Wywiady

Franz Ferdinand

2022-04-25

Po ponad dwóch dekadach grania grupa Franz Ferdinand postanowiła podsumować dotychczasowy dorobek albumem kompilacyjnym „Hits To The Head”, zawierającym największe przeboje, a także dwie premierowe kompozycje. O niuansach tego wydawnictwa, zmianach w składzie, bieżących sposobach dystrybucji muzyki i współczesnych fascynacjach muzycznych opowiedzieli mi wokalista i gitarzysta Alex Kapranos oraz Bob Hardy, pozostający dziś jedynymi muzykami z oryginalnego składu grupy.

Rozmowa z: Alex Kapranos / Bob Hardy

MM: Wydawanie kompilacji typu ‘największe przeboje’ kojarzy się nieodzownie z pewnego rodzaju podsumowaniem. Alex, wiem, że twoi rodzice mieli sporo tego typu wydawnictw w swojej kolekcji płyt. A jaką rolę ta składanka odgrywa w waszym przypadku?

AK: W przypadku kolekcji płyt moich rodziców składanki podyktowane były głównie przestrzenią, jaką mieli przeznaczoną na płyty (śmiech). Natomiast w przypadku naszego zespołu kwestia takiej kompilacji sięga wielu lat wstecz. Od pierwszej albo drugiej płyty rozmawialiśmy z Domino (wytwórnią płytową Franz Ferdinand – przyp. MM), by taki zbiór wypuścić. Oni jednak powtarzali, że aby zrobić to dobrze, potrzeba przynajmniej 20 takich przebojów, by móc wydać je na dwóch płytach. Do tego dodaliśmy też dwie nowe piosenki. Tak więc pozwoliło nam zamknąć tamten etap – jesteśmy zespołem od ponad 20 lat. Dzięki wydaniu „Hits To The Head” możemy spokojnie skupić się na nowych rzeczach.

MM: Te dwie nowe kompozycje, to “Curious” i “Billy Goodbye”. Kiedy powstały te utwory?

AK: Obie powstały w okresie lockdownu. To był trudny czas dla nas wszystkich. W naszym przypadku pierwszy raz doszło do sytuacji, kiedy nie mogliśmy się spotkać wszyscy razem w jednym pomieszczeniu. Wysyłaliśmy sobie muzykę Internetem. Utknąłem w tamtym momencie we Francji, więc wysyłałem i odbierałem kolejne wersje „Curious” Julianowi (Corriemu – klawiszowcowi i gitarzyście Franz Ferdinand – przyp. MM). Kiedy wreszcie pojawiła się możliwość spotkania się razem, weszliśmy do sali prób i zagraliśmy ją na żywo. Była już wtedy z nami Audrey (Taiton – perkusistka, która zastąpiła Paula Thomsona po jego odejściu z zespołu w ubiegłym roku – przyp. MM). Numer zabrzmiał fantastycznie! To było wyjątkowe doświadczenie dla nas wszystkich, bo pokazało, że nadal chcemy i potrafimy tworzyć muzykę. Nagraliśmy wówczas więcej piosenek, ale zdecydowaliśmy, że upublicznimy tylko te dwie. Teraz gramy je także na żywo na koncertach i widać, że pasują do naszego setu.

MM: Co zatem stało się z pozostałymi utworami, które wówczas nagraliście?

AK: Musisz, a właściwie wszyscy musimy jeszcze poczekać na to, by się przekonać o tym, co stanie się z nimi w przyszłości (śmiech).

MM: Skoro wspomniałeś Audrey, jak jej obecność, a przede wszystkim gra wpłynęła na zespół?

AK: Audrey jest wspaniałą osobą, a do tego najlepszą perkusistką w Szkocji. Mamy ogromne szczęście, że gra w naszym zespole. Musisz zobaczyć ją na żywo. Jest fenomenalna! Ma wspaniałą energię, jest bardzo pozytywna, a do tego ma bardzo szkockie poczucie humoru (śmiech).

BH: To prawda, wniosła świeżą energię do zespołu. Uwielbiam się z nią wygłupiać (śmiech).

MM: “Curious” i “Billy Goodbye” powstały przy udziale producenta Stuarta Price’a znanego ze współpracy z Dua Lipa, Madonną, czy Pet Shop Boys. Czyim pomysłem było zaproszenie go do współpracy z wami?

AK: Rozmawialiśmy ze Stuartem o współpracy już od dawna. Znam go od wielu lat jeszcze z czasów jego własnych projektów Les Rythmes Digitales i Jacques Lu Cont. To ciekawe, bo mam wrażenie, że pod kątem podejścia do pracy nad piosenkami jest podobny do nas. Pochodzi ze środowiska undergroundowego, ale jakimś sposobem udało mu się przeniknąć do mainstreamu. Poza tym artyści, z którymi współpracował, a których wspomniałeś – to mówi samo za siebie. Dlatego świetnie nam się pracowało, bo mamy ze sobą wiele wspólnego. On nie podchodzi do robienia muzyki od strony technicznej, tylko… jakby to ująć… piosenkowej. Dla niego liczy się przekaz i emocje, jakie chcemy przekazać. To było ogromnie ważne. Artystyczna kreacja wygrała z techniczną.


MM: “Billy Goodbye” kojarzy się z “American Pie” Dona Mcleana. Przypadek?

AK: Przypomina, bo w refrenie padają słowa ‘bye, bye’. Nie da się tego skojarzyć inaczej w tym przypadku (śmiech).

