Atom String Quartet

"Atom Goes Funky" to już jedenasta płyta Atom String Quartet. Jak mówią muzycy zespołu, jest to podróż do wyjątkowej epoki polskiej muzyki lat 70. i 80., w której jazz spotykał się z funkiem, brzmieniem nowych, często elektrycznych instrumentów i niepowtarzalną atmosferą kraju zza żelaznej kurtyny, stojącego u progu wielkich przemian społecznych i politycznych. Wiolonczelista Krzysztof Lenczowski opowiedział nam między innymi o wyzwaniach jakie stanęły przed kwartetem podczas prac nad albumem oraz trudnościach związanych z doborem utworów.
GS: Jak narodził się pomysł, aby nagrać album z muzyką funky?
KL: Jako Atom String Quartet uważamy, że funk gramy po prostu lepiej niż muzykę osadzoną w amerykańskim swingu. To jest punkt wyjścia. Kiedy szesnaście lat temu zakładaliśmy zespół, od początku było tak, że nasze najmocniejsze koncertowe momenty stanowiły właśnie utwory funkowe – w większości autorskie.
Mamy ogromny szacunek dla grania w duchu post-coltrane'owskim, ale jednocześnie cały czas wydaje nam się, że nie potrafimy robić tego tak dobrze, jak byśmy chcieli. Natomiast estetyka funkowa jest nam znacznie bliższa. Być może dlatego, że opiera się na innym rodzaju synkopy – bardziej „kwadratowej”, mocno osadzonej na ćwierćnutach. To jest odpowiedź na poziomie czysto muzycznym.
Jest jeszcze drugi aspekt. To nasza trzecia płyta wydana we współpracy z Warnerem i jednocześnie zwieńczenie kontraktu z tą wytwórnią. Najpierw ukazało się „Universum”, czyli album z naszą autorską muzyką i czterema dużymi kwartetami smyczkowymi. Później nagraliśmy płytę z kolędami w opracowaniach Witolda Lutosławskiego. Szukaliśmy wtedy pomysłu na zimowy repertuar koncertowy, bo przez wiele lat okres od grudnia do lutego oznaczał dla nas najwyżej jeden koncert. Chcieliśmy znaleźć klucz, który pozwoliłby nam sięgnąć po kolędy bez poczucia, że robimy to wyłącznie z okazji Świąt.
Wracając do funku – od początku był pomysł, aby jedna z tych trzech płyt ukazała się w serii Polish Jazz, ponieważ Warner posiada prawa do tych nagrań. Kończymy więc współpracę z wytwórnią wydawnictwem, które uważam za naprawdę ważne. Dużo koncertujemy za granicą i kiedy opowiadamy, że za żelazną kurtyną rozwijał się nie tylko znakomity jazz, ale również świetny funk, wielu ludzi reaguje zaskoczeniem. Polskie nagrania jazzowe z tamtego okresu są kultowe, choć często nie mają aż takiej siły brzmieniowej. Tymczasem niektóre nagrania funkowe zrealizowane w naszym kraju naprawdę robią ogromne wrażenie – choćby muzyka Orkiestry Rozrywkowej Polskiego Radia w Poznaniu czy orkiestry Jerzego Miliana.
GS: Ale nie korciło Was, żeby zamieścić na tej płycie również coś zagranicznego?
KL: Początkowo album miał się nazywać po prostu „Polish Funk”. Wytwórnia zwróciła nam jednak uwagę, że taki tytuł zbyt mocno kojarzyłby się z istniejącą serią wydawniczą należącą do Warnera. Muszę przyznać, że mieli rację. Dzisiaj, kiedy wpiszesz w wyszukiwarkę „Atom Goes Funky”, od razu trafiasz na naszą płytę.
Na etapie selekcji mieliśmy około pięćdziesięciu polskich utworów, z których ostatecznie wybraliśmy piętnaście. Gdybyśmy zaczęli jeszcze dodawać repertuar zagraniczny, materiał zrobiłby się po prostu zbyt obszerny. Rzeczywiście w tytule nie ma słowa „Polish”, ale wydaje mi się, że skoro album ukazał się w serii Polish Jazz, to dla słuchaczy jest jasne, że chodzi o polski repertuar.
