Wywiady

Mogwai

2021-03-22

Szkoccy klasycy post-rocka Mogwai wydali nowy znakomicie przyjęty album studyjny "As The Love Continues". Z tej okazji nasz wysłannik Jakub Oślak przeprowadził dla nas wywiad z liderem Mogwai - Stuartem Braithwaitem.

Rozmowa z: Stuart Braithwaite

Jakub Oślak: Ostatni rok był, wbrew pozorom, udanym czasem dla Mogwai. As the Love Continues – najlepiej sprzedający się album w UK, wysoka pozycja w Stanach, w Niemczech… jak to się stało?

Stuart Braithwaite: Zupełnie nie wiem. Cały ten czas, ten lockdown i związane z nim przeszkody i trudności, chociażby w nagrywaniu, został nam bardzo mocno wynagrodzony przez publiczność. Jesteśmy naprawdę szczęśliwi, że nasza nowa płyta została tak znakomicie przyjęta.

JO: To nie jest ‘typowa’ płyta lockdownowa – to miał być po prostu wasz kolejny album i jak rozumiem tak zaczynaliście jego komponowanie; ale, skończyliście go w lockdownie?

SB: Dokładnie tak. Wszystko zaczynaliśmy zupełnie normalnie, w studiu w Glasgow, najpierw próby z Martinem (Bulloch), później dołączył Barry (Burns) z nowymi szkicami, a potem nastąpił lockdown i musieliśmy zamknąć się domach i pisać osobno. To dla nas nie pierwszy raz, kiedy każdy z nas tworzy nowy materiał osobno, ale musieliśmy mocno zmienić nasze plany na cały rok. Mieliśmy lecieć do Stanów nagrywać płytę, co nie doszło do skutku. Ostatecznie nasz producent Dave Fridmann sprawował pieczę nad wszystkim zdalnie przez Zooma! Byliśmy szczęśliwi, że mimo to udało się doprowadzić nagrania do końca, z którego byliśmy zadowoleni. Większym zmartwieniem był dla nas brak perspektyw na trasę koncertową i możliwości zaprezentowania nowej płyty na żywo, na co za każdym razem w naszej twórczości mocno stawialiśmy. Dlatego też tak pozytywny odbiór tego albumu, mimo braku koncertów, jest dla nas czymś niesamowitym.

JO: Ten album aż prosi się o wykonanie na żywo!

SB: To prawda, to było dla nas niezwykle frustrujące, że musimy trzymać ją poza sceną, ale sądzę, że to tylko kwestia czasu, kiedy wreszcie będziemy mogli wykonać ten materiał na żywo. Czuję, że powrót do koncertów nastąpi już całkiem niedługo, a to wszystko to tylko opóźnienie, a nie zupełna rezygnacja z grania na żywo. Mamy w planach serię koncertów w UK w lipcu i na jesieni, a normalna trasa, także w Polsce i reszcie Europy – myślę, że będzie mieć miejsce w przyszłym roku. W tym roku będziemy próbować grać gdzie się da, jeśli się da, sporadycznie i spontanicznie. Jestem pod tym kątem optymistyczny.

JO: As the Love Continues jest płytą dynamiczną, radosną, pozytywną, chwilami wręcz ocierającą się o cechy popowe. Brzmi jak naturalny następca poprzedniej, Every Country’s Sun.

SB: Słuszna uwaga – chcieliśmy, aby to był album barwny i melodyjny, chociaż słychać to dopiero pod warstwami hałasu! I zgadzam się z porównaniem go do poprzedniej płyty. Różnica polega na tym, że przez te okoliczności mieliśmy więcej czasu dopracowanie go w spokoju, skupienie się na detalach. Przy Every Country’s Sun musieliśmy walczyć z żywiołem czasu i czuję, że nie powiedzieliśmy wtedy tego, co chcieliśmy, w stu procentach; a teraz, tak.

JO: W międzyczasie nagraliście też ścieżkę dźwiękową do ZeroZeroZero. Inny nastrój, ponury, mroczny, melancholijny. Gdzie leży różnica w pisaniu swojego albumu i pracy na zamówienie?

SB: Każdy soundtrack to dla nas inna przygoda. Pracujesz tutaj z kimś, kto albo daje ci pełną swobodę i zaufanie, albo mówi dokładnie, czego chce. Tematyka serialu ZeroZeroZero to ciężki orzech do zgryzienia, zatem, nasza muzyka musiała odpowiednio to odzwierciedlać.

