Wywiady

Sonia Bohosiewicz

2021-03-31

Aktorka Sonia Bohosiewicz nagrała album "10 Sekretów MM", na którym dała wyraz swojej fascynacji nie tylko legendarną Marilyn Monroe, ale także muzyką jazzową. Z okazji premiery płyty mieliśmy przyjemność porozmawiać z Sonią Bohosiewicz.

Rozmowa z: Sonia Bohosiewicz

- Kiedy powstał pomysł na nagranie albumu „10 Sekretów MM”?

- Zaczęło się od filmu „Ekscentrycy Czyli Po Słonecznej Stronie Ulicy” w reżyserii Janusza Majewskiego. Zostałam obsadzona w roli Wandy, której brat Fabian (Maciej Stuhr) wraca z Anglii po wojnie i próbuje rozkręcić swingujący big band w Ciechocinku oraz namówić Wandę, aby ponownie wyszła na scenę jak piosenkarka. Po kilku miesiącach przygotowań  z moją coach od śpiewu Agnieszką Hekiert w końcu znalazłam się w studio nagraniowym, gdzie pod okiem Wojciecha Karolaka, który był opiekunem muzycznym tego filmu, zaśpiewałam trzy utwory. I wtedy po raz pierwszy usłyszałam od Wojtka bardzo miłą recenzję na gorąco: „Sońka, ależ Ty śpiewasz!”. Od tego czasu marzyłam już tylko o tym, by wychodzić z jazzowym repertuarem na scenę i aby znowu spotkać Wojciecha Karolaka (śmiech). Kilka miesięcy po premierze filmu Wojtek do mnie zadzwonił i zaprosił na festiwal jazzowy w Zakopanem. Odpowiedziałam: „Oczywiście, że przyjadę – gdzie mogę kupić bilety?” . A Wojtek na to: „Zapraszam Cię nie na festiwal, ale do udziału w tym festiwalu. Wystąpisz jako wokalistka”. No więc znalazłam się na tej imprezie, stoję za kulisami gotowa do wyjścia na scenę i pytam go: „Wojtek, co ja tu robię?”. A Wojtek odpowiedział mi: „Słuchaj, jazz się czuje albo nie. A Ty czujesz. Więc przestań gadać, tylko wyjdź na scenę i zaśpiewaj”. Potem brałam udział w innych koncertach – między innymi w Starym Maneżu w Gdańsku, gdzie na scenie wystąpiłam z Janem Ptaszynem-Wróblewskim i Krzysztofem Herdzinem, czy na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni w koncercie dla Dudusia Matuszkiewicza. A więc te jazzowe spotkania się zdarzały.

Jednak cały czas myślałam: co tu zrobić, aby wychodzić na scenę ze swoim własnym koncertem. I tak jak u Mendelejewa, któremu przyśniła się ta tablica pierwiastków, tak pewnej nocy przyśniła mi się Marilyn Monroe. To jedna z najjaśniejszych gwiazd filmowych, blondynka, a do tego żyjąca w czasach świetności jazzu. Zaczęły się moje studia na temat Marilyn. Bardzo dokładnie się do tego projektu przygotowywałam. Słuchałam jej wywiadów, oglądałam filmy z jej udziałem, czytałam biografie i w pewnym momencie odkryłam coś, co mnie kompletnie zaskoczyło. Wszyscy bowiem kojarzą Monroe jako seksbombę, w białej sukience, z rozchylonymi ustami i przymkniętymi powiekami. Tymczasem ja  w jej oczach zobaczyłam dojmujący smutek, ale i niewiarygodną siłę. Odkryłam kilka jej sekretów, dlatego tak postanowiłam nazwać koncert i o takiej Marilyn opowiadam.

- Czy zgodzi się Pani, że zarówno ta seria koncertów, jak i ten album mogą być dla słuchaczy wstępem do lepszego poznania tej artystki. Gdyby zapytać przeciętnego Polaka, z czym kojarzy mu się Marilyn Monroe, to jestem pewien, że większość odpowiedziałaby, że z byciem seksbombą, z romansem z JFK i być może ze słynnym zdjęciem z filmu „Słomiany Wdowiec”…

- Rzeczywiście. Po każdym z koncertów przychodzą do mnie widzowie, po zdjęcia i autografy, ale bardzo często mówią mi, że nie zdawali sobie sprawy, jak samotną, silną i feministyczną kobietą była Marilyn.

- A skąd pomysł, by ten spektakl przenieść na płytę studyjną? Czy nie lepiej było nagrać jeden z tych koncertów i wydać jako album live?

