Eagle-Eye Cherry

WywiadGrzegorz Szklarek klub Stodoła
Eagle-Eye Cherry

Eagle-Eye Cherry to amerykańsko-szwedzki wokalista oraz aktor, który największą popularnością cieszył się na przełomie lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych. Ma między innymi na koncie przebój "Save Tonight" (1998), który do dziś jest obecny na playlistach rozgłośni radiowych na całym świecie. Jest synem legendarnego trębacza jazzowego Dona Cherry'ego. W ubiegłym roku wydał znakomicie przyjęty siódmy album "Become A Light", 2 tygodnie temu wystąpił na festiwalu Pol'and'Rock, a w listopadzie ponownie zawita do Polski na trzy koncerty. Artysta udzielił nam wywiadu, w którym opowiedział między innymi o przerwach w swojej muzycznej działalności oraz kultywowaniu dziedzictwa swojego słynnego ojca.

GS: W zeszłym roku wydałeś nowy album, „Become a Light”, który został nagrany w Stanach Zjednoczonych i Szwecji. Jak ta dwoistość wpłynęła na ten album?

EEC: Jestem w połowie Amerykaninem, w połowie Szwedem. Tak właśnie wygląda moje życie. Jestem podwójnej tożsamości. Ale wydaje mi się, że nagrałem sporo albumów, częściowo w Stanach, a częściowo w Szwecji. Muszę więc od czasu do czasu jeździć do Stanów, żeby czerpać z tamtejszej energii i atmosfery. Myślę więc, że to raczej ludzie, z którymi współpracowałem, mieli wpływ na brzmienie i tego typu rzeczy. Ale tak naprawdę chodziło mi głównie o to, żeby jak najszybciej po zakończeniu trasy koncertowej zająć się muzyką, bo bardzo zależało mi na uchwyceniu tej energii, którą mamy na scenie.

GS: Na tej płycie słychać właśnie to brzmienie na żywo, ponieważ z jednej strony jest ono bardzo surowe, a z drugiej – bardzo świeże i optymistyczne.

EEC: Właśnie o to mi chodziło i jest w tym coś wyjątkowego, kiedy ludzie grają razem próbując nagrać podstawowe ścieżki, starając się uchwycić to, jak grają razem. Dorastałem w środowisku jazzowym dzięki mojemu ojcu. Dla mnie to jest główny cel tego, co robię – czy to pisanie piosenek, nagrywanie płyt, a nawet promocja – wszystko sprowadza się do tego, że chcę wyjść na scenę i zagrać na żywo. Myślę, że właśnie o to chodzi w muzyce.

GS: Więc wolisz grać na żywo niż nagrywać muzykę w studiu?

EEC: Tak, mam przyjaciół, kolegów, kilku gości, którzy są autorami piosenek i producentami, a jedyne co robią, to siedzą w studiu. A ja sobie myślę: „Jak wy możecie to robić cały czas?”. Uwielbiam tworzyć muzykę i ją nagrywać, ale dla mnie celem jest to, aby wyjść na scenę i zagrać. Więc kiedy piszę piosenkę, myślę przede wszystkim o tym, jak ten utwór będzie brzmiał na żywo. Pamiętam, że po nagraniu mojego pierwszego przeboju „Save Tonight”, a przecież nie wiesz, czy napisałeś przebój, ale kiedy wróciłem do domu i posłuchałem tego utworu w słuchawkach po nagraniu ścieżek, zamknąłem oczy i zobaczyłem, jak ludzie śpiewają razem ze mną. Pomyślałem sobie: „O tak, to ma w sobie to coś, czego szukasz”. I ta wizja stała się rzeczywistością, co jest niesamowite.

GS: A tak w ogóle, wolisz duże areny, jak na festiwalach, czy małe lokale, w których można przyjrzeć się ludziom z bliska?

EEC: To świetne pytanie, bo właśnie teraz tak działamy: jednego dnia gramy na naprawdę wielkich festiwalach, a następnego dnia w klubie. Uwielbiam jedno i drugie. Ale gdybym musiał wybierać, to mimo że uwielbiam wielką scenę i ogromną publiczność, to jednak wolę być w klubie, gdzie można nawiązać kontakt wzrokowy, poczuć atmosferę, gdzie ludzie mogą coś powiedzieć, a ty możesz im odpowiedzieć. Jeśli miałbym wybierać, to wolę to kluby, ale cieszę się, że mogę doświadczać jednego, i drugiego. Ale jest w tym coś wyjątkowego nawet z perspektywy fana, wtedy, kiedy idę na koncerty. Uważam, że byłoby niesamowici zobaczyć, powiedzmy, Rolling Stonesów w małym klubie. Ale miałam kiedyś ten przywilej w Paryżu, że poszedłem zobaczyć U2, gdy wydali „A Beautiful Day” i zagrali prywatny koncert w klubie dla około 200–300 osób. I to było po prostu niesamowite uczucie zobaczyć ich w małym lokalu. A potem po koncercie rozmawiałam z nimi, a Bono powiedział: „Och, na scenie trudno jest usłyszeć samego siebie”. Odpowiedziałem mu: „Witaj w moim świecie”.

