Hugo Race Fatalists- I Made It All Up For You

Australijski mistrz muzyki mrocznej i mruczanej uraczył nas swoim kolejnym nowym krążkiem, który w ciemno można ustawić w kolejce do zaszczytnego tytułu płyty roku.
Hugo Race Fatalists - I Made It All Up For You
Hugo Race wydaje płyty szybciej, niż ja je przesłuchuje. Wspominałem już parokrotnie, że cenię sobie płodnych artystów, którzy co chwila coś publikują; można zaryzykować tezę, że wolę ilość od jakości. To znak naszych czasów – artystów jest bez liku, a my posiadamy nieskrępowany dostęp do pełnego ich katalogu. I nic dziwnego, że w tej wysokiej jak nigdy dotąd podaży jakość płyt zwyczajnie nam umyka. Hugo należy do twórczych stachanowców, gdyż zwyczajnie żyje z tego, podobnie jak John Zorn, Aidan Baker, Masami Akita czy Steve Roach. Różnica jest jednak taka, że domeną Race’a jest tradycyjna piosenka, a nie noise, ambient czy awangardowy jazz.
Warto podkreślić, że jakość płyt jakie sygnuje Hugo Race w różnych swoich projektach nie schodzi poniżej pewnego poziomu, który gwarantuje ich obecność w gronie najlepszych płyt roku. Tak było choćby niedawno przy „100 Years”, jednym z najlepszych krążków roku 2024, a także jednej z najciekawszych nowości, jakie w ogóle usłyszałem w ostatnich latach. Czy była ona wymieniona na czyjejkolwiek liście roku? Nie zauważyłem. Czy wciąż jej słucham i przeżywam? To i tak bez znaczenia. Takich diamentów w popiele dnia codziennego jest całe mnóstwo, o czym sympatycy muzyki Hugo wiedzą najlepiej. I właśnie dostają do rąk kolejny.
“I Made It All Up For You” to płyta znacznie żywsza od „100 Years”, mniej eksperymentalna, chociaż nadal pozostająca w typowej dla Hugo strefie mroku. Jak zwykle duży jest tu potencjał filmowy, szczególnie dla wielbicieli kina drogi oraz lynchowskiego oniryzmu. Każda z piosenek to listowna opowieść życiowego wagabundy, przemierzającego świat swoim zdezelowanym Dodgem, z czarną gitarą na tylnym siedzeniu. Race oczarowuje głosem, słowem, dźwiękiem i opowieścią, w której kolejne rozdziały budują napięcie, oczekiwania i rozmarzenie, prowadzące do finałowej eksplozji radości, oczyszczenia i pogodzenia ze światem w „Dream Country Home”.
I Made It All Up For You – wszystko to zmyśliłem, nic tu nie jest prawdą. A mimo to słucha się tego jak prawdy objawionej, gdy Hugo nuci swoje bluesy i wlewa ten klimat prosto w nasze serca. To płyta, która czyni go jeszcze bardziej romantyczną postacią – niezależnego, wędrującego po świeci muzyka, który z Polsce ma swoją stałą wytwórnię, a we Włoszech wierny zastęp muzyków. To ich obecność nadaje tej płycie organicznego ciepła, folkowego kurzu i pokrzepienia serc, jakiego nie zaznamy na „100 Years”. To nie pierwszy raz, gdy Hugo wyraźnie dzieli muzykę na solowe eksperymenty, elektryczność True Spirit, oraz akustyczność Fatalists.
Słuchając takich płyt jak „I Made It All Up For You” czuję się lepszą osobą, bardziej zadowoloną z życia, bardziej oświeconą, pogodzoną ze światem w równowadze między obłędem a nirwaną. To kolejne małe arcydzieło Hugo, które aż prosi się o szerszą widownię. Ale taki już jest jego styl – on lubi siedzieć w półcieniu, tam gdzie dostrzegają go tylko oczy i dusze bezpośrednio zainteresowanych słuchaczy, mimo iż te piosenki stoją otworem dla każdego. A takie numery jak „Against the World”, „I Tread Softly”, “I Collide” czy najlepsze na płycie „The Comet Drops” to ich nagroda – podziękowanie artysty za wierność, lojalność i sprawdzanie co u niego słychać.
JAKUB OŚLAK











