Wywiady

Hedone

2021-02-02

31 grudnia ubiegłego roku ukazał się oczekiwany od 15 lat nowy album łódzkiego Hedone. O kulisach powstania tej płyty nasz wysłannik Jakub Oślak porozmawiał z liderem Hedone - Maciejem Werkiem.

Rozmowa z: Maciej Werk

Jakub Oślak: Gdy rozmawialiśmy pół roku temu, powiedziałeś, że chcesz wydać 2020 w Sylwestra, aby symbolicznie zamknąć ten parszywy rok, i następnego dnia wszystko już będzie OK. Nowy rok za pasem, płyta jest – piękna, fantastyczna – a za oknem nadal… w jakich emocjach spędziłeś Sylwestra?

Maciej Werk: A za oknem jest nadal ch*****! Paranoja się nie skończyła, a wręcz zaogniła jeszcze bardziej. Ja już od wielu lat nie robię żadnych podsumowań ani postanowień noworocznych; jak mówi Fran Lebowitz, nie ma sensu popełniać wciąż tych samych błędów. Gdy się już jest w pewnym wieku, przestaje to być zabawne. Natomiast Sylwestra spędziłem w genialnych emocjach, wobec tej symbolicznej premiery płyty. Powiem ci, że trochę w to nadal nie wierzę, że to się naprawdę udało.

To było jedno z moich najważniejszych ‘metafizycznych’ zadań ostatnich lat. Wszystko to działo się w tej panującej od roku atmosferze filmu, w którym każdy z nas gra wbrew własnej woli; czegoś nierealnego, co wydaje się być tylko formą złego snu, ale jest prawdą. Nagrywanie tej płyty było dla nas rodzajem azylu - czymś, gdzie masz wpływ na wszystko, co się dzieje, nad czym masz pełną kontrolę, kompletnie odwrotnie niż w realnym życiu. Niczym u Davida Lyncha, to była nasza rzeczywistość równoległa.

JO: Wspominałeś, że w obliczu wielu zadań, jakimi zajmujesz się, na co dzień, twórczość własna, czyli Hedone, jest gdzieś na szarym końcu. Numer katalogowy nowej płyty, New Sun 001 CD, sugeruje, że ciąg dalszy jest w nieodległych planach? Czy myślisz o częstszym wydawaniu nowego materiału?

MW: I to jest moje jedyne postanowienie noworoczne! New Sun to sub-label GAD Records, do tego wyszedł jeszcze maxi-singiel What Dickens Says About Loneliness, a zaraz pojawi się także edycja LP 2020, czyli jedyny słuszny format, która jest już w tłoczni. Ta płyta będzie funkcjonować przez cały rok, w planach mamy dwa single i dwa teledyski, no i koncerty – pomimo, iż widoków na to jeszcze nie ma, to staramy się przygotować na ten moment, gdy one zaczną się już dziać.

Bardzo bym chciał częściej wydawać płyty. Większość 2020 to są pomysły, które czekały już jakiś czas na swój moment w szufladzie, część powstała zupełnie na świeżo, specjalnie na tą okazję. Natomiast ten zapas materiału w szufladzie już się skończył, szkice tam zebrane zostały już przecedzone i teraz nadszedł czas, aby zacząć ten proces od nowa. Nie mówię tu o czystej karcie, gdyż mając swój szyld wypracowany latami nie jest to możliwe, ale o zupełnie nowym sezonie tego samego serialu.

Cały czas chcę pracować i mam już parę pomysłów, pracy kolektywnej, np. pracy z fortepianem. Moje numery zawsze zaczynały się od uchwycenia czegoś na syntezatorze, od jakiegoś sampla, nawet od kilku riffów na gitarze. Ale przez swoje ograniczenia muzyczne nigdy nie pracowałem z fortepianem; więc, jeśli mam do dyspozycji pianistę z otwartą głową, takiego jak Kuba Sokołowski, to będę w stanie harmonijnie przekazać mu swoje pomysły i zacząć szkicować utwory na fortepianie. Ale równolegle chciałbym też rozpoczynać pisanie nowych utworów od zespołowego, punkowego łojenia.


JO: Gdzie płyta 2020 mieści się na linii czasu Hedone? Czy jest to kontynuacja historii pozostawionej przy Playboyu, czy zaliczasz do tego także projekt Werk (Songs That Make Sense), i czy jest to przypadek, że 2020 zaczyna się w tym samym miejscu, gdzie kończyła się Rare 92-20?

