Richard Barbieri - Hauntings

RecenzjaRichard BarbieriKScope2026
Richard Barbieri - Hauntings

Niestrudzony, wszechstronny klawiszowiec Richard Barbieri wykorzystuje kolejny moment pozornej ciszy w obozie Porcupine Tree, aby uraczyć nas nowym, solowym albumem.

Muzyczny dorobek Richarda Barbieri można podzielić na trzy okresy: stabilną przeszłość (Japan), przerywaną teraźniejszość (Porcupine Tree), oraz ciągle zmieniającą się przyszłość (projekty solowe). Jak każdy klawiszowiec rockowy, tak i Barbieri musiał w pewnym momencie zacząć wydawać płyty pod własnym nazwiskiem. Jego pomysły przestały się w pewnym momencie mieścić w artystycznych okowach jego macierzystych formacji, a szuflada pełna inspiracji aż prosiła się o niezależne wykorzystanie. A to, że Richard nosi na karku kreatywną głowę pełną niespodzianek, po raz kolejny udowadnia jego nowy, fascynujący krążek.

Warto zacząć od tego, że Barbieri pozornie nie ma jednoznacznie sprecyzowanego stylu solowego, a jego kolejne płyty de facto nabierają wyrazu od twórczych osobowości kolejnych gości muzycznych, jakich na nich spotykamy. To także dowód jego osłuchania i wyraz twórczego eklektyzmu, jakim niewątpliwie odznaczają się jego kolejne krążki. I właśnie to jest sednem jego stylu – to ten progresywny ambient, w obrębie którego nic się nie powtarza, a jednocześnie dokądś nas prowadzi. Muzyka Richarda to muzyka snu – ale nie w znaczeniu lynchowskim, lecz kalejdoskopowym – czyli takim, w którym nie sposób jest powrócić do poprzedniego kształtu.

Nie po raz pierwszy Barbieri udowadnia, że nosi w głowie dźwięki z wielu parafii. I o ile płyty nadmiernie eklektyczne mnie denerwują, o tyle tu owej różnorodności jest w sam raz. Już sam tytuł płyty Hauntings daje poczucie, że rozmawiamy o rzeczach nagłych, często irracjonalnych, które autorowi po prostu się przydarzyły, które dźwięczały mu w głowie, a które musiał w pewnym momencie nagrać na taśmę – i w ten sposób wywabić je z myśli. Efekt może wydawać się niepoukładany, irracjonalny, nielogiczny, nad wyraz kombinowany i bez konkretnego celu – ale na tym właśnie polega dźwiękowy egzorcyzm, czy jak kto woli, pozbycie się garmonbozji.

Słuchając "Hauntings" mogę zgadywać, co inspirowało Richarda w kolejnych jej momentach, czego słuchał, gdy nawiedziła go ta czy inna myśl twórcza. Barbieri komponuje tak, jakby przekładał myśli na taśmę w niemal nieobronionej formie – a jego utwory często przypominają strumień świadomości, jak to już tradycyjnie bywa we śnie. Nie ma tu jednego motywu, nie przebywamy w jednym pomieszczeniu, a za każdym obróceniem głowy i kalejdoskopu zmieniają się barwy, dźwięki i kształty. To niezwykły talent i wyczucie muzyczne, dzięki któremu w moim odczuciu Richard doskonale odnalazłby się chociażby w szeregach The Legendary Pink Dots.

"Hauntings" to płyta, której można słuchać raz po raz i ani trochę jej nie zgłębić. To żonglerka instrumentami w zwolnionym tempie, od klawiszy do sampli, od trąbki do basu, od głosów do perkusji. Wspominałem ‘progresywny ambient’ i tak też jest – to tło rozlewa się po podłodze, rozsiewa zakłócenia jak Aphex Twin i halucynuje jak Biosphere. To future jazz, abstrakcje na ścianie i sylwetki muzyków, którzy zeń się wyłaniają. To wreszcie jego twórczy przyjaciele i liderzy – David Sylvian i Steven Wilson. Tradycyjnie, nie wyróżniam żadnego z tytułów, gdyż te są tylko formalnością, umownym podziałem podróży, która kończy się nagłym przebudzeniem.

JAKUB OŚLAK

Powiązane materiały