GS: Według jakiego klucza dobraliście kompozycje? Niektóre kompozycje są dosyć zaskakujące, jak choćby Perfect na koniec….
KL: Kiedy zaczęliśmy rozmawiać o funku, szybko okazało się, że – jak w przypadku wielu gatunków muzycznych – bardzo trudno go jednoznacznie zdefiniować. Każdy z nas rozumiał go trochę inaczej. Ty zwróciłeś uwagę na „Ale wkoło jest wesoło”, a ja wskazałbym raczej „Coś specjalnego” Novi Singers. Dla mnie ten utwór idealnie oddaje klimat, który chcieliśmy osiągnąć. To trochę tak, jakby przenieść świat filmu "Once Upon a Time in Hollywood" do Warszawy lat siedemdziesiątych. Widzisz tych samych ludzi, podobną estetykę, kolory i energię. Formalnie to utwór swingowy, ale grany na instrumentach elektrycznych, z zupełnie innym charakterem.
Dawid Lubowicz uważa, że funk definiuje przede wszystkim charakterystyczna linia basu. Ja patrzę na to trochę inaczej – dla mnie część tego repertuaru jest właściwie rockowa. Z tego powodu bardzo zależało mi na „Bez ograniczeń” Kombi, choć to instrumentalny utwór pop-rockowy. Ostatecznie uznaliśmy, że najważniejsze będzie pokazanie pewnego okresu w historii polskiej muzyki – przede wszystkim lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Dlatego album nazywa się „Atom Goes Funky”, a nie „Polish Funk”.
Lista utworów, które mogły się znaleźć na tej płycie, jest znacznie dłuższa. Myślałem choćby o „Papayi” Urszuli Dudziak, „Cantabile in h-moll” Krzesimira Dębskiego czy kilku kompozycjach Stanisława Soyki. Musieliśmy jednak dokonać bardzo surowej selekcji. Zależało nam przede wszystkim na twórczości polskich jazzmanów, choć pojawiły się też dwa–trzy utwory nieco wykraczające poza ten klucz. W zespole zawsze dochodzi do kompromisu. Czasem ktoś przynosi propozycję, która początkowo wydaje się nie pasować do koncepcji, ale podczas prób okazuje się, że jednak świetnie się w nią wpisuje. Tak było właśnie z „Coś specjalnego” Novi Singers. Przyniosłem ten utwór na pierwszą próbę przekonany, że to świetny przykład funku. Koledzy od razu powiedzieli: „To przecież swing”. Byłem zaskoczony, ale mieli rację, a ja tego zwyczajnie nie zauważyłem. W kwartetach właśnie tak rodzą się wspólne decyzje. Kto wie, może kiedyś powstanie „Atom Goes Funky” Volume 2 albo nawet Volume 3.
GS: Z jakimi trudnościami, jeżeli w ogóle takie trudności były, musieliście się zmierzyć podczas aranżowania tych utworów? Bo większość z nich ma zupełnie nowe brzmienie w porównaniu z oryginałami.
KL: Największym wyzwaniem była selekcja materiału. Czasami jakiś utwór wydaje się fantastyczny, dopóki nie zacznie się go rozpisywać. Nagle okazuje się, że melodia jest zaskakująco prosta albo wręcz mało interesująca. Takich sytuacji było sporo. Słuchasz nagrania i czujesz, że wszystko świetnie działa, ale później przypominasz sobie, że my nie mamy perkusji ani całej sekcji rytmicznej. W naszym przypadku utwór musi obronić się przede wszystkim melodią, linią basu i aranżacją.
Drugim wyzwaniem było brzmienie płyty. Mieliśmy ogromny komfort pracy, bo spędziliśmy tydzień w studiu S4 Polskiego Radia. Wszystkie nasze wcześniejsze albumy były nagrywane w dużych salach koncertowych, z mikrofonami ustawionymi dalej, dzięki czemu naturalna akustyka pomieszczenia stawała się częścią brzmienia. Tym razem chcieliśmy osiągnąć zupełnie inny efekt – dźwięk bliski, ciepły i bardzo bezpośredni, taki, jaki kojarzy się z najlepszymi realizacjami ze studiów w Nashville.