JO: Wasza przygoda ze ścieżkami dźwiękowymi zaczęła się od filmu dokumentalnego o Zinedinie Zidanie. Wielu muzyków marzy o pracy dla filmu czy telewizji. Jak w ogóle do tego doszło?

SB: Zawsze chcieliśmy nagrać muzykę do filmu. Douglas Gordon, reżyser tego dokumentu, to nasz przyjaciel, który zwrócił się do nas z tym zadaniem, dlatego, że nas znał i lubił to, co gramy. Pasowało mu to do jego artystycznego zamysłu, chociaż nie była to produkcja komercyjna, taka jak ZeroZeroZero. Ale zaraz potem zostaliśmy zaproszeni do pracy przy „Źródle” Darrena Aronofskiego, razem z Clintem Mansellem i Kronos Quartet – wielka hollywoodzka produkcja, która dużo nas nauczyła i otworzyła oczy na wiele spraw związanych z produkcją filmową. Byliśmy w szoku, gdy zobaczyliśmy, ile osób jest zaangażowanych w zrobienie jednego filmu, który potem oglądasz na ekranie przez 1,5 godziny! Potem jeszcze nagraliśmy muzykę do serialu Les Revenants („Powracający”). Każda z tych rzeczy to zupełnie odrębna przygoda. Pod pewnymi względami, pisanie muzyki do filmu jest jak granie koncertów! Każdy jest inny i wszystko może się zdarzyć.


JO: Mam wrażenie, że od kiedy zaczęliście pisać ścieżki dźwiękowe, muzyka Mogwai zmieniła się – na lepsze! I chociażby As the Love Continues jest tego konsekwencją.

SB: Praca przy filmie dużo nas nauczyła, chociażby dyscypliny pracy, pod presją czasu, co udało się przenieść także na nasz własny grunt. Praca nad filmem ma w sobie znacznie więcej z rzemiosła, z zawodu – przychodzi reżyser i mówi, że chce na jutro kilkuminutowy fragment, ilustrujący takie-a-takie wydarzenie czy budzący takie-a-takie emocje. I masz to wykonać, bo inaczej zostaniesz zwolniony! To duża lekcja zdać sobie sprawę, że proces twórczy to nie tylko muzy i inspiracje, ale także twarda dyscyplina, presja i szybkość działania.

JO: Czy to doświadczenie pomogło przy As the Love Continues, gdy jak wspomniałeś, Dave Fridmann musiał działać przez Zooma? To brzmi dosyć abstrakcyjnie!

SB: On był w to bardziej zaangażowany, niż my! Znamy się z Fridmannem nie od dziś i wiemy, czego od nas oczekuje. Wie, jak mamy brzmieć i jak grać. On należy właśnie do tego typu, który ma konkretną wizję i konsekwentnie do niej dąży. Gdyby to był ktoś nowy, kogo nie znamy, to by nie zdało egzaminu. Ale on nas rozumie, a my jego. Dave mówi, Panowie, grajcie tak i tak; i my od razu wiemy, o co mu chodzi. I cały ten proces ze zdalnym nagrywaniem poszedł zaskakująco sprawnie!

JO: Jak wyglądała wasza inspiracja, motywacja i duch w zespole, gdy okazało się, że musicie nagrywać płytę w lockdownie, osobno, zdalnie, w tej całej dziwnej sytuacji?

SB: Ja osobiście czułem się zmotywowany do działania, bo była to jedyna rzecz, jaka nas czekała. Musieliśmy też bardzo skompresować swój czas i pracę w studiu, gdy wreszcie udało się nam tam znaleźć. Jako zespół byliśmy bardzo zdeterminowani, aby nagrać tą płytę i aby brzmiała tak dobrze, jak tylko potrafimy. Widzieliśmy wielu znajomych z innych zespołów, że sobie nie radzą z tą sytuacją, że to ich przerasta, że brakuje im motywacji. Tym bardziej chcieliśmy to zrobić, dla siebie, ale także dla innych. I gdy wreszcie po miesiącach pracy w domu mieliśmy gotowe kompozycje, z którymi pojechaliśmy do studia w Anglii, czułem się doskonale, jak nowo narodzony, wręcz ekstatycznie! To był jedyny raz, kiedy gdzieś pojechałem przez ostatni rok! A angielski krajobraz wiejski jest piękny – to niesamowite nagrywać muzykę, a przez okno widzieć jabłonie i tą niesamowitą zieleń.