MM: Piosenki z singli to jedno, ale razem z nimi pojawiają się utwory ze stron B. W waszym przypadku to dość bogaty zbiór. Nie myśleliście, by wydać je np. jako bonus do „Hits To The Head”?

AK: Tak, to temat o którym też rozmawialiśmy. Chcieliśmy nawet nazwać taką kompilację „Hits To The Back Of The Head” (śmiech). Myślę, że w którymś momencie wydamy te kawałki. Ludzie je znają częściowo głównie z Internetu, więc musimy je w końcu zebrać i wydać w jednym zestawie.

MM: To niejako prowadzi do mojego kolejnego pytania: wychowaliście się czasach, kiedy dominowały nośniki fizyczne. Założyliście Franz Ferdinand, kiedy pliki mp3 były na porządku dziennym. Teraz mamy erę serwisów streamingowych oraz coraz bardziej rozwinięty renesans płyt winylowych. Jak się w tym odnajdujecie?

BH: Jako odbiorca muzyki uwielbiam streaming. Kiedy byłem nastolatkiem i jeździłem autobusem do szkoły, połowę zawartości mojego plecaka stanowiły kasety i walkman. Fantazjowałem wówczas o jakimś urządzeniu, w którym byłoby to wszystko i nie musiałbym dźwigać tych wszystkich kaset (śmiech). Kiedy więc pojawił się iPod, byłem w siódmym niebie! A potem pojawił się streaming, gdzie mam dostęp do całej światowej muzyki także tej sprzed wielu lat i to wszystko mieści się w mojej kieszeni! Poza tym mogę sprawdzić danego artystę, zanim zdecyduje się na zakup jego płyty. Także jestem takim obrotem spraw zachwycony (śmiech).

AK: Mam podobne podejście do Boba. Przede wszystkim podoba mi się możliwość posłuchania zwłaszcza nowej muzyki w dowolnym momencie. Zdaję sobie sprawę, że wszystkie serwisy streamingowe oferują nieco obniżoną jakość strumienia. To trochę kłóci się z moją własną estetyką odbioru muzyki. Chociaż podobnie jak Bob wychowałem się na słuchaniu płyt z nośników o wątpliwej jakości (śmiech).

BH: Właśnie przypomniałem sobie sen z ostatniej nocy. Puszczałem kasetę mojej 14-letniej siostrzenicy. W pewnym momencie magnetofon wciągnął taśmę. Udało mi się ją wyjąć i zacząłem ją nawijać z powrotem przy pomocy ołówka. Moja siostrzenica z niedowierzaniem kręciła głowa, pytając mnie, po co to robię (śmiech).

AK: Tłumaczenie młodemu pokoleniu, że kiedyś muzykę przesuwało się przy pomocy ołówka, to spore wyzwanie. Zresztą próba wyjaśnienia im, co to jest kaseta też nie należy do prostych.

MM: Czy zatem jesteście jeszcze zbieraczami płyt?

AK: Uwielbiam płyty! Mam ich tysiące. Jestem wielkim fanem singli 7-calowych nawet bardziej, niż longplayów. Doceniam ich wartość przede wszystkim ze względu na dobór repertuaru (śmiech). Jedna piosenka potrafi przecież zmienić całe życie. Poza tym świetnie sprawdzają się na imprezach. Powie Ci to każdy dj (śmiech).

MM: Widziałeś kolekcję płyt Johna Peela?

AK: Właśnie nie, ale słyszałem, że jego syn robi wycieczki do jego archiwum i pokazuje je chętnym. Ciekawe, ile liczy ta kolekcja?

MM: Podobno 19000 płyt…

AK: To zdecydowanie za dużo nawet jak dla mnie (śmiech).

MM: Zawsze się zastanawiałem, czemu tak rzadko wydajecie płyty?

AK: Ponieważ mnóstwo czasu spędzamy w trasie. Taka jest natura naszego funkcjonowania. Po wydaniu płyty chcemy odwiedzić wszystkie możliwe kraje, a to zwykle zajmuje więcej czasu, niż granie tylko w Stanach, czy w Europie. Dwa lata z przerwami spędzamy w trasie koncertowej, potem trzeba odpocząć, zająć się na chwilę codziennym życiem, a w końcu napisać nową muzykę, nagrać ją, wydać i ponownie na trasę. To główny i w sumie banalny powód, dla którego nie wydajemy zbyt często płyt.

MM: Minęły już 4 lata od wydania “Always Ascending”.

AK: Ale po drodze jeszcze zatrzymała nas pandemia.

MM: A co po tych prawie dwóch dekadach grania inspiruje was w muzyce obecnie?

AK: Mnie cały czas potrafi poruszyć dany zespół, czy artysta. Totalnie mnie to nakręca, tak samo jak wtedy, kiedy miałem np. 10 lat. Jestem bardzo otwarty na muzykę. Z zespołów, które ostatnio słyszałem, bardzo spodobały mi się The Bug Club, Yard Act oraz Los Bitchos, których ostatnią płytę miałem przyjemność wyprodukować.

BH: Mnie ujął Wet Leg, który jest znakomity. Uwielbiam zespoły, które mają świetne piosenki. To jest dla mnie podstawowym kryterium. Zresztą w Franz Ferdinand jest podobnie. Alex podsyła demówki i wybieramy te, które są albo mają szansę stać się bardzo dobrymi piosenkami.

MM: Dziekuję za rozmowę. 

Foto: Grzegorz Szklarek

Franz Ferdinand, Warszawa, Stodoła, 30.04.2022. Info o koncercie: http://bityl.pl/KYiK5 

 


Rozmawiał: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load