Interpol - This Mirror Weighs A Ton

RecenzjaJakub OślakInterpolPartisan Records2026
Interpol - This Mirror Weighs A Ton

Jedna z najważniejszych ekip fali alternatywnego rocka początku XXI wieku powraca z nowym krążkiem, formalnie w nowym składzie, oraz w zupełnie nowej dynamice.

Nie sądziłem, że kiedykolwiek to stwierdzę – w głębi duszy, szeptem, głośno, czy całkiem publicznie – ale Interpol nagrali piękną płytę. Nie przebojową, porywającą, czy pełną dynamitu, tylko po prostu piękną – cichą, stonowaną, intymną, chociaż nadal zawierającą ten ich firmowy „post-punkowy” chłód. Piszę to w cudzysłowie, gdyż w przypadku eleganckich przystojniaków z Nowego Jorku post-punk jest równie wiarygodny, co heavy metal w wydaniu Nocnego Kochanka.

Interpol to flagowi przedstawiciele gitarowej, indie-alternatywnej fali jaka rozlała się po eterze na początku XXI w., obok The Strokes, Black Rebel Motorcycle Club, Kings of Leon, The White Stripes, etc. Mieli oni to samo zadanie, co grunge dekadę wcześniej – zamieść elektronikę pod dywan, przynieść z powrotem brud, gitary, dym. Interpol czynili to z charakterystycznym obojętnością i motoryką, której korzeni można w istocie doszukać się w brytyjskim post-punku.

O ich sile 20 lat temu świadczy trafność i popularność dwóch albumów – „Antics” oraz „Turn on the Bright Lights”, oraz następne dwie dekady powielania tych samych schematów. Należę do sceptyków tej firmy – uważam, że nawet ich sztandarowe albumy mają krótką datę przydatności do spożycia, a nowe nie wnoszą do tematu nic nowego. Do tego dochodzi fakt, że grają głównie na dużych scenach, na czym traci cała siła ich przekazu. Po prostu wszystko źle i już.

I w takich sytuacjach pojawia się album, który wszystko zmienia. Nie dość, że przynosi coś nowego, stworzonego tymi samymi narzędziami, a jednak nowatorskiego we własnym zakresie, to jeszcze rzucającego lepsze, jaśniejsze światło (żart zamierzony) na całą resztę ich twórczości. Właśnie takim albumem jest „This Mirror Weighs A Ton”, który gra taką samą rolę, co „No Code” u Pearl Jam, a także „Howl” u Black Rebel Motorcycle Club, czy „Pygmalion” u Slowdive.

„This Mirror Weighs A Ton” jest chwilą oddechu, zatrzymaniem, płytą po dobroci, a nie po groźbie. Chociaż nie zawiera stricte ballad, jest w oczywisty sposób wolniejsza od reszty, melancholijna, poszukująca dźwięków, zachęcająca do przemyśleń i zamykania oczu. Być może w Interpol nastąpiła nowa równowaga, gdy Brad Truax i Brandon Curtis zostali oficjalnie przyjęci do zespołu, a w studiu działają nowe czary Andrew Wyatta i Dave’a Fridmanna.

„This Mirror Weighs A Ton” wynagradza każde kolejne przesłuchanie nowymi światłocieniami, a to smyków, a to sekcji dętej, a to elektroniki. Płycie nie brakuje dynamiki, ale nie ona jest tu najważniejsza. Jej sensem jest to pochylenie nad instrumentami, nieśmiałe detale, dyskretne akcenty, słowa niesione nie krzykiem, lecz półszeptem, bardziej do siebie niż do tłumu. To nastrój takich numerów jak „So Rides the Reindeer”, gdzieś na cienkiej granicy ciszy i burzy.

Grzechem poprzednich płyt Interpolu była nudnawość i jednolitość; słyszałeś jedną – słyszałeś wszystkie. Tutaj klątwa pryska; nie dość, że numery są świetne indywidualnie i w kombinacji, to jeszcze najlepsze jest zostawione na koniec. Trzy ostatnie kawałki, czyli „Enemy” / „Bird and the Serpent” / „Sudden” to ten sam efekt, co „Twenty Four Hours” / „The Eternal” / „Decades” na płycie „Closer” Joy Division. Schodzenie w ciszę, wieczny sen, koniec będący początkiem.

Interpol zyskali dzięki „This Mirror Weighs A Ton” dużo więcej, niż kiedykolwiek mieli u mnie wcześniej. Nigdy nie byłem ich fanem, ani nawet doraźnym sympatykiem; doceniając elegancję i rzemiosło, ubolewałem nad powtarzalnością i jednolitością. Z nimi jest jak z Pixies – byli legendami swojej chwili, ale czas obnażył jak boleśnie są nudni. Tymczasem ten krążek udowadnia, że ich sukces nie był dziełem przypadku, oraz otwiera przed nimi nowe momentum.

Powiązane materiały