JO: Widzę, że masz na sobie t-shirt z lotniska Glasgow Airport. Glasgow ciągle powraca w waszej twórczości. Jak ważna jest dla Mogwai wasza szkocka tożsamość, bycie elementem lokalnej sceny?

SB: To coś, co przychodzi nam w sposób naturalny, podobnie jak chłopakom z Arab Strap czy The Twilight Sad, chociaż nie do końca lubimy takie tymczasowe mody na lokalne sceny, jakie lubią promować wytwórnie. Tu zaczynaliśmy, stąd pochodzimy, tu mieszkamy, lubimy tu grać i tu wracać. Glasgow jest dużą częścią tego, kim jesteśmy; jesteśmy dumni mogąc reprezentować tutejszą muzyczną społeczność. To nie jest coś, nad czym pracujesz i co sobie wyrabiasz. To naturalna, wręcz podświadoma część ciebie, twojej muzyki.

JO: Czy wasza własna marka whisky, którą wypuściliście parę lat temu, to także element tej tożsamości? Jestem ciekaw, czy jeszcze kiedykolwiek wrócicie do tego pięknego pomysłu?

SB: To nie ja wymyśliłem tą whisky! Ja niespecjalnie lubię whisky J Nie wykluczam, że jeszcze kiedyś do tego wrócimy, ale to od początku nie był mój pomysł, ani moja osobista dziedzina.

JO: A Minor Victories? Czy sądzisz, że ten projekt ma szanse ponownie zaistnieć w przyszłości?

SB: Jak najbardziej! Na pewno nagramy i wydamy więcej; nawet zaczęliśmy pracować nad konkretnymi piosenkami w ubiegłym roku, ale Rachel (Goswell) jest teraz bardzo zajęta pracą nad nową płytą Slowdive. Ale bardzo chcę powrócić do tego projektu i jestem przekonany, że już niedługo coś się wydarzy w tym temacie. Wszystko zależy od dostępności Rachel. Naszą pierwszą płytę nagraliśmy bardzo szybko, więc myślę, że i kolejny album powinien nam przyjść równie łatwo. Nasz kontrakt płytowy zdaje się wciąż obowiązuje!

JO: W tym roku Mogwai obchodzi swoje 25 urodziny – nowy album idealnie uświetnił tą okazję – jak się z tym czujesz? Wasz skład przez te lata pozostaje bardzo stabilny, jak na zespół rockowy.

SB: Czuję się świetnie! To trochę niesamowite, że udało nam się tyle przetrwać razem, ale co jest jeszcze bardziej niesamowite to fakt, że nasza muzyka po takim czasie wciąż interesuje ludzi – mam wrażenie, że nawet bardziej dziś, niż wtedy. Czuję, że pod tym kątem wciąż spotyka nas duże szczęście, nawet, jeśli człowiek nie robi się młodszy!

JO: Twoja wizja Mogwai od początku była bardzo precyzyjna, chociaż, od tamtej pory, mocno ewoluowała. Jeśli porównamy Young Team z As the Love Contunies słychać wyraźnie, że nastrój i brzmienie wciąż idą naprzód, jednocześnie, pozostając wierne swoim pierwotnym założeniom.

SB: To bardzo interesujące pytanie. Idea tak naprawdę pozostaje ta sama, ale wtedy byliśmy po prostu zupełnie innymi ludźmi. Byliśmy młodzi, zagubieni, wkurzeni, smutni i to było słychać w tym, co graliśmy. Ale nie wyobrażam sobie, abym mógł dziś nagrać taki numer jak „Like Herod” – po prostu moja psychika i sposób myślenia i emocje, które wkładam w muzykę, uległy zmianie. Nadal jesteśmy szczerzy wobec samych siebie, nasze motywacje i punkt wyjścia do tworzenia muzyki pozostają wciąż takie same, ale podejście do brzmienia i przekazu na pewno ewoluowało.

JO: Bardzo dziękuję za rozmowę i trzymam kciuki za szybki powrót Mogwai na scenę!


Rozmawiał: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load