Iommi - From The Dark

RecenzjaMaciej MajewskiIommiBMG2026
Iommi - From The Dark

“From The Dark” to pierwszy solowy album Tony’ego Iommiego od ponad 2 dekad.

Płyta ukazuje się w specyficznym momencie, bowiem to pierwsze wydawnictwo Iommiego po śmierci Ozzy'ego Osbourne'a. I choć w ostatnim roku wiele rzeczy koncentrowało wokół ostatniego koncertu Black Sabbath i Ozzy'ego w Birmingham (film “Back To The Beginning” będący zapisem tego wydarzenia właśnie wchodzi do kin), nie przeszkodziło to bogowi riffów w przygotowaniu nowego materiału. Początkowo “From The Dark” miała być instrumentalna. Ostatecznie Iommi postanowił jednak nagrać album z pełnoprawnym zespołem, w skład którego weszli wokalista Jørn Lande, basistka Becky Baldwin oraz perkusista Karl Brazil. I o ile wybór sekcji rytmicznej nie budzi większych zastrzeżeń, o tyle wybór Landego wydaje się dość zaskakujący. Wokalista znany chociażby z The Masterplan, ma bowiem korzenie powermetalowe, a jego wokal - predylekcje symfoniczne. Co więcej - Iommi pozostawił mu także wolną rękę w kwestii tekstów. Te nie są może zbyt optymistyczne, aczkolwiek w wykonaniu Jørna, wypadają raczej poprawnie.

Otwierający “Over The Violent Sun” to przede wszystkim udany riff gospodarza - prosty, ociężały i solidny, który pod koniec przechodzi także w świetne solo. Z kolei głos Landego brzmi tu siłowo i patetycznie. Wokalista po swojemu ‘rozgaszcza’ się w warstwie muzycznej, tyle, że jego wokal nie ma do niej proporcjonalnego ciężaru. I tak jest właściwie na całej płycie. Z kolei w wolniejszym “Black Times” Iommi przypomina, czemu uznawany jest za protoplastę doom metalu. Numer toczy się jak walec, zaś Lande, próbując się dostosować, na zmianę łka i ponownie się ze sobą siłuje… Natomiast znany z pierwszego singla “World Alone”, to bodaj najsłabszy numer na płycie. Naznaczony dość standardowym riffem, ma i takąż formułę rytmiczną, zaś wokal tym razem pasuje jak ulał. Świetne wrażenie robi posępne “Beyond The Dead”, którego nie psuje nawet zbyt melodyjny refren, gdzie Jørn śpiewa w rejestrach power balladowych. Z kolei epicki “Stormwatcher” to wręcz wymarzony numer dla estetyki Landego, gdyby nie to, że wokal jest tu przecedzony artykulacyjnie. Momentami ciężko bowiem zrozumieć, o czym wokalista śpiewa… Obłędne wypada natomiast “Dead Wake” z gościnnym udziałem Briana Maya. Wieloletni przyjaciel Iommiego dołożył tutaj swoją partię, dzięki czemu riff prowadzący jest tu kapitalnie ‘wykręcony’. Lande tym razem nie przeszkadza (nawet jeśli udaje Davida Coverdale'a), a jego głos stanowi tu raczej opcję sprzyjającą kompozycji. Jeszcze jeden solidny dowód kunsztu gospodarza, to “Return Of The Arbalist” - zwarty, zagrany z polotem tak przez lidera, jak i przez wtórującą mu sekcję rytmiczną i wokalistę. Jednocześnie Iommi dostarcza tu najzgrabniejsze solo z całej płyty. Wieńczy ją natomiast długi “Legacy” - sunący powoli, apokaliptyczny, ‘ostateczny’. To esencja albumu. Tak muzycznie, jak i emocjonalnie. Kwintesencja stylu, który Iommi stworzył i któremu na przestrzeni dekad hołdował zarówno w Black Sabbath, jak i w innych projektach.

Od Tony’ego Iommiego nie trzeba już niczego wymagać. “From The Dark” to płyta niewymuszona, nagrana przez piewcę z ogromnym doświadczeniem i niepodważalnym dorobkiem, nawet jeśli z nierównym wykonawczo składem. Najbliżej jej do stylu, jaki proponował w grupie Heaven & Hell z nieodżałowanym Ronniem Jamesem Dio, gdzie monumentalny heavy metal błyszczał solidnością i ciężarem. Jeśli “From The Dark” ma stanowić domknięcie dorobku boga riffów, to doprawdy jest ono godne.

Powiązane materiały