Wywiady

Maciej Tubis

2022-09-16

Po latach nagrań w większych składach pianista Maciej Tubis zdecydował się na pełnoprawny album solowy. I choć wziął na warsztat kompozycje Krzysztofa Komedy, rozwinął je właściwie we własne, autorskie utwory. O podejściu do twórczości Komedy i zawartości albumu opowiedział mi w poniższej rozmowie.

Rozmowa z: Maciej Tubis

MM: Dotychczasowe nagrania realizowałeś w trio, w duetach, z większymi składami. To pierwsza Twoja stricte solową płyta. Czemu więc na warsztat wziąłeś kompozycje Komedy?

MT: Faktycznie zaczęło się od tego, że zacząłem mieć wizję na brzmienie płyty solowej z autorskimi utworami, jednak takie nagranie powstawałoby jeszcze minimum przez rok. Ale tak się złożyło, że w tym roku obroniłem doktorat z wpływu estetyki muzyki klasycznej na estetykę improwizacji na przykładzie utworów właśnie Komedy i pomyślałem, że takie wydawnictwo byłoby fajną ‘kropka nad i’. Nagrania różnią się dość znacząco w stosunku do tego, co broniłem w Akademii Muzycznej w Łodzi. Głównie ze względu na próbę realizacji tego pomysłu brzmieniowego na pianistykę solową, który siedział mi w głowie. Są to syntezatory i przeróżne dodatkowe efekty, które wspomagają akustyczny fortepian oraz ogólna aura interpretacyjna w podejściu to samej gry. Komeda jest dla mnie jak Chopin. Jeden z nielicznych, który był takim melodykiem oraz romantykiem i przefiltrował jazz amerykański na nasz słowiański język.

MM: Wiem, że masz świadomość, że w ostatnim czasie za interpretację twórczości Komedy wzięli się EABS, czy Wojtek Mazolewski. Tym niemniej wydaje mi się, że tematy, które wziąłeś na warsztat, posłużyły raczej jako punkt wyjścia do stworzenia Twoich własnych interpretacji, a właściwie nowych kompozycji.

MT: Dokładnie tak. Jest to mocna interpretacja, ale jednak ciągle interpretacja tych kompozycji, bo tematy utworów są zachowane i harmonia często też, ale faktycznie aura brzmieniowa jest tak inna, że mamy wrażenie odmiennego stylu. Cieszę się z tego bardzo, bo chciałbym tą płytą wnieść coś nowego, a nie zostać posądzony o kopiowanie gotowych pomysłów. To jest mój pomysł na brzmienie solowe, takiej płyty chciałbym osobiście sam słuchać, taką chciała słuchać moja żona, dla której ta płyta jest zadedykowana. Zdradzę, że czasem to ona zatwierdzała kierunek w jakim mają zabrzmieć te utwory. A dodatkowo… to faktycznie dopiero po nagraniu płyty dotarło do mnie, że podjąłem rękawice z bardzo trudnym tematem jakim jest muzyka Komedy i ilość zrealizowanych już nagrań.

MM: Użycie syntezatorów to pokłosie Twojej działalności z Radkiem Bolewskim?

MT: Tak. Myślę, że pierwsze kroki w duecie podjęte, zachęciły mnie do dalszych eksperymentów. Tam ograniczyłem się do syntezatora basowego, a tutaj używam już pełny analog polifoniczny Sequentiala. Ciekawostka jest taka, że faktycznie jest to moje całkowicie pierwsze zderzenie z tym instrumentem. Tą wizję brzmieniową miałem w głowie, a ujrzała  światło dziennie dopiero podczas samej sesji nagraniowej. To wszystko są praktycznie wyimprowizowane pomysły i aranże.

MM: Dużo robiłeś take'ów podczas rejestracji? Bo kompozycje zagrane są bardzo płynnie.

MT: „Kołysanka Rosemary” to na przykład wszystko pierwsze podejścia. To był wręcz ekstatyczny moment, kiedy wszystko co zagrałem pasowało. Nie mogłem uwierzyć. Ale to jak ona finalnie zabrzmiała (nie planowałem tutaj solo na syntezatorze, ale w trakcie nagrań od razu usłyszałem, że musi się pojawić) oraz jak zabrzmiał utwór „Nim wstanie dzień” spowodowało, że gotowe i poprawne wersje ballad nagrałem ponownie, aby pasowały klimatem do całości płyty. Oznaczało to: mniej, krócej, spokojniej, bo tak zaskakująco energetycznie zabrzmiały dwa wymienione utwory. Kluczowe jest też to, jak niesamowity komfort daje nagrywanie płyty we własnym domowym zaciszu. To był dla mnie gamę changer.


MM: No właśnie - z tej w gruncie rzeczy ballady, jaką jest „Kołysanka Rosemary”, zrobiłeś bardzo żywy utwór.

