukcesu” czy „porażki”. Zajmujemy się graniem i pisaniem muzyki, a w efekcie jej nagrywaniem, więc ocenę czy to było fajne, wartościowe i czy spełniło oczekiwania zostawiamy słuchaczom. Dla nas jest to po prostu kolejny etap artystycznej działalności. Ze względu na to, że w ten sposób podchodzimy do tego, co robimy, album powstawał raczej na luzie, bez spiny, i mamy nadzieję, że to na płycie słychać.

- „Into The Sun” nagraliście na tak zwaną „setkę”. Dlaczego zdecydowaliście się na taki sposób tworzenia płyty? Jakie są plusy takiego sposobu nagrywania muzyki?

- Nagrywanie na „setkę” jest właściwie naszemu zespołowi od samego początku działalności. Ten sposób pracy ma swoje niewątpliwe atuty, jak i ograniczenia. W analizie SWOT wyszła nam jednak przewaga plusów. Chodzi o to, że kiedy we czwórkę siadamy w studiu i zaczynamy grać, udaje nam się wytworzyć pewną specyficzną atmosferę wspólnotowości. Zdecydowanie łatwiej jest np. sekcji rytmicznej utrzymać żywy „groove”, kiedy bas z perkusją grają w jednym pomieszczeniu, trzymając kontakt wzrokowy. Nagrywając na „setkę” otwieramy się również na pewien element losowości, przypadku czy błędu w rozumieniu formalnym. Każda drobna wtopa, taka jak np. omsknięcie się palca na gitarowym gryfie potrafi otworzyć głowę i z zupełnie innej perspektywy spojrzeć na piosenkę, a być może całkowicie ją przearanżować. Tego brakuje nam we współczesnej muzyce – wszystko jest dopieszczone, pocięte i wymuskane – natomiast my dajemy piosence żyć razem z nami. Nie da się osiągnąć tego efektu, kiedy każdy z członków zespołu nagrywa w innym miejscu, czasie. Lub jest to bardzo karkołomne i z założenia mijające się z celem.

- Na „Into The Sun” czekaliśmy trzy lata. To dość długo w dzisiejszych czasach. Dlaczego dostaliśmy ten album po tak długim czasie?

- Piosenki przez ten czas dojrzewały i dorastały do swojej ostatecznej formy. U nas proces tworzenia jest nieustający – ciągle piszemy muzykę i wymieniamy się pomysłami, najczęściej w sposób zdalny, stąd mamy całkiem spore zaplecze utworów, które jeszcze nie zostały zarejestrowane. Podobnie było z numerami, które znalazły się na „Into The Sun” – część z nich w wersjach demo funkcjonowała w naszych świadomościach już podczas nagrywania albumu „2”, a część z nich graliśmy nawet na żywo przy okazji promowania poprzedniej płyty. Przy okazji mieszkamy w różnych miejscach na mapie Polski i nie jesteśmy zespołem, który spotyka się na cotygodniowe próby – spotykamy się we czwórkę co parę miesięcy na tydzień intensywnego grania, a potem każdy wraca do swoich innych obowiązków, zespołów itd.

- Płyta powstała w Słupsku i kaszubskich Kolbudach. Jaki wpływ na brzmienie „Into The Sun” miały te dwie lokalizacje?

- Słupsk, który jest dla nas rodzinnym miastem, poza udostępnieniem miejsca do nagrań, wspomógł nas również finansowo. Napisaliśmy projekt do prezydentki miasta, który został rozpatrzony pozytywnie - za co jeszcze raz bardzo dziękujemy, gdyż dzięki takiemu rozwojowi wypadków nie musieliśmy się przejmować finansami, a jest to dla twórcy wielkie udogodnienie. Jeśli chodzi o Kolbudy, to jest to niewielka miejscowość na Kaszubach, w której czas płynie leniwie nawet w okresie wiosenno/letnim. Wcześniejsze albumu nagrywaliśmy w samym środku warszawskiej zimy, w studiu Maćka Cieślaka, więc letnia aura na pewno była miłą odmianą. Lekko peryferyjna lokalizacja oraz okoliczności przyrody z pewnością dały nam więcej luzu, co naszym zdaniem jest na płycie słyszalne.


- Płyta nosi taki sam tytuł jak najdłuższy (i najlepszy w mojej opinii) utwór na albumie. Czy ta kompozycja ma dla Was szczególne znaczenie?

- Utwór „Into The Sun” to jedna z tych piosenek, które graliśmy jeszcze przy promocji albumu „2”. Od tamtego czasu było kilka pomysłów na nazwanie nowej płyty, ale po zobaczeniu przepięknej okładki, której autorką jest Hanna Cieślak uznaliśmy, że to jest właściwy trop. Poza tym jest to kolejna piosenka na płycie, z której jesteśmy bardzo zadowoleni. Cieszymy się, że się podoba.

- Po raz drugi współpracował z Wami jako producent Maciej Cieślak. Jak doszło do Waszej kooperacji i jak ona wygląda Wasza współpraca w studio nagraniowym? A propos produkcji albumu: po raz pierwszy zostaliście współproducentami swojej płyty. Dlaczego zdecydowaliście się na taki krok?