MW: Gdy opowiadam o płycie 2020, za każdym razem podkreślam, że poprzedni rok był dla mnie podróżą wehikułem czasu; chociażby w postaci filmu o Hedone („Rozkosz”). I gdybym mógł sobie wyobrazić gdzie najbardziej chciałbym się znaleźć, to wybrałbym rok 1994: mój stary sampler, 16 MB pamięci i niebo gwiaździste nade mną. Wtedy czas płynął inaczej – tamta godzina trwała dłużej, niż godzina dziś. Chciałem, aby 2020 było jakimś powrotem do tamtego szorstkiego brzmienia.

Parę utworów wyraźnie przypomina nasze stare brzmienie, ale na dłuższą metę nie jest możliwe, aby powtórzyć to, co już się kiedyś nagrało. Z drugiej strony nie da się tych płyt i tych okresów oddzielić jakąś grubą kreską. Wtedy nie miałem, albo nie chciałem mieć, kontroli nad wszystkim, chociaż zawsze starałem się, aby wszystko miało mój ‘znak jakości’. I teraz przy 2020 też tak jest – nie możesz robić wszystkiego sam i musisz coś komuś powierzyć, np. miks, za który odpowiadał Sebastian Binder.

Udział innej osoby sprawia, że twoja twórczość przestaje być traktowana bezkrytycznie. Utwór „Jak?” z Joanną Prykowską na wokalu pozostawał w kształcie roboczym ok 10 lat, i ja się przyzwyczaiłem do myśli, że on będzie mieć angielski tekst. Tymczasem Aśka napisała go po polsku, czym zupełnie zmieniła jego postrzeganie przeze mnie, jego charakter. A na płycie winylowej ten utwór i tak będzie mieć inny miks, dlatego, że to, co słyszymy na CD wciąż nie do końca wydaje mi się OK.

JO: Wiemy już, że większość z 12 utworów, jakie słyszymy na 2020 przez wiele lat dojrzewało w szufladzie. A które z tych numerów powstały zupełnie na świeżo, specjalnie z myślą o tym krążku?

MW: Na pewno „Tango”, na pewno tytułowe „2020”. Reszta to przerobione pomysły, które gdzieś już istniały, chociażby „Discommunicate”, które jest starym szkicem. „Hold Me Mom” miało być w swoim zarysie duetem z Aśką, ale przerobiłem to, gdyż wiedziałem, że nie namówię jej do zaśpiewania dwóch utworów. Poza tym już od jakiegoś czasu odczuwałem taką wewnętrzną potrzebę użycia wokodera, dlatego zamiast duetu mamy wersję minimalistyczną. Ale za to jest chórek w „Corruptor”!

To ważny dla mnie element. Na tym numerze słychać całą ekipę, poza Gumą! Harmonia i melodia są dla mnie bardzo istotne, więc obecność tych chórków postaci obudowy mojego wokalu (a umówmy się, że nie jestem George’m Michaelem, jeśli chodzi o poziom śpiewania), zawsze jakoś ten mój wokal wzmacnia. A ponadto zawsze miałem to swoje marzenie gospelowe, aby zaprosić kogoś, kto podchodzi do tego bardzo korzennie i organicznie, a Stevee Wellons taka właśnie jest.

JO: Jak wyglądał sam proces nagrywania tych utworów i do jakiego stopnia miał na to wpływ element korespondencyjny?

MW: Stevee nagrywała wokale w Pittsburghu, chórki nagrał także u siebie Dyda, czyli Peter Guellard z Blitzkrieg, Kuba Sokołowski zagrał fortepiany w studio, moje aranżacje powstały w studiu domowym, po czym wszystko to zostało przeniesione do „dużego” studia, czyli Tonn Studio, gdzie nagrywaliśmy Playboya. No i pracowaliśmy w systemie hybrydowym, cyfrowo i analogowo. Łukasz Klaus zagrał bębny, podobnie Tomek “Mechu” Wojciechowski na gitarze. Wojciech Pilichowski przesłał swój bas mailowo, no i Aśka śpiewała korespondencyjnie. Bartek Księżyk także. Dęciaki do „Funky” dostałem w prezencie również mailem.

