The Rolling Stones - Foreign Tongues

Dwudziesty piąty studyjny album The Rolling Stones nosi tytuł “Foreign Tongues” i powstał niejako z rozpędu po wydanym przed trzema laty “Hackney Diamonds”.
Okazuje się, że ówczesnego materiału było na tyle dużo, że poprzednie wydawnictwo mogło pierwotnie ukazać się jako album podwójny. Ostatecznie do tego nie doszło, lecz nie oznacza to że “Foreign Tongues” to odrzuty. Ale po kolei.
Ponownie za sterami producenta usiadł Andrew Watt. I powiem szczerze, że zacząłem się zastanawiać, czy po płycie Paula McCartneya jego praca rzeczywiście służy danym artystom. Materiał zebrany na “Foreign Tongues” ma bowiem wyraźny sznyt koncertowy, a co za tym idzie - mało klarowne brzmienie. Otwierające, znane z pierwszego singla “Rough And Twisted”, to naznaczony chicagowskim bluesem typowy stonesowy groove. Nie ma takiej zadziorności, jak pamiętny “Angry” z poprzednika, ale trafnie wprowadza w całość płyty tak stylistycznie, jak i wykonawczo. Z kolei “In The Stars” (który ukazał się w maju równocześnie z “Rough And Twisted") ma nieco inne zabarwianie. To utwór z grupy ‘Pop-Stones’ jak “Start Me Up”, czy “Saint Of Me” - niby wszystkie elementy stylu grupy są zachowane (nawet pod koniec wjeżdża solówka gitarowa), ale całościowo jest to dość gładkie, co dodatkowo podkreśla gospelowe zawodzenie w refrenie.
A skoro jesteśmy przy popie, to takiego ‘chwytaka’ jak “Jealous Lover” w wykonaniu Stonesów nie słyszałem od ponad dwóch dekad i “Biggest Mistake” z płyty “A Bigger Bang”. Tak naprawdę w pełne obroty płyta wpada w “Mr Charm”, które ma w sobie coś z wibracji… “Love Shack” The B52's (frazowanie w refrenie, którego słowa: ”Life's too short for just making money/Show me how to spend it, honey” akurat średnio do zespołu pasują…). Dodatkowe chórki zaśpiewała w nim Naarai Jacobs - wokalistka znana ze współpracy z Beyonce. Jej barwa przypomina nieco tę należącą do Lisy Fisher - wieloletniej chórzystki Stonesów. Świetnie wypada także “Divine Intervention” - typowy pulsujący stonesowy rock and roll z ładnie ‘zaokrąglonym’ refrenem, który zdaje się być idealnym numer na trasę. Jest też coś w klimacie południowym - “Ringing Hollow” to zabarwiona szczyptą country przyjemnie płynąca i nieco knajpianie podana ‘opowieść relacyjna’.
Ale największe zaskoczenie w tym zestawie robi “Never Wanna Lose You”, nawiązujące do flirtu Stonesów z estetyką disco sprzed ponad pięciu dekad. Utwór napisany przez Micka Jaggera i jego stałego współpracownika Matt Clifforda (przy oczywistym współudziale Keitha Richardsa) zebrał jednocześnie ciekawych gości, bo i Roberta Smitha z The Cure(!!), który oprócz głosu w chórkach dołożył brzmienie syntezatora oraz odrobinę gitary; Steve'a Winwooda, który zagrał na Rhodesie oraz Bruno Marsa, który dodał dźwięki… krowiego dzwonka. Nie ma tu vibe'u “Miss You”, ale jest bardzo zgrabny rytm perkusyjny (nie tylko zapodany przez Steve'a Jordana bębnach, ale i przez samego Jaggera!) W konsekwencji i mimo dość osobistego wydźwięku tekstu - wyszedł numer imprezowo-taneczny.
Natomiast utworem, który ewidentnie wybija się ponad resztę zawartości “Foreign Tongues” jest “Hit Me In The Head”. Ten niespełna trzyminutowy kawałek - rwisty, energetyczny i podszyty odrobiną boogie, a przede wszystkim - bębnami nieodżałowanego Charliego Wattsa, stanowi jeden z najlepszych fragmentów albumu i mógłby znaleźć się w koncertowym repertuarze zespołu. Z kolei spokojnie zespół mógł sobie darować nagrywanie coveru Amy Winehouse pod postacią “You Know I'm No Good”. Stonesi przez lata przyzwyczaili nas do mistrzowskich interpretacji bluesa, natomiast wytrącili sporo jego oryginalnej, uwodzicielskiej atmosfery. Tradycją na płytach zespołu jest przynajmniej jedna kompozycja zaśpiewana przez Keitha Richardsa. “Some Of Us” nie ma jednak urzekającej refleksyjności “Tell Me Straight” z “Hackney Diamonds”, a okazuje się zwykłą stonesową spokojną kompozycją (mimo, że w refrenie w chórkach wtrąca się niepotrzebnie Jagger).
Ostatnia część płyty jest jednak bardzo nierówna. Kwadratowy “Covered In You” brzmi trochę jakby zespół wybrał na płytę niewłaściwy take tego utworu. Mick Jagger wije się tu wokalnie, próbując siłowo udowodnić swoje umiejętności. Szkoda jedynie, że partia basu, którą nagrał tu Paul McCartney, niknie gdzieś w aranżu (na rzecz solówki na harmonijny ustnej). Z kolei podnóżkowe “Side Effects” nagrano chyba jako radiowy wypełniacz. Kompletnie zanika tu konsystencja muzyczna Stonesów na rzecz… No właśnie czego? Gdyby album zamknął się na “Back In Your Life” - uroczej i momentami przejmującej balladzie (z udaną solówką gitarową Ronniego Wooda), to byłoby to całkiem przyjemne zwieńczenie. Jednak wzorem poprzedniej płyty zespół dołożył na koniec cover jednego ze swoich mistrzów. Padło na “Beautiful Delilah” Chucka Berry'ego, które w interpretacji Stonesów ma mniej filuterności oryginału, a więcej zadziorności rodem z Delty Missisipi.
“Foreign Tongues” brakuje wyważenia, a przede wszystkim selekcji brzmienia. To, co było siłą “Hackney Diamonds”, tu zostało przykryte. Mam wrażenie, że Andrew Watt produkował ten album na jedno kopyto i zamiast wyostrzyć niuanse muzyczne Stonesów, niepotrzebnie je wymieszał. Co ciekawe - jest to materiał utrzymany w dość koncertowym duchu, który póki co nie będzie prezentowany na żywo. Pozostaje zatem jedynie czekać na konsensus w tej kwestii w szeregach zespołu.








