The Afghan Whigs - Soft Control

Na 40-lecie działalności scenicznej, The Afghan Whigs ukazują światu nowy krążek, który nie powinien być dla fanów zespołu jakimkolwiek zaskoczeniem. Czy to dobrze, czy źle?
Wszystko, co słyszeliście o nowej płycie The Afghan Whigs jest prawdą. To mocna propozycja, solidne jak skała 10 numerów, które przez 37 minut przypominają o wartości, jaką jest sztandarowy zespół Grega Dulli. Afghani obchodzą w tym roku swoje 40-lecie, co oznacza, tak dla punktu odniesienia, że działają z przerwami dwa razy dłużej, niż działało Queen z Freddiem. Ja w swoim życiu posługuję się taką miarą upływu czasu: 1 queen, czyli 20 lat. Jeśli jakiś zespół działa krócej niż 1 queen to jest jeszcze młody; jeśli dłużej, to jest już skamieliną. To oczywiście żart; wiadomo bowiem, że wtedy czas płynął wolniej; zatem, te 40 lat się tak naprawdę nie liczy.
„Soft Control” to świetny krążek, który z powodzeniem posłuży za pożywkę dla tych, którzy lubią mocne alternatywne uderzenie w godzinach szczytu, przedostając się autem z domu do biura i z powrotem. To idealny materiał dla stacji, które twierdzą, że serwują rockową alternatywę, a tak naprawdę pompują ten sam mainstream co każdy. To inteligentny gotowiec dla tych, którzy nie lubią filozofować przy słuchaniu muzyki, dla których liczy się to, czy dane numery kopią prądem (lub czy wzruszają) i czy będą brzmieć dobrze pod sceną, gdy zespół łaskawie wróci do Polski po prawie 10 latach. Na to wszystko odpowiedź jest twierdząca. Tylko tyle, czy aż tyle?
Ostatnie dwa albumy The Afghan Whigs, czyli „In Spades” i „How Do You Burn?” udowodniły, że powinniśmy ich stawiać w tej samej kategorii co Queens of the Stone Age czy Jack White, czyli alternatywy z przesterem i powabem vintage; do pokotłowania się pod sceną i do pomyślenia nad nią. To kategoria idealnie wpół drogi pomiędzy AC/DC a Radiohead, czyli złoty środek dla słuchaczy szukających wiarygodnych treści we współczesnym, często zbyt przekombinowanym, a czasem naiwnie powielającym wytarte schematy brzmieniu rocka. A wszelkie ubytki i tak zostaną wypełnione charyzmą Grega Dulli, gdyż tak naprawdę to jego świat i jego zasady.
Czy sięgając po kolejną wyczekaną płytę tej osobistości, nie liczyliśmy na coś więcej, niż tylko 10 dobrych (poprawnych?) numerów? Słuchając niektórych z nich można bezbłędnie wskazać, w którym momencie publiczność będzie zachęcana do wtórowania oklaskami. Gdy nadchodzi nowa muzyka od Josha Homme czy Jacka White’a można z góry założyć, że będzie ona dynamiczna i bujająca, ale czerpana i nieoczywista. Dulli też tak potrafi; tu jednak przemawia przez niego kalifornijski hedonizm. „Soft Control” pod kątem innowacyjności zdobywa tyle samo punktów co Foo Fighters, po czym zostaje im już tylko pojedynek osobowości frontmanów.
Od kiedy The Afghan Whigs wrócili do czynnej działalności, ich nowe wydawnictwa brzmią świeżo, inspirująco, dynamicznie, dając słuchaczom ten jakże potrzebny kopniak. „Soft Control” też takie jest; to dobra bateryjka do wywołania uśmiechu i chęci poruszania się w rytm muzyki. Te numery zostają w uszach. Czy jednak będzie to krążek, który będziemy wspominać za 10 lat, przygotowując ranking najlepszych płyt lat dwudziestych? Czy takie numery jak „My Lover” czy „House of I” doskonale sprawdzą się na żywo? Czy o to chodzi w płytach rockowych, aby stanowiły materiał marketingowy i program lojalnościowy do kupna biletów koncertowych?