- Oczywiście, że spotkanie z publicznością ma inną energię niż nagrania w studio. Jednak koncerty gram zazwyczaj z kwartetem jazzowym, więc na koncercie jest czterech muzyków. A Marilyn Monroe zasługuje na iście hollywoodzki aranż. Więc płyta została nagrana w studio z pełnym big bandem, a więc na bogato (śmiech). Podczas nagrywania tego albumu mogłam spełnić moje drugie marzenie o kolejnym spotkaniu z Wojtkiem Karolakiem. Przywiózł do studia swoje legendarne organy Hammonda i nagrał na płytę przepiękne solo. Do płyty zaprosiłam też do współpracy Marka Napiórkowskiego, który swoją gitarą wyczarował niepowtarzalny klimat w jednym z utworów.


- Jak wyglądała praca nad tym albumem? Czy Pani miała ostateczny głos i jaki był wpływ pozostałych muzyków na brzmienie tej płyty?

- Od początku miałam bardzo sprecyzowaną wizję, jak chciałabym by ta płyta zabrzmiała. Po wielu godzinach doprecyzowywania wraz z Tomkiem Szymusiem, który był odpowiedzialny za brzmienie albumu od strony muzycznej chłopcy weszli do studia i nagrali ten materiał tak, jak go sobie wyobrażałam. Potem przyszedł czas na mnie. Codziennie, podczas jednej sesji, nagrywałam tylko jeden utwór. Działo się to latem, z reguły w godzinach popołudniowych lub wieczornych. Do dziś mam bardzo miłe wspomnienia związane z zachodzącym letnim iście kalifornijskim słońcem. Było to latem 2019 roku, a więc płyta była gotowa już dawno temu. Jednak sytuacja z pandemią nas zatrzymała. Ten album czekał na wydanie i czekał, aż w końcu się zdenerwowaliśmy i powiedzieliśmy: „Dosyć! Pokazujemy ją światu!”.

- Czemu na tej płycie jest tylko pięć utworów z repertuaru Marilyn Monroe, a pozostała piątka to kompozycje z jej czasów, ale nie zaśpiewane przez nią?

- Kiedy zaczynałam grać koncerty było w moim repertuarze było dużo więcej kompozycji zaśpiewanych wcześniej przez Monroe, jak chociażby „Diamonds Are A Girl’s Best Friend”. Okazało się jednak, że koncert jest aż dwugodzinny, a to nieludzkie, więc musiałam z niektórych utworów zrezygnować. Historie, które opowiadałam na scenie miały odzwierciedlenie w konkretnych kompozycjach, tak więc rezygnując z niektórych z nich kierowałam się dramaturgią koncertu. W ten sposób na koncercie i na płycie są utwory wykonywane przez Monroe, ale jest też kilka osadzonych w jej epoce.

- Czy któraś z tych kompozycji zaśpiewanych przez Marilyn jest Pani szczególnie bliska?

- Wszystkie są mi bardzo bliskie. Nie chciałabym faworyzować jednego, gdyż bałabym się, że reszta się obrazi (uśmiech). Ale muszę przyznać, że podczas koncertów bardzo czekam na „Bye Bye Baby” i na historię, którą opowiadam w związku z tą kompozycją. Ten w oryginale żywy i lekki utwór zmieniłam na bardzo smutną balladę. „Bye Bye Baby” jest dla mnie pożegnaniem Marilyn z marzeniem o posiadaniu szczęśliwej rodziny i dziecka. Marilyn zaszła w ciążę ze swoim trzecim mężem pisarzem Arthurem Millerem i bardzo chciała tę ciążę donosić. Niestety pewnego dnia obudziła się w kałuży krwi. Przyjechali sanitariusze z lekarzem, a artystka złapała go za poły fartucha i wyszeptała mu: „Niech Pan uratuje moje dziecko”. Przeszła kilkugodzinną operację, a lekarz który ją operował wspominał, że choć zabieg był trudny, to najtrudniejsze było dopiero przed nim. Musiał przekazać pacjentce dwie informacje: pierwszą, że dziecka nie udało się uratować, a drugą, że niestety już więcej w ciążę nie zajdzie.

- Opowiada Pani o tej płycie z przejęciem, czy więc możemy za jakiś czas spodziewać się kolejnego rozdziału opowieści o Marilyn Monroe?

- Nie. Myślę, że ta historia ma już przepiękny finał w postaci teledysku i płyty. Natomiast dalej pociąga mnie jazz. Teraz namiętnie przesłuchuję nagrania naszych polskich wokalistek jazzowych. A co z tego wyjdzie? Nie wiem. Pewnie wkrótce się przekonamy.  

- Dziękuję za rozmowę.


Rozmawiał: Grzegorz Szklarek


End of content

No more pages to load