GS: Popraw mnie, jeśli się mylę, ale wydaje mi się, że twój poprzedni album „Back on Track” był jednym z twoich najważniejszych albumów, bo ukazał się pięć lat po poprzednim i był pierwszym po pandemii COVID.

EEC: Tak, to prawda i właśnie dlatego nazwałem go „Back on Track”. Jeszcze wcześniejsza płyta „Streets of You” z 2018 roku była do tamtej chwili jedyną przed wydaniem której miałam naprawdę długą przerwę, bo aż 6 lat. Był to okres, kiedy nawet nie byłem pewien, co mam robić czy w ogóle chcę dalej działać. A album „Streets of You” sprawił, że pomyślałam: „No dobrze, zrobię to”. Potem po wydaniu tego albumu dużo koncertowaliśmy, a ja naprawdę nabrałam rozpędu, napisałam dużo piosenek, weszliśmy do studia i nagraliśmy mniej więcej połowę albumu, a potem pojawił się COVID i wszystko się zatrzymało. Naprawdę bardzo chciałam po prostu wydać „Back On Track” i ruszyć dalej. Cała ta sytuacja…COVID był dla wszystkich bardzo, bardzo dziwnym okresem. A dla mnie to było tak frustrujące – może to egoistyczne, ale miałam tę muzykę i po prostu chciałem ją wydać. Zamiast tego musiałem odwołać zaplanowane trasy koncertowe. I w końcu w 2023 roku, po wydaniu „Back On Track” po prostu wróciłem na właściwe tory. Znowu ruszyłem do przodu. Tak, ten album naprawdę był dziełem miłości, które zbyt długo musiało leżeć na półce i czekać. Ale kiedy już nam się to udało, byłem bardzo szczęśliwy, że znów wróciłem na właściwe tory.

GS: Kiedy byłeś nastolatkiem, mieszkałeś przez kilka lat w Nowym Jorku i chodziłeś do Wyższej Szkoły Sztuk Scenicznych. Jak ta szkoła wpłynęła na twoją karierę muzyczną? Bo z jednej strony jesteś rockmanem, ale twój ojciec był muzykiem jazzowym. Jak udało ci się połączyć te dwa światy – rock i jazz?

EEC: W tej szkole studiowałem aktorstwo. Byłem związany z teatrem. Bardzo interesowało mnie aktorstwo, ale… no cóż, przede wszystkim byłem perkusistą (śmiech). To mój tata zapoznał mnie z perkusją, więc kiedy chodziłem do szkoły, zacząłem grać z kilkoma studentami kierunków muzycznych. Założyliśmy więc zespół i graliśmy tu i tam w Nowym Jorku, a ja śpiewałem chórki. Potem zacząłem mieć różne pomysły i sugestie, ale jako perkusista nikt mnie nie słuchał. Zacząłem odczuwać lekką frustrację. Potem zacząłem pracować jako aktor, ale między kolejnymi zleceniami miałem sporo wolnego czasu, więc zacząłem kupować sprzęt i… po prostu się tym bawić. I wtedy pojawiło się pisanie – naprawdę polubiłem pracę ze słowami, opowiadanie historii i dzielenie się doświadczeniami. Ten proces był dla mnie naprawdę pouczający. Wtedy właśnie zacząłem to dostrzegać, założyłem kolejny zespół i byłem autorem tekstów, ale… śpiewał ktoś inny. Krótko mówiąc, naprawdę wciągnęło mnie pisanie piosenek i słuchałem mnóstwo muzyki rockowej, zwłaszcza jako nastolatek.

Bardzo interesowałem się zespołami The Clash i The Ramones. Myślę więc, że jazz po prostu nie był moim powołaniem. Uwielbiam jazz, słucham go bardzo dużo, ale chodziło o to, że kocham rocka. Myślę, że być może również dlatego, że byłem aktorem, chęć występowania była dla mnie swego rodzaju motywacją, pragnieniem wyjścia na scenę. I zacząłem zdawać sobie sprawę, że jako muzyk mogę pisać własny scenariusz i właśnie tam mnie to zaprowadziło.

GS: A czy planujesz znowu zostać aktorem? Może masz jakieś plany związane z filmem?

