Fontaines D.C. - Dopamine Chamber

Na swojej piątej płycie „Dopamine Chamber” Fontaines D.C., kontynuują formułę z poprzedniego albumu.
Po świetnym przejęciu „Romance” zespół zaczął intensywnie koncertować, dwukrotnie odwiedzając przy okazji także nasz kraj. Cały czas jednak panowie pisali nowe piosenki, jednocześnie powtarzając, że w obrębie alternatywnego rocka z domieszką elektroniki mają jeszcze sporo do powiedzenia. Ponownie też zaangażowali na stanowisku producenta Jamesa Forda. W konsekwencji „Dopamine Chamber” przynosi zestaw piosenek według znanych kilku znanych patentów, które zachowują charakterystyczny dla zespołu vibe.
Rozpoczynające „Six Shot Morning” uderza wyboldowanym sythowym początkiem, a wraz z nim wyłania się mgławicowo-depresyjny głos Griana Chattena, podbity następnie bębnami i basem. W ciągu tych niespełna 5 minut autor tworzy coś na kształt projekcji filmowej obserwowanej z boku. Obrazek to uczuciowy (refren: „Melancholy hearts in emotion filming” raczej nie pozostawia złudzeń) i niepokojący. Pozostawia jednak odbiorcę w jakimś niedopowiedzeniu.
Inaczej rzecz ma się z singlową „Marianne”, która muzycznie jest już bardziej oczywista i przejrzysta. Lirycznie zaś wchodzimy do umysłu tytułowej bohaterki, zmagającej się z wewnętrzną walką i naporem różnych myśli (polecam przy tym obejrzenie barwnego klipu do tego utworu, gdzie ta symbolika jest dość plastycznie ukazana). Lepszego wyboru na utwór pilotujący album panowie nie mogli dokonać. Z kolei „Mimesis” to naznaczona dość tanecznym rytmem opowieść o depresyjnym podłożu na przecięciu przeszłości i teraźniejszości, niosąca jednak pewną nadzieję na samodzielne wyjście z tego stanu. „Happy For You” kontynuuje niejako wątek z poprzednika, a więc zerwania więzi, która była istotnym elementem dawnych czasów. Słychać tu deklarację pogodzenia się z zastanym stanem, natomiast muzycznie po raz pierwszy na wierzch wychodzą tutaj brzmienia gitarowe – udane i nośne, zwłaszcza w refrenie. Gitarowe podglebie zawiera także iście stadionowy „Demolition”. To kawałek rzeczywiście zachęcający do wspólnego śpiewu na temat niepewności związanej z obecnością drugiej osoby i jej uczuć. Ewidentny pewniak koncertowy.
Zaś w wytypowanym na drugiego singla „Tongue”, tekst utworu przesyca dziwne przebodźcowanie. Podany wokalnie trochę jak wyliczanka, wkręca odbiorcę mimowolnie na tle kapitalnie bujającej warstwy muzycznej. To jeden z lepszych instrumentalnie numerów płycie, wytrącający nieco z elektroniczno-alternatywnej mieszanki. Tę zaś dostajemy w oniryczno-filmowym „One Man”, okraszonym deklaratywnym tekstem na temat niedoskonałości i wątpliwości. To tu pojawia się fraza, która nadała tytuł całej płycie. To tu wreszcie słychać umiejętność zespołu w pisaniu snujących się, acz zgrabnie płynących partii instrumentalnych, które nie tak często są przez nich wykorzystywane. Punktem zenitalnym jest jednak „Where Is Gone?”, które poznaliśmy krótko przed premierą płyty. Kompozycja, w której gościnnie udzieliła się ROSALIA, to właściwie ‘pościelówka’ roku. Łagodna, delikatna i subtelna ballada z lekko bondowskimi inklinacjami, ujmuje przyjemną aurą, którą uzupełnia miłosny tekst. Jeszcze jedną dawkę rozterek dostajemy w „You Miss Me”, które podszyte smykami, robią słodko-gorzkie wrażenie. „Japan” wypada dla odmiany trochę mętnie. Nie ma już takiego ładunku jak w poprzednich kompozycjach, tak sonicznie, jak i lirycznie. Ot, wypełniacz. Zwieńczenie przychodzi natomiast wraz „Intimate”, który ze zbliżonym wokalem do tego w „Six Shot Morning” i równie ‘kosmiczną’ warstwą dźwiękową, stanowi pewną klamrę dla całości.
„Dopamine Chamber” to płyta o tkwieniu w zapętleniu własnych uczuć, emocji i myśli w często dopaminowym ciągu. Muzycznie nie czyni rewolucji w uniwersum Fontaines D.C., choć więcej tu ukłonów ku elektronicznym latom 80. oraz muzyce filmowej . Ponownie jednak wydawnictwo zespołu trafnie wpisuje w bieżące, rozdrgane na wielu płaszczyznach czasy.










