Lyrre - Nothing Is Promised

RecenzjaEwelina MarekLyrreNuemo2026
Lyrre - Nothing Is Promised

Nie każdy zespół potrafi odnaleźć własny język, zwłaszcza gdy opiera swoje brzmienie na instrumencie kojarzonym raczej z dawną historią niż ze współczesnym metalem. Lyrre należy do wąskiej grupy artystów, którzy z niezwykłą swobodą wykreowali własną tożsamość, łącząc eteryczne piękno liry z rockową energią i potężną siłą gitarowych kompozycji.

Drugi album krakowskiej grupy, „Nothing Is Promised”, pokazuje, że w ich muzyce zupełnie nie chodzi o granie według cudzych zasad. Kwartet tworzony przez Michalinę Malisz Martuś, Piotra Martusia, Miłosza Buśkę i Tomasza Młócińskiego na przekór trendom konsekwentnie buduje własne, bardzo unikalne uniwersum i to dosłownie, od początku. Tytułowy „Nothing Is Promised” otwiera album jak rytuał i z miejsca wciąga w pulsujący, efemeryczny świat, gdzie lira korbowa wita gości swoim wdziękiem, a wokal Michaliny wprowadza narrację spokojnie, ale z wyraźnym napięciem pod skórą. Gdy wchodzą gitary, brzmienie się zagęszcza, lecz nie traci przestrzeni, tylko zmienia jej ciężar. Jest już baśniowo.

„Still Human” rozwija ten kierunek w bardziej przystępnej formie, łącząc metalową podstawę z melodyjną linią liry i czytelnym refrenem, który szybko zapada w pamięć. To solidny, dobrze wyważony moment płyty. „Orchard” podnosi stawkę. Robi się ciaśniej, bardziej dramatycznie i odważniej. Zespół wyraźniej gra emocją, a napięcie zaczyna prowadzić całą konstrukcję. „Eos” wprowadza miękkość i zachwycającą oniryczność, ale bez utraty kontroli. Wokal płynie spokojniej, a lira staje się równorzędnym głosem w tej bardziej eterycznej przestrzeni, gdzie wszystko działa na granicy ciszy i narastania. „Ephemeral” ma w sobie filmowy oddech i refleksyjny ton, jakby zawieszał czas. Chwilę później jednak muzyka odzyskuje ciężar, choć robi to subtelniej i dojrzalej niż wcześniej. „The Well” momentami odsłania najbardziej intensywne fragmenty albumu. Tu zespół pokazuje pełnię siły, wchodząc w rejony bliskie progmetalowej ekspresji. „Oracle” zamyka całość szerokim, niemal sakralnym ukłonem. Zamiast podsumowania dostajemy domknięcie podróży, które zostawia spójne wrażenie zdominowane przez niedosyt już nie tylko lirniczych melodii, ale całego wszechświata napisanego przez Lyrre.

Wciąż jednak największą siłą „Nothing Is Promised” pozostaje konsekwencja wizji, w której głównym bohaterem jest zagadkowy, średniowieczny instrument. To sprawia, że grupa Lyrre nie jest kolejnym, metalowym zespołem ale bardzo intrygującym zjawiskiem, które warto odkryć.

Powiązane materiały