Wywiady

Future Islands

2022-01-18

Amerykańska grupa Future Islands wystąpi 2 marca w warszawskim klubie Palladium. Nasz wysłannik Jakub Oslak porozmawiał z tej okazji z wokalistą Samuelem Herringiem i perkusistą Michaelem Lowrym.

Rozmowa z: S. Herring / M. Lowry

Jakub Oślak: Jak upływa wam czas w pandemii?

Samuel Herring: Te ostatnie dwa lata były dla nas wszystkich nadzwyczajnym wysiłkiem psychologicznym i emocjonalnym, zarówno w ujęciu jednostkowym, społecznym, jak i absolutnie globalnym. 2020 był dla mnie osobiście szczególnie ciężki, mój związek rozpadł się, musiałem przejść skomplikowaną operację kolana; ale, mimo to uważam, że z perspektywy wiele z tego czasu można odebrać i wykorzystać pozytywnie. Dużo czasu wykorzystałem na naukę, odbudowę organizmu, fizyczną i psychiczną, udało się zrzucić sporo niepotrzebnych kilogramów, zacząłem wreszcie fachowo dbać o swój głos! No i udało nam się pojechać w trasę!  

Michael Lowry: Dawno nie byłem tak zajęty, jak jestem właśnie teraz, w pandemii. Mam czas dosłownie na wszystko i staram się to wykorzystywać, np. uczę się gry na basie (uwielbiam linię basu z „Under Control” The Strokes!). Cały czas coś robimy, piszemy, komponujemy, ćwiczymy, niedawno wróciliśmy z trasy. Zastanawiam się, jak ja znajdę na to wszystko czas, gdy to już się skończy?!

JO: Myślisz, że to się kiedyś skończy? Może czas przestać o tym myśleć, jako o rzeczy tymczasowej, tylko zacząć się do tego przyzwyczajać i umieć z tym żyć?

ML: Też tak sądzę, chociaż jeszcze długo potrwa, zanim przestaniemy nosić te maski. Wszyscy się szczepimy, testujemy, a niebezpieczeństwo dalej istnieje. Ja sam ostatnio przechodziłem Covid – w samym środku trasy! Tak mnie to wkurzyło; przecież byłem ze wszystkich najostrożniejszy! Normalnie pomiędzy koncertami, musiałem siedzieć w izolacji, w hotelu. Ale, jak to mówią, ból jest kamieniem probierczym wszelkiego postępu duchowego!

SH: Przed pandemią, w 2017 i 2018, czułem, że jestem na krawędzi załamania. Ten cykl album-trasa-album-trasa wykańczał mnie, fizycznie i psychicznie. Odczuwałem nieustający ból fizyczny, kolano wymagało operacji, głos wysiadał. Sam fakt, że nie musiałem codziennie śpiewać ani nawet odzywać się do innych ludzi sprawił, że moje struny głosowe odpoczęły. Trochę z tej izolacji było naprawdę mile widziane; musiałem się emocjonalnie ‘zamknąć’, odciąć od świata, chociażby po to, aby grać tygodniami na PlayStation. Pandemia i odwołanie koncertów, paradoksalnie, pozwoliły nam odetchnąć, wcisnąć guzik ‘stop’, zatrzymać się i odzyskać siły twórcze i w ogóle entuzjazm do muzyki. Takie sytuacje uświadamiają nam, jak bardzo kruchą i niepewną rzeczą jest życie i wszystko to, co bierzemy za oczywiste: rodzina, znajomi, zdrowie.

JO: Czy pomimo tych przeciwności powrót do grania na żywo spotkał się z waszym entuzjazmem? Czy mieliście obawy o bezpieczeństwo (jak widać, słuszne), czy też radość przeważyła?

SH: W pandemii, ta wizja powrotu do grania na żywo była jednym z najważniejszych czynników motywujących do działania! Człowiek jest jednak istotą społeczną, a nic tak nie objawia najlepszej części naszej społeczności, co granie koncertów i to poczucie przynależności do pewnej mikro-społeczności, tu i teraz, które jest absolutnie w każdym z nas. Uwielbiam czuć się częścią tego organizmu, jaki objawia się na żywo, tej synergii pomiędzy sceną a widownią; ale, aby ona nastąpiła, trzeba sobie wiele rzeczy uświadomić, i pandemia właśnie to uczyniła: pozwoliła mi zrozumieć wiele rzeczy, nauczyć się od nowa je doceniać i wykorzystywać w tym, co robimy. To powiedziawszy, nie chcę, aby to się kiedykolwiek powtórzyło! Rok 2020 był najgorszy z możliwych, a 2021 wcale nie był lepszy (śmiech)

ML: Na pewno mieliśmy w sobie dużo oporu i niepewności, czy aby na pewno robimy to, co powinniśmy, czy nie jest to ryzykiem, nie tylko naszym i naszej ekipy, ale także widowni. Cały czas głos z tyłu głowy pyta, czy to nie za wcześnie na takie działania, czy ta radość nie jest przedwczesna. Ale gdy to już się dzieje, wtedy czujesz, że nie ma na świecie nic ważniejszego! Byliśmy w ekstazie mogąc wrócić na scenę po takiej przerwie, po życiu w zamknięciu, niepewności i strachu. Granie muzyki to jest to, co robimy i co definiuje mnie osobiście. Gdy możesz to wreszcie uwolnić, wtedy rozumiesz ile ta pandemia zabiera nam z życia. I to uczucie jest odwzajemnione przez publiczność – to nie jest tylko przywilej artystów! Ludzi rozsadza radość i energia z faktu, że mogą iść na koncert.

