Wywiady

White Lies

2022-03-29

Grupa White Lies przygotowuje się do już 19 (!!!) koncertu w naszym kraju, który odbędzie się 4 maja w warszawskiej Progresji. Będzie to występ na trasie promującej nowy album "As I Try Not To Fall Apart". O powrocie do koncertowania, nagrywaniu nowej płyty i wspomnieniach z występów na Ukrainie z perkusistą White Lies Jackiem Lawrencem-Brownem rozmawiał Jakub Oślak.

Rozmowa z: Jack Lawrence-Brown

Jakub Oślak: 18 koncertów. Tyle razy zagraliście już w Polsce. Co sprawia, że tak chętnie tu wracacie? Czy majowe plany koncertowe w Europie, w tym w Warszawie, idą w dobrym kierunku?

Jack Brown: Od czasu naszej pierwszej wizyty w Polsce, która miała miejsce w 2009 na Open’erze, zawsze uwielbialiśmy tu wracać – za każdym razem byliśmy zaskakiwani czymś pozytywnym, czymś nowym. Od tamtej pory zawsze staraliśmy się wpisywać Polskę do rozkładu jazdy. Lubimy reakcje tej publiczności na naszą muzykę i wiemy, że zawsze możemy liczyć tu na dobre przyjęcie.

Tak, wygląda na to, że to, co mamy na ten moment zaplanowane powinno się udać. Większość organizatorów i klubów dała nam zielone światło, że trasa jest niezagrożona i pomimo tych szalonych, nieprzewidywalnych, przerażających okoliczności, powinno się udać. Nie mogę się już doczekać na ponowną wizytę w Polsce – jestem pewien, że jak zawsze czeka nas świetny wieczór!

JO: Wróciliście już do koncertowania w Anglii. Jakie to uczucie? Odczuwasz zdenerwowanie, niepewność, tremę, czy też wszystko po staremu?

JB: To najwspanialsze uczucie na świecie. Póki co reakcja publiczności jest niesamowita. Czuję, jakby nic się nie zmieniło, a nawet więcej - możliwość grania na żywo po takiej przerwie działa podwójnie na wyobraźnię i emocje. Jesteśmy szczęśliwi, że to się znowu dzieje, pomimo okoliczności. Na początku byliśmy niepewni, czy to co robimy ma sens, czy ludzie przyjdą, jaka będzie atmosfera... Ale możliwość wyjścia z domu, pójścia na koncert i dobrej zabawy w tłumie ludzi sprawia, że wszelkie złe myśli na chwile zostają przed klubem, a w środku następuje eksplozja energii i radości.

Pandemia trwa i od strony logistycznej wciąż mamy sporo dodatkowych obowiązków, w postaci regularnego testowania, dbania o reżim sanitarny, gdy wystarczy aby jedna osoba z naszej załogi zaraziła się wirusem, aby totalnie położyć resztę trasy. To sprawia, że z tyłu głowy cały zespół ma świadomość ryzyka, które w pewien sposób ponosimy. Ale jest to cena, którą warto płacić, jeśli twoją nagrodą jest klub pełen wytęsknionej publiczności! Poza tym, powiedzmy szczerze, ręce powinno się regularnie myć w każdych okolicznościach, a noszenie maseczki nie powinno komukolwiek sprawiać problemu, jeśli ma to uchronić jego zdrowie. Na pewno w Anglii panuje znacznie wyższy optymizm co do dalszych losów tej pandemii, chociaż nie przestajemy być ostrożni.

JO: Wasz nowy album As I Try Not To Fall Apart jest w jakimś sensie odzwierciedleniem tych ostatnich dwóch lat. Wystarczy przejść przez same tytuły, aby zauważyć wasze nastroje.

JB: Tak, nie ma wątpliwości, że wydarzenia ostatnich dwóch lat miały na nas wyraźny wpływ zarówno pod kątem twórczym, jak i czysto ludzkim. Nie znam nikogo, kogo by to w jakiś sposób nie dotknęło lub nie obeszło. Ta trasa, którą teraz mamy była już zaplanowana znacznie wcześniej, ale nie ogłaszaliśmy jej widząc co się dzieje, tylko od razu przełożyliśmy ją na bardziej odległy termin. Pod kątem organizacyjnym to koszmar i wiele zespołów cierpi z tego powodu. Ale to samo można powiedzieć o tych muzykach, którzy świadomie zostają w domu, gdyż bez koncertów nie mają pieniędzy; z kolei, gdy chcą ruszyć w trasę, zachodzi ryzyko katastrofy logistycznej i jeszcze większych problemów. Stąd właśnie podwójna ostrożność wszystkich zespołów, które chciałyby ruszyć w trasę, ale mają obawy na tle zdrowotnym i administracyjnym. To wszystko jest ze sobą powiązane.

Praca nad nowym albumem była najtrudniejsza i najbardziej skomplikowana ze wszystkich dotychczasowych. Mówię tu nie tylko o samym procesie pisania, ale przede wszystkim nagrywania i miksowania. Ed Buller, nasz producent, niezwykle nam w tym pomógł. Większość rzeczy które słychać na płycie była przez Charlesa, Harry’ego i mnie przygotowana zdalnie, osobno, a gdy udało się spotkać w studiu staraliśmy się wycisnąć z tych sesji ile wlezie, tak aby mieć nadprogramową ilość piosenek. W pandemii musisz wykorzystywać wizyty w studiu do granic możliwości, bo nie wiadomo, kiedy będziesz mieć mógł ponownie tam wejść. Dlatego proces nagrywania albumu był dla nas dodatkowo stresujący właśnie z tego względu – ten obraz pandemii dotyka tej płyty w ujęciu treści i nastroju, ale też strony technicznej, kiedy musisz starać się podwójnie. Jesteśmy zadowoleni z końcowego rezultatu, ale mam nadzieję, że następna płyta nie będzie już tak stresująca!