MT: Tak. I ciut bardziej pozytywny, bo harmonia utworu jest całkowicie zmieniona. Tu trochę jest problem z tym charakterem i ciężarem gatunkowym jazzu, który lubi być w moll i w dysonansie. Chciałem to odczarować trochę.

MM: Wspomniałeś o Chopinie, który od zawsze jest Ci bliski. Wydaje mi się, że ta płyta kończy się chopinowsko, bo w takim stylu zagrałeś "Two Man And A Wardrobe"

MT: Ooo. A mi się wydawało, że jest to najbardziej jazzowy i swingujący numer na tej płycie. Ale jak już wspomnieliśmy, te dwa światy się nie wykluczają, wręcz mają spore zbiory wspólne i takie porównanie cieszy. O tym też dokładnie była moja rozprawa doktorska, w której podobne analogie znalazłem u geniuszy pianistyki jazzowej dzisiejszych czasów takich jak: Keith Jarrett czy Brad Mehldau. Myślę, że jakby Chopin dzisiaj żył, to grałby bardzo podobnie, z syntezatorami na czele (śmiech).

MM: Jak słusznie zauważyłeś, Komeda był melodykiem. Często jednak jego muzyka jest określana jako ciężki, surowy jazz, a postrzegamy go przez nimb pracy przy muzyce do filmów Polańskiego, czy "Astigmatic".

MT: Im bardziej bezkompromisowa twórczość, tym mocniej ona odzwierciedla nas samych. Ta różnorodność jest u Komedy zauważalna i faktycznie przełomowe nagranie ”Astigmatic” należy do tych najbardziej jazzowych. Ale faktycznie to twórczość filmowa uzupełnia i pokazuje całe spektrum charakteru Komedy. Ja będę na koncertach przytaczał utwory z „Astigmatic” - to jest dla nich najlepsze miejsce.

MM: Z kolei z "Le Depart" brzmi w Twoim wydaniu jak recital na 4 ręce

MT: Bo to jest na 4 ręce… Od razu miałem założenie, że płyta będzie produkowana, czyli nie boję się nałożyć kilku ścieżek na siebie, dograć coś później. Dlatego dużo większym wyzwaniem będzie dla mnie zagranie… koncertu. Obecnie intensywnie ćwiczę do trasy koncertowej i oprócz fortepianu faktycznie mam syntezator analogowy, moduł perkusyjny (!) i dodatkowe pedały przy fortepianie. To nogi zastąpią mi dodatkowe ręce!

MM: Widziałem, że grasz już ten materiał na żywo. Zapytam przewrotnie: brakuje Ci rąk podczas grania tego programu?

MT: Niestety tak. Są momenty, kiedy faktycznie jeszcze jedna spokojnie by się przydała i jest taki krzyk rozpaczy w myślach „aaa czym mam to zagrać”. Z tego powodu doszedł pedał ekspresji do syntezatora i zamiast kręcić gałką, mogę to zrobić naciskając pedał (jak pedał gazu w samochodzie), a w utworze „Nim wstanie dzień” faktycznie będę grał lewą nogą miarowe uderzenia stopy perkusyjnej, które wprowadzają ten utwór w rejony muzyki klubowej. Mógłbym po prostu odpalić sampla, jak to dzisiaj się powszechnie robi, ale czy nie byłoby to banalne? (śmiech).

MM: Wspomnieliśmy płytę "Astigmatic". Nie wziąłeś na warsztat żadnej kompozycji z tej płyty. Dlaczego?

MT: Nawet zacząłem nagrywać „Svantetic”, ale okazało się, że czas się skończył. Dosłownie. W przyszłym roku wyjdzie „Komeda : Reflections” na winylu, a tam mamy ograniczenia do 40 minut. Po prostu nie zmieściłoby się i w zamian pojawiło się „Po katastrofie”. Teraz wiem, że te żywiołowe utwory lepiej, żeby funkcjonowały tylko koncertowo. To jest zupełnie inna energia i inny odbiór przy takiej szalonej improwizacji.

MM: Będzie winyl, promujesz  album koncertami. Macie też z Radkiem Bolewskim projekt "Obywatel Jazz" z repertuarem Grzegorza Ciechowskiego w wersji jazzowej. Zarejestrujecie go na płycie?

MT: Tu szukamy wsparcia z zewnątrz. Jeśli się pojawi, to chętnie to uczynimy, ale dla muzyka najważniejsze są koncerty, a tych z tym projektem nie brakuje. Przed nami kilkadziesiąt koncertów tej jesieni w całej Polsce. Myślimy jednak do przodu i szykujemy trzecią autorską płytę na przyszły rok.

MM: Dziękuję za rozmowę. 

Foto: Rafał Masłow


Rozmawiał: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load