Wywiady

Luxtorpeda

2022-05-09

Nowa płyta Luxtorpedy powstała jeszcze w okresie pandemicznym. Był to zresztą znaczący czas dla zespołu, który początkowo planował nagranie ep-ki. W konsekwencji ukazała się cała płyta zatytułowana „Omega” utrzymana w brzmieniach mocnych i szybkich, nawiązujących do grupy Flapjack. O jej niuansach opowiedział mi głównodowodzący zespołu, Robert ‘Litza’ Friedrich.

Rozmowa z: Robert "Litza" Friedrich

MM: Wiem, że kilka lat temu mieliście pomysł na płytę „Cztery pory roku”, zawierającą wiązanką ‘pieśni bojowych’. A w tym przypadku początkowo planowaliście, by była to ep-ka. Zakładaliście, że to będą na przykład 4 takie szybkie kawałki?

Litza: Mieliśmy już ep-kę w 2015 roku, na której były dość kontrowersyjne utwory jak ”Shoah”, czy „44 dni”. Tematy, które tam podjęliśmy były na tyle trudne, że na ep-ce sprawdziły się doskonale. I podobnie było w przypadku tych nagrań, natomiast siłą rozpędu powstała cała płyta. Powstała też w inny sposób, niż poprzednie, bo ja i Krzyżyk byliśmy jej głównymi sprawcami. W 5 dni nagraliśmy cały album, nie pamiętając tak naprawdę, co było przed chwilą, ponieważ były przy tym dużo zabawy i improwizacji. Wiedzieliśmy jednak, w jakim kierunku iść. Pomogły w tym moje flapjackowe i acidowe korzenie, dzięki czemu udało się taki klimat na tej płycie uchwycić.  

MM: Dobrze zrozumiałem, że zarejestrowaliście ją mniej więcej 2 miesiące temu?

Litza: Zaczęliśmy pracę w styczniu. Teksty powstały jeszcze przed agresją Rosji na Ukrainę. Wiele z tematów, które poruszamy w tych utworach nie dotyczą tego konfliktu, natomiast jeśli ktoś jest świadomy geopolityki i historii – a w naszym środowisku wiele na te tematy rozmawiamy – to nagle się okazuje, że łatwo jest przewidzieć, co się wydarzy w najbliższym czasie.

MM: Jak w ogóle znieśliście pandemię? Bo wiem, że przeszedłeś koronawirusa i straciłeś przez to węch.

Litza: To prawda, ale tak jak mógłbym długo narzekać, tak ‘dzięki’ pandemii mogłem na nowo poznać moją rodzinę. Z racji autyzmu twórczego i tras koncertowych zawsze miałem z tym problem. Wydawało mi się na przykład, że doskonale znam moją żonę. Tymczasem w okresie pandemii odkryłem ją jeszcze raz na nowo i poznałem takie aspekty jej piękna, których wcześniej nie dostrzegałem, bo nie miałem czasu. Poznałem też lepiej moich synów i moje wnuki. Także pod tym względem – same plusy.

MM: Przechodząc już do utworów z płyty – „Antnówka” to jest gatunek jabłka, a u was pływa w zupie.

Litza: To jest ”Guerinica” tak naprawdę.Na tym obrazie narysowane są różne linie i kropki. Każdy człowiek ma prawo połączyć sobie te kropki, jak chce. Pewien dowcip był początkiem tego utworu. Generalnie chodzi o to, że wiele rzeczy, które planujemy i na które czekamy, nagle zostaje nam sprzątnięte sprzed nosa, a rzeczywistość dodatkowo informuje nas o tym, co straciliśmy. Poszliśmy głębiej, zastanawiając się, co człowiek współczesny traci w największym stopniu. Dla mnie najważniejszym aspektem był atak na słowo. A słowo ma ogromną moc - niesie tożsamość, buduje kulturę, jest łącznikiem, informacją. Ten atak na słowo jest bardzo poważny. Pozwoliłem sobie jednocześnie na stworzenie kilku neologizmów. Zresztą podzieliliśmy się z Hansem w ich tworzeniu. On ma swoje, ja mam swoje. Lubię takie zabawy. Wymyśliłem na przykład: „księgowy szatyn”, a Hans dokończył: „popełnił blond”. Doskonale się rozumiemy, więc takie zabawy zazwyczaj nam wychodzą. Natomiast nie chciałbym za dużo zdradzać, jeśli chodzi o „Antonówkę”, by nie podpowiadać, jak łączyć te kropki. Dla mnie jednak ten atak na człowieka poprzez atak na słowo jest znaczący. W kulturze zachodu słowo jest bardziej logosem, natomiast w kulturze wchodu, czy u braci w wierze ma jeszcze szersze znaczenie.