JO: Czy masz na tej płycie jakieś numery, z których jesteś najbardziej lub najmniej zadowolony?

MW: Właśnie „Funky” jest jednym z moich faworytów, i myślałem, że więcej osób go zauważy. Miałem opory przed „Wstydem” ze względu na tekst, czuliśmy z Sebastianem na początku, że ten numer nam nie idzie, ale ostatecznie udało się go skleić. Jestem też zadowolony z płytowej wersji „Dickensa”, którego singlowa wersja powstała w 3 dni w lockdownie, a teraz dołożyliśmy do niego żywe bębny i gitarę.


JO: Na 2020 słyszymy cytaty z Laurie Anderson, Nelly Furtado, Beatlesów – skąd pomysł na takie rozwiązania? 

MW: Sampling towarzyszył twórczości Hedone od samego początku. Jeżeli nie potrafiłeś na niczym grać, to sampler przychodził z pomocą potrafiąc przetwarzać i wykorzystywać coś, co ktoś inny już zrobił za ciebie. Wtedy sample były dla mnie podstawą; ale dziś, już nie są. I nie chodzi tu tylko o trudności z samplowaniem, czy związanych z tym sprawami praw autorskich. I w takiej sytuacji przychodzi pomysł cytowania, który ktoś łapie albo i nie. Tu użyłem swoistego “samplingu lirycznego”.

Z Nelly Furtado sprawa była jeszcze prostsza: skończyliśmy nagranie wokali i właściwie zmiksowaliśmy już ten utwór („Klink Klank”), ale nadal była w nim pod koniec ta niewykorzystana przestrzeń, z którą od początku nie wiedzieliśmy, co zrobić. I wtedy ja, spontanicznie, bez żadnego planu, zacząłem nucić ten fragment Nelly, który bardzo lubię i który mi tam po prostu przypasował. I tak już zostało; taki easter egg. Jego wersja robocza także była zupełnie inna.

JO: Obecność gości muzycznych, w studio i w samych kompozycjach, chociażby w formie cytatów, to Twój znak rozpoznawczy. Czy potrafiłbyś, czy chciałbyś, nagrać płytę ‘intymną’ – tylko Ty i nikt więcej?

MW: Słowo ‘intymność’ w odniesieniu do muzyki kojarzy mi się zawsze z jakimś minimalizmem –fortepian, gitara akustyczna… z drugiej strony, symfonia także może być intymna… nie myślę o tym w ten sposób, w odniesieniu do Hedone. Na ten moment, gdybym miał określić styl Hedone jednym utworem, to wskazałbym „Lorda” albo „Dickensa”. Trudno jest uciec od tego, że lubię żywe gitary i bębny, jak i mnóstwo syntezatorów. I to będzie miało swoje przełożenie na Hedone na żywo. Jestem w trakcie przygotowywania kawałków do wykonania ze sceny, głównie nowych, ale też starych.

JO: Sakramentalne pytanie, czy 2020 powstałaby, gdyby nie lockdown?

MW: Nie. Nie zmobilizowałbym się. W marcu miałem rozpocząć swój tradycyjny cykl wyjazdowy, co automatycznie wpłynęłoby na brak czasu na płytę. Ponadto ta wizja kończącego się świata sprawiła, że chciałem coś jednak po sobie pozostawić. Jedyna rzecz, jaka mi się nie zgadzała przez ostatnie lata to fakt, iż od dawna nie nagrałem żadnej płyty. Więc teraz, mam nadzieję, nie trzeba będzie na kolejną czekać zbyt długo, poza tym jest to jedyna rzecz, na jaką mam jakikolwiek wpływ. Cały swój wysiłek wkładam teraz w Hedone i to jest teraz mój pomysł na autoterapię.

JO: Ostatnie pytanie – czy koncerty i festiwal Soundedit, które organizujesz, odbędą się w 2021?

MW: W jakiejś formie, na pewno tak. Jestem planistą, zresztą jak większość kolegów po fachu, gdyż branża muzyczna jak każda branża, musi planować. Z tego żyjemy, to kochamy, gdyby niczego nie planować i wychodzić z założenia, że nic się nie odbędzie, to w zasadzie można już się stąd zawijać.

JO: Dziękuję serdecznie za rozmowę!

Foto: Ernest Hug

 


Rozmawiał: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load