JO: Jak sprawdza się nowy materiał w sytuacji na żywo?

JB: Tu także mieliśmy spore obawy, ponieważ jak wiemy słuchanie muzyki z płyty i na żywo to zupełnie różne historie. Przez pierwsze dwa-trzy koncerty musieliśmy cały czas sporo ćwiczyć, aby dobrze poczuć te nowe numery, z których wiele jest bardziej skomplikowanych i odmiennych od tego, co nagrywaliśmy do tej pory. Ale wreszcie udało się to nam i jesteśmy bardzo zadowoleni z tego jak nowe piosenki brzmią na żywo i w jaki sposób wymieszać je ze starym materiałem. Co ciekawe, ten album szybko osłuchał się publiczności i wiele z nowych numerów jest przyjmowana na koncertach jako coś, co fani już zdążyli poznać i polubić. Im więcej albumów nagrywasz, tym masz więcej utworów do dyspozycji i czasami ułożenie ciekawej setlisty jest sporym wyzwaniem. Na szczęście mamy już to za sobą i mam nadzieję, że nowy album zda test koncertowy także i w Polsce. 

JO: White Lies to muzyka wysoce energiczna i optymistyczna. Jak to ma się do rzeczywistości, z którą przychodzi nam mierzyć się obecnie? Czy usiłowaliście przeprocesować te nastroje tworząc nową muzykę? Czy mieliście obawy wydając nową płytę, czy to właściwy moment?

JB: To jeden z najtrudniejszych, najdziwniejszych i najbardziej stresujących i skomplikowanych okresów we współczesnej historii. Gdy sięgam pamięcią do pierwszej dekady XXI wieku, o rety, jakie to były dobre czasy (śmiech)! Ilość wydarzeń i przedziwnych, przerażających okoliczności z jaką mierzy się świat czasami przerasta nasze zdolności psychiczne i popycha ludzi do szaleństwa. Na naszej nowej płycie usiłowaliśmy zaadresować te okoliczności, nie w sposób dosłowny czy bezpośredni, ale bardziej między słowami, tak aby świadomy słuchacz wiedział o co chodzi. Tworzenie muzyki to forma terapii, odreagowania, ucieczki od ponurej rzeczywistości. Chcieliśmy, aby nowa płyta była zaproszeniem dla słuchaczy do takiej ucieczki i chwili wytchnienia dla umysłu.

W mojej głowie pandemia oraz wojna w Ukrainie zajmują odrębne pomieszczenia. Wywołują różne emocje i reakcje wewnętrzne, które dzieją się w tym samym czasie, co sprawia, że ten czas w którym żyjemy wydaje się okropny i szalony do potęgi. Gdy gramy koncert, emocje związane z pandemią odchodzą, gdyż będąc na scenie i mając przed sobą widownię, która bawi się w najlepsze wiesz, że wygrałeś, wszyscy wygraliśmy. Wojna w Ukrainie, natomiast, nigdy nie opuszcza mojej głowy, nawet na scenie. To jest prawdopodobnie najbardziej szczegółowo przekazany medialnie konflikt militarny w historii, zatem nie sposób jest uciec od tych informacji i dezinformacji, tych obrazów i atmosfery niepewności, strachu, bólu. Wydaje nam się jednak, że właśnie w takiej sytuacji powinniśmy dawać z siebie wszystko, aby przynosić ludziom poczucie normalności i optymizmu. To, co zostawi po sobie ta pandemia, jak i ta wojna, będzie jeszcze bardzo długo wpływać na nasze życia, sposób myślenia i funkcjonowania i musimy zacząć umieć w niej funkcjonować, aby do reszty nie zwariować.

JO: Podczas trasy promującej album FIVE graliście dwukrotnie w Ukrainie. Jak wspominasz tamtą wizytę?

JB: Naszą wizytę w Ukrainie trzy lata temu wspominam bardzo dobrze, Kijów i Lwów to piękne miasta i czytanie tych wszystkich informacji jakie płyną z mediów o zniszczeniach jakie dotykają Ukrainę wywołuje nasze kompletne niedowierzanie, strach i niepewność. Z całego serca pragnę, aby ta wojna już się skończyła i bardzo chciałbym móc tam wrócić, aby dać lokalnej publiczności tyle ile będziemy w stanie. Historia muzyki rockowej przeplata się z historią konfliktów zbrojnych, takich jak chociażby Wietnam, ale nie odczuwam w żaden sposób, aby granie muzyki na żywo teraz, w tej sytuacji, nosiło jakiekolwiek elementy „rock’n’rollowego romantyzmu”. Wszyscy chcemy końca tej wojny, ból Ukrainy odczuwamy codziennie i gdy tylko sytuacja na to pozwoli, będziemy chcieli tam wrócić, aby ponownie tam zagrać. Mam nadzieję, że nie trzeba będzie na to długo czekać.

JO: Dziękuję za rozmowę !

White Lies, Warszawa, Progresja, 04.05.2022: https://tinyurl.com/ysk2dn88 

Foto: PIAS Poland

 


Rozmawiał: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load