Editors - Surface, Echo & Sound

Oto nowe, zaskakująco intymne i organiczne oblicze Editors, którzy na „Surface, Echo & Sound” odcinają się od elektroniki na rzecz powrotu do surowych, rockowych korzeni.
Trochę musieliśmy poczekać na nową płytę Editors i chociaż 4 lata to nie to samo, co kiedyś, to mam wrażenie, że „Surface, Echo & Sound” i „EBM” dzielą od siebie mile świetlne. Nie chodzi tu o postęp, jaki zespół przez ten czas uczynił; bardziej mam na myśli radykalną woltę brzmienia, kompletny zwrot w tył i powrót do korzeni zespołu, rzecz jasna na zupełnie innych zasadach. Zespół opuścił Benjamin John Power – ten, który był odpowiedzialny za to nowoczesne, elektroniczne, taneczne brzmienie ich ostatniej płyty. Odnoszę wrażenie z tej perspektywy, że pomimo iż „EBM” było udanym, nowoczesnym krążkiem, to nie było to ten kierunek, o jaki chodziło zespołowi u zarania swoich dziejów. Musiał nastąpić reset i okres ciszy – i to jego efekt.
Tom Smith przez ten czas nie próżnował i poświęcił się swojemu solowemu projektowi – opartemu głównie na śpiewie i akustycznej gitarze. I w jakimś stopniu przeniosło się to na jego macierzysty zespół – „Surface, Echo & Sound” jest krążkiem stonowanym, wyciszonym, skupionym, trochę folkowym, akustycznym, a przede wszystkim intymnym. Zespół postawił na tradycyjną metodę nagrywania – nie na producenckie cuda w studiu i programowanie sprzętu, lecz na bycie w jednym pokoju i granie w tym samym czasie. Szkice albumu zostały napisane przez Smitha, ale to cały zespół rozwinął jego pomysły do ostatecznego kształtu. Nawet za produkcję odpowiada osobiście Justin Lockey; zatem wszystko zostało tu w rodzinie.
To właśnie klucz do zrozumienia tego albumu – chęć powrotu do domu z dalekiej podróży. Elektroniczne eksperymenty Editors były udane i prowadziły naprzód, ale widać było wyraźnie, gdzie jest koniec tej przygody. Smith, Lockey i reszta dobrze wybrali moment i wyraz tego powrotu; „Surface, Echo & Sound” nie brzmi bynajmniej jak ich debiut, lecz coś głębszego – wykorzystanie zdobytej wiedzy i doświadczenia dla ponownego rozpoczęcia tej samej przygody, jaka stała u zarania ich wspólnych dziejów. Płyta otwiera się typowym rytmicznym odliczaniem Smitha i jest to bardzo symptomatyczne dla reszty płyty: to nie monumentalna konstrukcja i pionierska koncepcja, lecz powtórne podejście do instrumentów w naszej starej sali prób.
I właśnie z tych prób i podejść zrodziły się takie perełki jak „The Rush”, „Rescue”, „Shadow”, a także „Much Love” i „Seriously”. Zespół nie chce nazywać płyty folkową, ale jak inaczej określić fakt użycia mandoliny niczym gitary prowadzącej? Nawet jeśli nie jest to folk pełną gębą – a nie jest – to z całą pewnością „Surface, Echo & Sound” jest najbardziej organiczną płytą Editors od wielu lat, a kto wie, czy nie od samego początku. To ponowny punkt zwrotny w ich dorobku, bardzo podobny do tego, jaki przeszli przed wydaniem „The Weight of Your Love”. Jest to krążek, dzięki któremu Editors chcą cofnąć się o kilka pól – wrócić z aren do klubów – i jeszcze raz pozwolić dojść do głosu swojemu prawdziwemu ja, które zabrnęło gdzieś pod ścianę.
„Surface, Echo & Sound” to płyta, która z całą pewnością znajdzie dużo zwolenników, jak i przeciwników. Ten, kto pokochał dynamikę, uderzenie i nowoczesność „EBM” czy „Violence”, może być zaskoczony takim obrotem spraw. Z kolei ci, którzy preferują większą ‘prawdziwość’ muzyki rockowej i bardziej tradycyjne jej ujmowanie w kompozycjach, z całą pewnością docenią to zupełnie nowe ‘pochylenie się’ nad instrumentami, reset w zamkniętym studiu bez osób z zewnątrz i przedyskutowanie tego, co zespół określa jako swoje pryncypia twórcze. Właśnie owa prawdziwość to największa siła tego krążka, która nie tyle spodoba się ‘starym’ fanom Editors, ile przyciągnie zupełnie nowych, którzy do tej pory słyszeli w nich zespół jeden z wielu.








