Boards of Canada - Inferno

Enigmatyczni mistrzowie elektronicznej hauntologii powracają z pierwszym od 13 lat premierowym materiałem. Czy „Inferno” podtrzymuje ogień ich kultowych albumów?
Kiedy ostatnio czekaliście na premierę albumu muzycznego? Ale tak z utęsknieniem, wpatrując się w okno, pytając – czy oni jeszcze istnieją, czy pracują nad czymkolwiek, czy mam na co czekać, czy są to tylko pobożne życzenia? W przypadku takich zespołów jak Boards of Canada, którzy mało komunikują w przestrzeni publicznej, możliwych scenariuszy jest wiele. A gdy już coś komunikują, jest to enigmatyczne, niejasne, otwarte na interpretacje. Nie inaczej było teraz, gdy zaczęły pojawiać się pierwsze znaki; ale jedno było pewne - ‘It is happening again.’
W cotygodniowym zalewie płytowych premier i ich dostępności często zapominamy jak to jest czekać na album. Mamy tyle muzyki do przetrawienia, że nawet 13 lat milczenia nie jest aż tak dokuczliwe. Cisza na morzu może koić nerwy i budzić niepokój. Są tacy, którzy przesadnie teasują nowy album, przeładowując oczekiwania; są tacy, którzy ‘zatrzymują internet’ wrzucając płytę on-line bez zapowiedzi. W modzie zaczęło być też ukazywanie albumu utwór po utworze. Boards of Canada z kolei stawiają na subtelną intrygę, na końcu której znajduje się skarb.
Ten szkocki duet sygnalizuje nadchodzące wydarzenie wysyłając skrawki obrazów i dźwięków z innego czasu i świata. Cały ten ‘nostalgizm’ w warstwie wizualnej i sonicznej opiera się na emocjach zakorzenionych w minionych czasoprzestrzeniach. Ich przekaz jest jak stare domowe nagranie, które przebija spod innych warstw zapisanych na tej samej taśmie, wypaczonej przez czas, rozmagnesowanej w piwnicy. Są to wspomnienia, które oceniamy inaczej niż wtedy, gdy miały miejsce, a które z czasem blakną i zacierają się, mieszając fakty z osobistą fikcją.
W dorobku Boards of Canada istnieje podział albumów na jasne i ciemne, kojące i niepokojące. Wydany 13 lat temu „Tomorrow’s Harvest” został oceniony jako najmroczniejszy; ale w porównaniu z „Inferno” wypada niczym przedsionek tej bramy. Już samym tytułem i oprawą graficzną nowy album sugeruje wyprawę do serca ciemności. To ‘hakowanie umysłu’ zestawem dźwięków wywołujących konkretne obrazy i emocje. To muzyczna matematyka w ‘Krainie Grzybów’, post-apokaliptyczna kapsuła czasu odnaleziona przez tych, którzy przeżyli.
Słuchając „Inferno” jest dla mnie jasne, że Boards of Canada coraz bardziej skręcają w strefę mroku, a wizje jakie inwokują są zakorzenione w naszych koszmarach. To nadal sen na jawie, pomieszanie rzeczywistości z wybujałą wyobraźnią, kalejdoskopowa wizja w głąb siebie, której echa docierają do nas fragmentami czołówek filmowych, głosem lektorów, kolorami reklam, śmiechem dzieci za oknem. Na „Inferno” wszystko to staje w ogniu przebudzenia i odnalezionego koszmaru; kolorowy sen okazał się kłamstwem, a wspomnienia złudzeniem.
„Inferno” jest być może najbardziej psychodeliczną z dotychczasowych płyt Boards of Canada i najbardziej bezpośrednim pomostem do muzyki ‘lata miłości’ – inspiracją z którą nigdy się nie kryli. Ale w tym przypadku to lato miłości w obozie Dachau; spacer po miejscu o bolesnej przeszłości, która przemawia wizjami groteskowego koszmaru zapisanego śladami na ścianach. „Inferno” nie koi tak jak ich wczesne krążki – to „Krąg”, „Blair Witch Project”, „Stranger Things” i „Piknik pod wiszącą skałą”, gdzie Drugą Stroną okazuje się dziedziniec Jonestown w Gujanie.
Na przestrzeni lat Boards of Canada udowodnili, że ich muzyka uspokaja serca i porządkuje ich świat, dzieląc to co ważne i prawdziwe od tego, co jest iluzją. Dzięki „Inferno” pokazują, nie pierwszy raz, że mają też swoje Upside Down, gdzie panują te same kształty, ale które zamiast blasku rzucają cień. To nie dwa światy, lecz dwie strony tej samej monety; co więcej, brzmienie „Inferno” i jego moc sprawia, że poprzednie ich płyty nie tyle blakną, co nabierają innego, bardziej ponurego wydźwięku. To muzyka dla tych, co lubią gubić się pomiędzy wymiarami.
