Wywiady

Kasia Lins

2020-06-18

3 lata temu zauroczyła płytą „Wiersz ostatni”. Teraz wróciła z nowym krążkiem „Moja wina”, przepełnionym emocjami, amplitudami nastrojów oraz świetnymi tekstami. Kasia Lins opowiedziała nam, jak powstawał ten niezwykły zapis jej doznań.

Rozmowa z: Kasia Lins

MM: Słuchając „Mojej winy”, zastanawiam się, w jaką matnię wpadłaś? Bo teksty są rozważne, ale wyczuwam w nich pewnego rodzaju rozpacz.

KL: Tam jest cała paleta emocji i nastrojów. Jest histeria, ale też rzeczowość i trzeźwość osądów. To pewnie jakiś diarystyczny zapis moich afektów, mojego widzenia rzeczywistości, którą wbrew pozorom potrafię analizować na zimno.

MM: Pojawiają się porównania tekstów z płyty do poezji. Wiem, że sama uważasz się za tekściarkę. Czy zatem zaczęłaś je pisać do gotowych melodii, czy też powstały wcześniej, „na sucho” przed muzyką? 

KL: Zazwyczaj tekst piszę do muzyki, do konkretnej melodii, ponieważ uważam, że tekst piosenki powinien mieć pewną płynność i melodykę. Widzę, że dzięki temu moje piosenki są definiowane jako melodyjne, przez co nie tracą na zamierzonej "piosenkowości", ale ciężko też byłoby uznać je za przyjemne czy przebojowe, bo tę przebojowość kontrastują wspomniane teksty. Lubię kiedy mają swój ciężar, kiedy mogę zaangażować słuchacza.

MM: Postać z okładki płyty pojawia w teledysku do utworu „Rób tak dalej”. Czy ta postać to Twoje alter ego? Nadałaś jej jakieś imię? Czy to po prostu Kasia w takim anturażu?

KL: Wszystkie postaci, które pojawiają się w ostatnich moich klipach są bardzo różne, natomiast każda z nich ma mój pierwiastek. Współodczuwam z nimi, rozumiem je, bo przecież sama je stworzyłam. Wchodzę w te bohaterki z teledysków, by jak najlepiej przedstawić emocje, z których są ulepione. Posługuje się nimi do stworzenia pewnej dramaturgii, projekcji, pomagają mi tworzyć mój świata.

MM: Karol Łakomiec śpiewa drugi głos w „Końcu świata”?

KL: Nie, to mój głos (śmiech). Zaskoczyły mnie głosy wątpiące, bo wydawało mi się oczywiste, że to moja barwa głosu. Z drugiej strony, chyba nigdy wcześniej nie używałam jej w swoich piosenkach. Jeszcze nie raz Was zaskoczę!

MM: Gdzie zatem Karol zaśpiewał z Tobą?

KL: Karol zaśpiewał w utworze „Jesteś krwią w mojej żyle”. Zresztą roboczo ta piosenka nosiła właśnie nazwę „Duet”. To jedyny utwór, do którego Karol napisał też melodie w zwrotkach, więc od początku było wiadomo, że zaśpiewamy ją wspólnie. Karola słychać też wyraźnie w „Prowadź po raju”.

MM: Skoro wspomniałaś „Prowadź po raju”, wydaje mi się, że ta smutna i dość oniryczna kołysanka odstaje nieco od reszty materiału.

KL: Tak, to taki odpoczynek na tej płycie. Powstała na samym końcu, bo tekst napisałam w ostatnich dniach nagrywania wokali. Do końca zastanawiałam się, czy ta piosenka licuje z resztą, ale Danielowi Walczakowi i Karolowi bardzo zależało, by umieścić ją na płycie. Tematycznie jest istotnym elementem opowieści zawartej na „Mojej winie” i ostatecznie raczej potrzebnym przystankiem w tej gęstwinie.


MM: Płyta jest dość długa, natomiast, czy zostały wam jakieś utwory, które się na niej nie zmieściły?

KL: Mieliśmy dużo zaczętych utworów, natomiast wyczuliśmy, że nie pasują do ogólnej koncepcji płyty. Wszystkie utwory, które w pełni zarejestrowaliśmy, znalazły się na „Mojej winie”

MM: W stosunku do „Wiersza ostatniego” na „Mojej winie” nie tekstów po angielsku, poza pojedynczymi wersami, bądź zwrotami. Takie było odgórne założenie?

KL: W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że wszystkie teksty automatycznie piszę po polsku. Widocznie tego potrzebowałam, to ten język był mi potrzebny, żeby opowiedzieć o czymś dosadniej. Zdecydowałam dalej pójść w tym kierunku. Kiedy pisałam "Wiersz ostatni" wówczas polski wydawał mi się niekiedy sztuczny i połamany. Teraz nie dość, że znacznie bardziej pasował do charakteru tych utworów, to jego sztywność przestała mi wadzić, a nawet tego typu przeszkody jeszcze mocniej angażowały do ich pokonywania.

MM: „Morze Czerwone” ma dość biblijny charakter. Jak Tobie - ateistce zgłębia się taką tematykę?

KL: Jestem odciążona, ponieważ do Biblii nie mam stosunku duchowego. Mogę z niej korzystać w sposób wolny, wyłącznie literacki. Myśle, że tylko bez takiej blokady - w postaci przywiązania emocjonalnego - można z tego dialektu i symboliki korzystać w sposób rozumny. Niczego jednak nie obśmiewam. To zwyczajnie inspirująca księga, podobnie jak obrządki czy sama nomenklatura kościelna. Po napisaniu kilku piosenek na tę płytę, zorientowałam się, że często odnoszę się do sacrum, że to stało się punktem wyjścia tych treści. Poszłam za ciosem i zaczęło to wpływać na aranże, harmonie i brzmienia. Teraz tworzy to pewnego rodzaju koncept, którym nie było z założenia.

MM: Nawiązując do „Grożą nam wojną”, śni Ci się wojna?

KL: Ja nie miewam snów (śmiech). To zabieg czysto literacki i ma bezpośredni związek z odczuwanym niepokojem, niepewnością, lękiem. Jestem jednostką, która woli raczej stać z boku i obserwować, uprawiać samodzielny pomyślunek. Nie potrafię krzyczeć z tłumem. Jeśli publicznie zabieram zabieram głos, to jest to głos przemyślany, przeanalizowany tysiąc razy na zimno. Chóry opinii niepozbawionych wątpliwości to dla mnie groźby wojenne.

MM: Czy ten album daje Ci ukojenie? Bo przyznałaś gdzieś, że te piosenki są już z Tobą 1,5 roku, a jak jest teraz?

KL: Nie, nie dała mi pełnego ukojenia. To są raczej momenty, kiedy napiszesz coś i czujesz się dobrze, bo coś z ciebie spłynęło. Ale tak naprawdę to tylko chwile. Poza tym nie wiem, czy chcę osiągnąć stan spokoju i ukojenia, bo nie wiem, jakie byłyby tego konsekwencje. Czy nie zablokowałaby się wówczas moja prawa półkula? Dziś wydaje mi się, że wciąż muszę czuć niepokój, żeby stymulować się do dalszego działania.

MM: Dziękuję za wywiad. 


Rozmawiał: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load