- Z Maćkiem pracujemy od samego początku – od pierwszej, wydanej własnym sumptem płyty „Cukier, Ciastka, Miłość!”. Tym razem nie nagrywaliśmy jednak z Maćkiem, a on sam prosił żeby wpisać go we wkładce do płyty jako „producenta dodatkowego”, poza tym, że jest odpowiedzialny za naprawdę magiczny mix albumu. Maciek dostał do nas zarejestrowany materiał na przenośnym dysku i podczas odsłuchu całości, jeszcze przed rozpoczęciem swojej pracy, wziął do ręki notatnik i zapisał kilka uwag – co jego zdaniem warto byłoby jeszcze dograć, rozpisując nawet konkretne partie instrumentów w formie nut. Z części tych pomysłów skorzystaliśmy, z części nie. Tak naprawdę produkcją zajęliśmy się my jako zespół już podczas nagrywania w studiu, było to zupełnie naturalne. Wcześniejsze płyty nagrywaliśmy u Maćka w studiu, a jest on urodzonym producentem, więc doradzał nam, co można w utworach zmienić, żeby jeszcze więcej z nich wycisnąć. Tym razem wynajęliśmy studio z realizatorami, których zadaniem była pomoc w urzeczywistnieniu naszej wizji. Dużym wsparciem przy nagraniach i zaaranżowaniu partii klawiszowych był Szymon Burnos – niezwykle utalentowany muzyk, który w zasadzie sam rozpracował większość melodii i brzmień syntezatorów i reszty instrumentów klawiszowych. Usłyszycie go w praktycznie każdej kompozycji na „Into The Sun”, a przy okazji w zespołach takich jak Algorhythm, Tomasz Chyła Quintet, delay.ok itd.

- Nie od dziś wiadomo, że Wasze muzyczne fascynacje obracają się między innymi wokół takich artystów jak: The Beatles, Pink Floyd czy Bob Dylan. Jakie elementy ich twórczości sprawiają, że tak chętnie do nich nawiązujecie?

- Zespoły lub artyści, których wymieniłeś, to jest w zasadzie fundament czy inaczej „klej”, który trzyma nas razem. Zamiłowanie do muzyki lat 60’ połączyło nas w zespół – od początku lubiliśmy to brzmienie, chcieliśmy śpiewać na głosy itd. Od tamtego czasu sporo się zmieniło, a my inspiracji szukamy również w innych muzycznych rejonach. Bitle, wcześni Floydzi i Dylan to przede wszystkim świetni songwritterzy – rozpracowując akordy czy melodie z ich piosenek można się sporo nauczyć. A do pisania własnych numerów ciągnęło nas od zawsze.

- Teksty Waszych piosenek są w języku angielskim. Na pewno pasują do Waszej muzyki, ale zastanawiam się, czy gdzieś tam w Waszych głowach pojawia się lub pojawiała myśl, aby zacząć tworzyć w naszym języku?

- Język angielski był głównym narzędziem komunikacji w zespole The Fruitcakes już od czasów jego pra-wcieleń i pozwolił skutecznie porozumieć się dwóm frakcjom: niemiecko i polskojęzycznej. Gdy w takich okolicznościach spędzasz z kolegami całe mnóstwo czasu - pracując, grając, tworząc i dyskutując - to mimochodem zaczynasz myśleć i marzyć w języku, w którym z nimi rozmawiasz. I tak właśnie było i jest (bo zarówno nam, jak i Lukasowi nadal łatwiej jest porozumieć się po angielsku, niż po polsku, w którym pełno mylnych tropów i niuansów) w naszym przypadku. Naturalną konsekwencją tego jest to, że nadal piszemy i będziemy pisać piosenki z angielskim tekstem.

- Pamiętam Wasz koncert w warszawskim klubie Niebo we wrześniu 2017 roku. Był to dla mnie jeden z najlepszych występów live polskiego wykonawcy w ostatnich latach. Czy czujecie się bardziej zespołem koncertowym czy też studyjnym?

- Zdecydowanie czujemy, że trudno nam jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie (he he).  Z jednej strony, od samego początku byliśmy zespołem, który starał się grać jak najwięcej koncertów i  już zanim wydaliśmy pierwszą płytę zdążyliśmy z naszą muzyką dotrzeć do biegunów Polski i poza jej granice, z drugiej strony specyfika naszej pracy studyjnej, którą bardzo sobie cenimy, ma w sobie bardzo dużo z charakteru występów “live” - istotny wpływ na to ma opisane przez nas wyżej nagrywanie na “setkę”. Na pewno sposoby przeżywania przez nas koncertów przed publicznością oraz emocje, jakich doświadczamy podczas pracy w studio nagraniowym różnią się od siebie, ale nie umiemy i chyba też nie chcemy kategorycznie rozsądzać, czy jest nam bliżej jednej, czy drugiej formie artystycznej aktywności.

- Dziękuję za wywiad. 


Rozmawiał: Grzegorz Szklarek


End of content

No more pages to load