Bonnie "Prince" Billy – We Are Together Again

Po niezbyt udanym „The Purple Bird”, Bonnie ‘Prince’ Billy przynosi album, który przywraca wiarę w jego talent i jest najlepszym longplayem, jaki napisał w ostatnich latach.
Nie musieliśmy zbyt długo czekać na nową płytę Willa Oldhama, znanego wszem i wobec jako Bonnie ‘Prince’ Billy. To jeden z nowych ulubieńców alternatywnych melomanów w kraju nad Wisłą, o czym świadczą dwa ubiegłoroczne wyprzedane koncerty w Warszawie. Billy wpadł wtedy do Pardon To Tu, uroczego zakątka na południu Śródmieścia, w którym znajdziemy wegańskie jedzenie, craftowe piwo, niszowe winyle i książki. No i muzykę na żywo, najczęściej jazzową, ale nie tylko; tu grywają ludzie idący niezależną, krętą, nieoświetloną drogą, przeważnie pod górę i na własną rękę. I tacy są też ich słuchacze, wychodzący im naprzeciw.
Pomimo odnalezienia nowej oddanej publiczności, ostatni krążek Bonniego, „The Purple Bird”, nie należał do rękodzieł w pełni udanych. Nadmierna wesołkowatość tego krążka, rzecz niezwykle mnie w muzyce irytująca, nie plasuje go wśród klasyków Oldhama, takich jak „Master and Everyone” czy „I See a Darkness”, ani nawet wśród ukrytych skarbów w stylu „The Letting Go” czy „Beware”. Na całe szczęście Bonnie szybko odgrywa się swoim niedowiarkom, gdyż jego wydane tydzień temu „We Are Together Again” to triumfalny powrót na dobrze znane nam tory, pełne melancholii, poezji i tajemnicy, a jednocześnie spokoju ducha i równowagi tematycznej.
Już sam tytuł nowego krążka wyraża radość z długo wyczekiwanego powrotu. Gdy czytam opinie słuchaczy o tym albumie widzę, że nie jestem w tych odczuciach odosobniony. „We Are Together Again” to najlepsze co Billy nagrał od lat; to płyta, która nie cofa czasu, lecz idzie naprzód – nasz bohater, poddając się swoim życiowym zawijasom, zaszedł na dawne terytoria, ale z nowym bagażem doświadczeń. Cisza i melancholia, gra na ganku sobie a kurczętom, i ta mieszanka ciepła i chłodu, jaką tylko Billy potrafi wykrzesać. Właśnie to jest jego znakiem rozpoznawczym, który sprawia że od tylu lat sięgamy po jego piękne i niezliczone krążki.
„We Are Together Again” jest bardziej spójne, niż „The Purple Bird”, który wydawał się rozrzuconą garścią ciekawostek. Większość z tych nowych kompozycji to ‘błyskawiczne klasyki’, takie jak „(Everybody’s Got a) Friend Named Joe”, „Why is the Lion?”, czy „The Children Are Sick”. Nade wszystko, jest tu jeden numer, który momentalnie chwyta i powala; słuchając go wiem, że Bonnie nie pogubił się w swoich wizjach i pomysłach, tylko nadal potrafi pisać tak, aby brzmienie i słowa zostały w głębi serca słuchacza na długo. Ten kawałek to „Strange Trouble”, a te słowa to esencja tego albumu: change tastes like trouble and trouble tastes like change.
Uwielbiam artystów wydających nowe rzeczy często i regularnie, tak jak Neil Young czy Tom Waits. Bonnie ma do tego talent i moce przerobowe, a jego muzyka otacza się enigmą, która dodaje jej głębi i powabu. Gdy ta enigma znika, muzyka staje się płytka; na szczęście, „We Are Together Again” to powrót na głęboką wodę, pod pozorem gry ciszą i nastrojem, dyskretnym chórem i sekcją smyczkową. Bonnie pod maską wesołka skrywa mistyka i poetę, podobnie jak Mark Kozelek (Sun Kil Moon), Jeff Tweedy (Wilco) czy Kurt Wagner (Lambchop); jest czołowym bardem folku w stylu country i dzięki niemu można poczuć, jak ciekawa potrafi to być muzyka.
JAKUB OŚLAK