Poszukiwanie odpowiedniego brzmienia zajęło nam cały pierwszy dzień. Zmieniliśmy ustawienie zespołu – wiolonczela znalazła się w środku, podobnie jak pierwsze skrzypce Dawida Lubowicza, a druga para instrumentów została przesunięta bardziej na zewnątrz. Eksperymentowaliśmy również z mikrofonami. Mateusz Smoczyński był przekonany, że będzie nagrywał na mikrofonach Schoeps, ale w warunkach studia S4 okazały się zbyt jasne. Ostatecznie wybraliśmy klasyczne Neumanny U87, a wiolonczelę nagrywaliśmy na mikrofonach Brauner.
To była duża zmiana naszego podejścia do pracy. Zamiast liczyć na późniejszą obróbkę, woleliśmy poświęcić cały dzień na dopracowanie ustawień, nagrywać krótkie fragmenty, słuchać ich i dopiero wtedy rozpocząć właściwą sesję. Chcieliśmy mieć pewność, że materiał od początku brzmi dokładnie tak, jak sobie wymarzyliśmy. Niewiele zespołów może sobie pozwolić na przeznaczenie całego dnia w studiu wyłącznie na poszukiwanie idealnego brzmienia. Podsumowując – największym wyzwaniem była selekcja repertuaru i bardzo rygorystyczne podejście do brzmienia albumu.
GS: Nie pomyśleliście o tym, ab do części z tych nagrań zaprosić kogoś z muzyków tworzących zespoły, których utwory nagrywaliście? Na przykład mam na myśli Adzika Sendeckiego z Extraball. Współpracowaliście już z nim kiedyś…
KL: Oczywiście, że o tym myśleliśmy. Ostatecznie uznaliśmy jednak, że mogłoby to być dla nas ryzykowne. Mówimy o artystach, którzy są naszymi starszymi kolegami i twórcami tej muzyki. Trudno byłoby uniknąć sytuacji, w której – nawet podświadomie – to oni zaczęliby nadawać kierunek pracy. Wyobrażam sobie, że gdybyśmy nagrywali utwór Krzesimira Dębskiego z jego udziałem, naturalnie przejąłby rolę osoby prowadzącej cały proces. A nam zależało na tym, żeby była to nasza autorska interpretacja.
Rozważaliśmy też koncertową wersję programu z perkusistą. Gdybyśmy zdecydowali się na taki krok, zapewne zaprosilibyśmy Michała Dąbrówkę, z którym często współpracujemy przy koncertach Natalii Kukulskiej. Doszliśmy jednak do wniosku, że stracilibyśmy wtedy coś bardzo ważnego – wyjątkowość kwartetu smyczkowego grającego muzykę funk bez sekcji rytmicznej. To właśnie ten kontrast jest jednym z największych atutów projektu. Dlatego, mimo że dzięki Warnerowi mieliśmy możliwość zaproszenia gości, postawiliśmy na cztery instrumenty i własne brzmienie.
GS: Wiem, że „Atom Goes Funky” ma bardzo dużą ilość odsłuchań na serwisach streamingowych. Czy pomyśleliście o tym, że ta płyta może mieć bardzo ważny wymiar edukacyjny. Wielu tak zwanych „zwykłych zjadaczy chleba” zna „Jak na lotni” Zauchy, zna Kombii, zna Perfect, ale wiele z tych utworów jest ukrytymi perłami polskiej muzyki, o których ludzie nie wiedzą.
KL: Mam nadzieję, że tak właśnie będzie. Jeśli ktoś sięgnie po płytę dla jednego znanego utworu, a potem pozwoli jej grać dalej na Spotify, jest duża szansa, że odkryje kompozycje, których wcześniej nie znał. Bardzo bym sobie tego życzył. W polskiej muzyce tamtego okresu jest mnóstwo świetnych utworów, które z różnych powodów nie funkcjonują dziś w powszechnej świadomości. Jeżeli nasza płyta stanie się dla kogoś punktem wyjścia do odkrywania tych nagrań, będzie to dla nas ogromna satysfakcja.









