Melvins & Napalm Death - Savage Imperial Death March

Dwie legendarne firmy muzyki alternatywnej spotykają się wreszcie w studio, aby po udanej wspólnej trasie koncertowej razem nagrać album-petardę.
Lepiej późno, niż wcale: Melvins i Napalm Death nagrywają nowy album jako jeden zespół. Te dwie ekipy łączy tak wiele, że aż dziw bierze, że do tej pory nie wpadli na siebie. W muzyce rockowej istnieje odwieczny problem ego – tego kto w zespole jest pierwszym samcem i gra pierwsze skrzypce. Przecież to właśnie od tego rozlatują się wszystkie bandy, postępuje rotacja muzyków, a pogniewany frontman i gitarzysta prowadzący odchodzą z fochem lub są wyrzucani z hukiem. Kolaboracje z kimkolwiek ani im w głowie, no chyba że będą grać to, co on im napisze.
Melvins i Napalm to nie dotyczy, albowiem u nich kwestia ego jest schowana, jeśli kiedykolwiek miała miejsce; oba te zespoły, przynajmniej pozornie, od zawsze stały w opozycji do wszelkich mainstreamowych klisz rock’n’rolla, będąc pionierami ciężkiej alternatywy po swoich stronach Atlantyku. Obok kawalkady muzyków studyjnych i scenicznych, obie ekipy mają swój rdzeń – i to on odpowiada za tę kolaborację: Shane Embury, Barney Greenway i John Cooke ze strony Napalm Death, oraz rzecz jasna Buzz Osborne i Dale Crover, oraz Toshi Kasai ze strony Melvins.
Być może to porządek ambicji artystycznych, wieloletni szacunek, zgodny przepis na muzykę i filozofia sceniczna, ale Melvins i Napalm brzmią tak, jakby grali razem od dawna. Może to efekt długich podchodów, oraz wspólnej trasy koncertowej, ale na „Savage Imperial Death March” słychać jest harmonię tych ekip, bez czyjejkolwiek dominacji. To ważne, gdyż dzięki temu ten projekt odnajduje coś nowego, tożsamego i logicznego, acz do tej pory ukrytego, czekającego na właściwy moment. Coś, co mogło ukazać się tylko wtedy, gdy wszyscy są na to gotowi.
Na „Savage Imperial Death March” nie słyszę ani Napalmu, ani Melvinsów. Słyszę coś idealnie pomiędzy, ale o kilka kroków naprzód. Jest ostro, ciężko, hałaśliwie i niezbyt serio; jest to natchnione, szalone, doświadczalne i zharmonizowane. Napalm są synonimem grindcore’u, a Melvins sludge’a – i owszem, elementy tych gatunków w naturalny sposób są tu słyszalne. Ale „Savage Imperial Death March” jako całość to awangardowy rock-metal, wypadkowa niezwykłych osobowości autorów, dla których najwłaściwszym miejscem jest wytwórnia Ipecac.
Być może tym kluczowym elementem, który spaja to i nadaje kierunku jest Toshi Kasai, który gra na klawiszach (ukłon do Van Halen na sam koniec), oraz wspiera produkcję. To jego obecność sprawia, że całość nie brzmi jak jam-session dwóch firm, które przypadkowo spotkały się w jednym miejscu, ani też sprokurowanych na posiedzeniach zarządów kuriozalnych produkcji w stylu „Lulu” Metalliki i Lou Reeda. „Savage Imperial Death March” jest rzeczą nieprzypadkową, dobrze rozplanowaną i wykonaną, definicją pojęcie chemii w grupie muzyków-weteranów.
Warto zauważyć, że wydanie tego krążka przez Ipecac poprzedziła jego cicha premiera w ubiegłym roku. Wówczas był to krążek ‘tylko dla fanów’, limitowany, sprzedawany na merchu. Odzew był jednak na tyle pozytywny, że dopracowano i rozwinięto ten materiał. Aż dziw bierze, ile jeszcze takich skarbów istnieje, niewidocznych dla zwykłych słuchaczy. To temat dla tych, którzy lubią muzykę spod znaku Ipecac, taką jak Fantomas, Tomahawk, w zasadzie wszystko za co odpowiada Osborne, Patton, i inni śmiałkowie wychodzący po ramy kwadratury koła.