MM: Słucham jak bronisz słowa i to jest obrona wręcz literacka.

Litza: Bo my od początku jesteśmy zespołem, który uprawia poezję krzyczaną, więc słowo jest dla nas istotne.

MM: Mam wrażenie, że w pierwszej zwrotce „Melisy” Hans się prawie nie mieści we frazie.

Lizta: Hans szybciej śpiewa, niż ja myślę. „Omega” to jest płyta, którą trzeba słuchać z książeczką w ręce, bo wtedy uda się więcej wyłapać.

MM: W „Fetorze Mentora” pojawiają się dźwięki jak z gry komputerowej. Z czego one pochodzą?

Litza: Kmieta przyniósł do studia krótkofalówkę, której Hans na tej płycie bardzo często używa. Zresztą ten zmodyfikowany wokal w paru miejscach też uzyskał dzięki tej krótkofalówce. Jedna była przy mikrofonie, a z oddali mówił przez drugą, jakby chciał sprzedać światu jakąś tajną informację.


MM: Nawiązując do utworu „Rauchen” – czujecie się niewolnikami nałogów?

Litza: Tu akurat chcieliśmy pojechać wszelkie moralizmy, które nigdy człowiekowi nie pomagają w jego słabościach. Sam mam zawsze ze sobą taki ‘odkażacz’. Jeśli ktoś mi mówi, że mam czegoś nie robić, to mi się włącza i robię na przekór. Chodzi o ‘odkażacz’ w sensie ‘odkazania’ mi robienia czegoś.

MM: A czy Hans musiał się przekonywać do twórczości Slayera?

Litza: On siedzi bardziej w muzyce metalowej, a ja bardziej w rapowej od zawsze. To jest taka nieobjawiona prawda o nas.

MM: Pytam, bo powiedziałeś, że tego Slayera słychać na „Omedze” głównie w „Poczekaj na najlepsze”, ale ja go słyszę właściwie na całej płycie i to z różnych okresów. Nawet tego późnego z lat 90, jak chciażby w „Bezkresie”.

Litza: My wielokrotnie czerpaliśmy ze Slayera. „7 Razy” z naszej pierwszej płyty też jest w takim klimacie. Bardzo lubię riffy śp. Jeffa Hannemana. Uważam, że był świetnym gitarzystą. Mam zresztą swoich ulubionych gitarzystów rytmicznych – Scotta Iana z Anthrax, Jamesa Hetfielda z Metalliki, czy Tommy’ego Victora z Prong. Bardziej się oglądam za gitarzystami, niż za dziewczynami i nie spowiadam się z tego (śmiech).

MM: Tę płytę zmiksowałeś na analogowym stole. A czy rejestrowaliście ślady cyfrowo?

Lizta: Mamy nowe studio w Poznaniu. Jestem nie tylko fanem zespołów z lat 90., ale też pewnych producentów np. Andy Wallace’a. Jeśli widziałem na okładce, że produkował daną płytę, kupowałem bez zastanowienia, niezależnie od tego, czy to był Slayer, Fishbone, czy Nirvana. On zawsze pracował na stole SSL 4000 G+ i taki właśnie mamy w naszym studio, z czego jestem bardzo dumny i się cieszę. Tajemnicą tej płyty jest też to, że mieliśmy zrobiony bardzo profesjonalny pierwszy miks przez naszego realizatora, który okazał się za dobry. A my mamy raczej śmierdzieć starymi czasami, niż nowoczesną technologią, bo bardziej do dziadków pasuje to, co było, niż to, co jest. Dlatego drugi miks był bardziej analogowy bez użycia żadnych wtyczek, co bardzo mnie ucieszyło. Moje uszy akurat wyczuwają te wszystkie niuanse pluginowe i cyfrowe, które są tylko symulacją całego smaku. Natomiast kiedyś mieliśmy w Puszczykowie magnetofon Studera, ale obecnie jest to bardzo droga zabawa – na jedną szpulę 30-minutową wchodzą 3-4 utwory. Poza tym nasze studio pracuje też komercyjnie. My korzystaliśmy z przerw w innych sesjach. To już nie te czasy, że zespoły wchodzą do studia i nagrywają w tydzień płyty od początku do końca na taśmę. Studera przekazałem więc Adasiowi Toczce, bo to człowiek, któremu wiele zawdzięczam. Zapis „Omegi” był cyfrowy, ale tor analogowy powoduje, że to brzmienie jest bardzo naturalne.

MM: Pod koniec płyty śpiewasz, że omega to nowy początek – dla was też?

Lizta: Tak, bo każdy dzień jest nowym początkiem.

MM: Dziekuję za rozmowę. 

Foto: Grzegorz Szklarek


Rozmawiał: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load