EEC: No wiesz, może gdyby zadzwonił do mnie Martin Scorsese to bym to przemyślał (śmiech). Wystąpiłem w kilku szwedzkich filmach, zagrałem tylko kilka drobnych ról, tak dla zabawy. Gdy mieszkałem w Stanach zagrałem w kilku dużych produkcjach telewizyjnych w Los Angeles i Nowym Jorku. A tam jest dużo czekania. Siedzisz i czekasz godzinami, a potem wychodzisz, robisz swoje przez pół godziny, a potem wracasz i czekasz kolejne 3 godziny. Tak więc myślę, że bycie muzykiem jednak bardziej mi odpowiada.

GS: Dlaczego zdecydowałeś się nagrać na nowo kompozycję swojego ojca zatytułowaną „Desireless”. Tak samo zatytułowałeś swój debiutancki album.

EEC: Podpisałem kontrakt płytowy w 1996 roku, a mój tata zmarł w październiku 1995 roku, jakieś pięć miesięcy przed sygnowaniem przeze mnie tej umowy. Kiedy więc zacząłem pracować nad debiutanckim albumem, śmierć mojego taty była wciąż dla mnie świeża. To był nadal bardzo, bardzo ciężki okres. Mój ojciec zmarł naprawdę młodo, miał zaledwie 59 lat, ale zdążył tak wiele osiągnąć w swoim życiu. Jego odejście było dla mnie swego rodzaju uderzeniem, kiedy zdałem sobie sprawę, że nigdy nie wiadomo, co się wydarzy w życiu. Jesteś i nagle już ciebie nie ma. I pomyślałem sobie wtedy, że muszę zabrać się do pracy i coś zrobić, zostawić po sobie ślad. Tak więc na moim pierwszym albumie duch mojego taty odegrał naprawdę dużą rolę, a jedną z głównych rzeczy, które zawsze powtarzał, kiedy na przykład grałem z nim na perkusji było: „Nie bój się prostoty, Eli. Nie bój się prostoty”. To była naprawdę mantra, którą kierowałem się podczas pracy nad „Desireless”. Myślę, że wiele moich wyborów podczas tworzenia tego albumu wynikało właśnie z tego ducha. A kiedy zbliżałem się do końca pracy nad albumem, chciałem mu zadedykować tę płytę, więc zdecydowałem, że utwór „Desireless” będzie idealny na zakończenie albumu, który tak samo zatytułowałem – w duchu mojego ojca.

GS: To było jak znak od niego z zaświatów...

EEC: Mam taką historię. Zakończyłem pracę nad tą płytą i pojechaliśmy do Nowego Jorku, żeby zrobić zdjęcia do albumu. Cały dzień zajmowaliśmy się sesjami fotograficznymi, a potem miała zostać zrobiona ostatnia fotografia. W Nowym Jorku była zima. Fotograf powiedział więc: „Przygotuję kadr, a ty może pójdziesz do baru na rogu, a my cię zawołamy, kiedy będziemy cię potrzebować”. Poszedłem więc do baru, wziąłem drinka, usiadłem, a w barze leciała muzyka mojego taty. A obok baru siedział facet z stosem płyt CD i opowiadał o moim ojcu, bo mój tata często kręcił się po East Village, gdzie właśnie wtedy byliśmy na tej sesji zdjęciowej. A ten gość mówi do mnie: „Tak, to leci Don Cherry, stary. Wiesz, często tu bywał, jeździł na rolkach i bla, bla, bla” (śmiech). A ja po prostu siedzę w kącie. Kiedy fotograf przyszedł po mnie, ten barman zapytał: „Hej, co tu w ogóle robicie?”. „Robimy zdjęcia”. „A kto to jest” – zapytał barman? „Eagle Eye Cherry” – odpowiedział fotograf. A barmand do mnie: „Stary, kiedyś rozmawiałem z tobą przez telefon. Dzwoniłem do twojego domu, szukając twojego taty” (śmiech). I to dla mnie naprawdę brzmiało tak, jakby mój tata mówił mi: „Okej, jestem tutaj, czuwam nad tobą”. To był po prostu zbyt wielki zbieg okoliczności. A potem wyszedłem, zrobiłem ostatnie zdjęcie i wszystko było gotowe.

GS: Czy macie plany dotyczące kolejnej płyty?

EEC: Mam już trzy piosenki. Jeszcze nie podjąłem ostatecznej decyzji co dalej. Nie chcę po prostu powtórzyć tego, co już zrobiłem. Więc kiedy skończę tę trasę i zanim w listopadzie przyjedziemy do Polski zamierzam podjąć kilka decyzji dotyczących tego, kto będzie producentem i zabrać się do pracy. Myślę, że kolejna płyta ukaże się mniej więcej za rok, a więc okolicach 30. rocznicy wydania mojego pierwszego albumu „Desireless”.

EAGLE-EYE CHERRY:

17 listopada 2026 - Stary Maneż, Gdańsk

18 listopada 2026 - Klub Tama, Poznań

19 listopada 2026 - Klub Stodoła, Warszawa

BILETY

Powiązane materiały