SH: Przed wyruszeniem w tą ostatnią trasę zakładaliśmy, że jeśli jej pierwszy i ostatni koncert dojdą do skutku, to będzie cud! Wszystko to toczyło się trybem dzień po dniu, koncert po koncercie, po drodze mieliśmy Mike’a z Covidem!, ale ostatecznie, udało się. Nie mam pojęcia, co będzie dalej, wirus jest znowu w natarciu, ale lekcja, jaką wynieśliśmy z tych ostatnich koncertów jest taka, że trzeba mieć nadzieję na jak najlepszy rezultat, ale być przygotowanym się na najgorszą ewentualność.

JO: Przed wami trasa w Europie, wciąż dużo zespołów, szczególnie spoza Europy, odwołuje przyjazd ze względu na komplikacje logistyczne i obostrzenia.

SH: Musimy próbować, najwyżej nas wyrzucą!

ML: W Europie, mimo wszystko, panuje więcej rozsądku pod tym kątem, niż w Stanach. Tutaj, to istne szaleństwo! Zapraszam do Montany, gdzie nie wolno pytać kogoś o to, czy jest zaszczepiony; albo do Dakoty Północnej, gdzie nie szczepi się nikt i nikt nie nosi masek. Ale mimo to, udało się; a skoro tu się udało i wiemy już, co należy robić, to sądzę, że i Europa nam się uda.


JO: Wygląda na to, że bardzo lubicie przyjeżdżać do Europy i żadna pandemia wam nie straszna. Skąd ta sympatia do Starego Kontynentu?

SH: Jedną z przyczyn, dla których uwielbiamy grać w Europie są różnice kulturowe. Nie tylko na linii Europa-USA, ale przede wszystkim wewnątrz kontynentu. Hiszpania i Niemcy – zupełnie różna publiczność. Anglia i Irlandia – to samo. W Stanach to kwestia 4 regionów geograficzno-kulturowych. A w Europie, co kraj, to obyczaj! Poza tym, zasadnicza różnica między Europą a Stanami: publiczność w Europie bardziej docenia to, czego słucha. Jest wyczulona na sztukę i przykłada do niej większą uwagę. W Stanach koncerty przypominają centrum handlowe albo parki rozrywki – ludzie przychodzą tam po prostu dobrze spędzić czas. W Europie, szczególnie w klubach, wiesz, że publiczność będzie skupiona na wszystkim, co robisz, będzie śledzić każdy twój krok i gest; u nas, nie do końca, to forma spędzenia wolnego czasu. Europa bardzo nam pomogła, szczególnie na początku naszej działalności, widzieć siebie jako artystów, a nie tylko zespół na scenie; pozwoliła nam docenić siebie samych i zrozumieć potencjał i moc, który w nas drzemał, a którego poszukiwaliśmy zakładając ten zespół.

ML: W Europie panuje większa miłość do sztuki, w każdej formie. Coś, co boli mnie, gdy myślę o Stanach – oczywiście, uogólniając – to, że u nas zbyt szybko zapominamy o sztuce i kulturze. Coraz mniej ludzi docenia jej wartość intelektualną i emocjonalną, a nie tylko konsumencką i komercyjną.

SH: Ameryka zbyt szybko zużywa swoją kulturę, muzykę i artystów; a to wciąż tylko przyspiesza, przez takie rzeczy jak TikTok, które powodują, że dziś jesteś, a jutro cię nie ma. Dziś jesteś największym zespołem na świecie, za pięć lat nikt o tobie nie pamięta, nikt cię nie chce. Coś, co zawsze fascynowało mnie w Europie, to pamięć o muzyce. Pamiętam festiwal, gdzie headlinerem byli The Offspring – a publiczność oszalała na ich widok! Pomyślałem wtedy, to oni jeszcze istnieją?! Myślałem, że rozpadli się jakieś 20 lat temu! Właśnie to jest to, czego szukamy w Europie; jeśli uda nam się tutaj zaistnieć, to o emeryturę możemy być spokojni! (śmiech)

JO: Dziękuję wam bardzo za chwilę rozmowy i trzymam kciuki za pomyślność trasy w Europie!

Future Islands - Warszawa, Palladium, 02.03.2022. 


Rozmawiał: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load