Fat Dog

WywiadMaciej Majewski / foto: Emma TomaFat Dog
Fat Dog

Po wydaniu debiutanckiego „Woof” w 2024 roku zostali uznani za jeden z najbardziej obiecujących nowych brytyjskich zespołów. Rzucając się w wir koncertów m.in. u boku Foo Fighters, nie mieli czasu, by przygotować nowy materiał – wypuścili jednak dwa osobne single. Teraz wracają z drugim materiałem - „Cancel Me (I'm Tired)”, który powstał między trasami i wnosi pewne nowości do ich twórczości. Fat Dog – szalona, siedmioosobowa załoga z Południowo-Wschodniego Londynu, przeciera kolejne szlaki, zjednując sobie uznanie coraz szerszej publiczności. Joe Love, mózg zespołu, opowiedział mi o jego funkcjonowaniu, nerwowym powstawaniu nowej płyty, a także o fascynacji Polską.

MM: Na czym się wychowałeś: na punk rocku czy rave?

JL: Uuu, ciężka sprawa. Powiedziałbym, że na rave. Moja mama zawsze puszczała Basement Jaxx, The Chemical Brothers i Groove Armada. Z kolei mój ojciec jest trochę bardziej punkowy. Myślę jednak, że zdecydowanie bliżej mi do rave.

MM: W Fat Dog te wpływy się przecinają.

JL: Zgadza się, chociaż nasze wpływy bywają bardzo różne. Słuchamy też popu, hip hopu, country, rocka, a nawet klasyki. Jest nas siedmioro i każdy ma swoje fascynacje. Natomiast to ja piszę muzykę dla zespołu. Uwielbiam to robić! Nawet to, że „Cancel Me (I'm Tired)” nagraliśmy tuż po powrocie z trasy po Stanach bez chwili odpoczynku, nie było większym problemem.

MM: No właśnie – pierwszą płytę „WOOF” nagrywaliście chyba dłużej?

JL: Tak. Myślę, że problemem z nagrywaniem jest to, że kiedy robisz pierwszy album, masz nieco czasu, żeby zrobić różne wersje. Właściwie masz całe życie, żeby zrobić pierwszy album (śmiech).

MM: Nagrywaliście zdaje się podczas pandemii, więc było więcej czasu.

JL: Tak, tak. Zakończyliśmy nagrywanie „WOOF” w 2023 roku, więc to był długi czas. A „Cancel Me (I'm Tired)” nagraliśmy w 4, czy 5 miesięcy, więc różnica jest zasadnicza.

MM: Piosenkę „England Is My City” przygotowaliście z myślą o konkursie Eurowizji, z którego ostatecznie się wycofaliście z powodu obecności Izraela. Czemu nie znalazła się ona na „Cancel Me (I'm Tired)”?

JL: Ponieważ jej nie dokończyliśmy. Może zrobimy „England Is My City” na następnym albumie. To nie był najpilniejszy numer do zrobienia, a zależało mi na tym, żeby nowa płyta miała 10 ‘silnych’ kawałków.

MM: To się udało, bo praktycznie każdy mógłby być osobnym singlem. Znaczna część utworów jest dość energetyczna, natomiast są dwa wyróżniające się – „Snakes” i „Aliens”, które są spokojniejsze. W tym drugim pojawiają się nawet partie orkiestrowe.

JL: Owszem, mieliśmy w studio kilkoro ludzi z prawdziwej orkiestry, którzy nagrali te partie. To było wspaniałe doświadczenie – siedziałem sobie spokojnie w reżyserce, a oni nagrali te partie tak, jak je wymyśliłem, nadając im wspaniałego charakteru.

MM: Ja będziecie to grali na żywo?

JL: Na kilku koncertach w Wielkiej Brytanii będziemy mogli pozwolić sobie na kwartet smyczkowy. Na koncertach z Foo Fighters to pewnie nie przyjdzie. Nikt tam nie chce słyszeć więcej pieprzonych ballad. Oni mają ich wystarczająco dużo w swoim repertuarze (śmiech). Poza tym nie gramy długich setów jako support.

MM: „Cancel Me (I'm Tired)” wydaje się być kontrolowanym chaosem. Zawarliście w tych 10 kawałkach sporo szaleństwa. Mówisz, że zależało Ci właśnie na 10 utworach, a czy miałeś ich w zanadrzu więcej?

JL: Miałem, natomiast ten chaos wynika jeszcze z czegoś innego. Zaczynając pisać piosenki na ten album, wychodziło mi początkowo coś, co brzmiało jak transowy remiks „Brat” Charli XCX. A przecież Summer Brat się skończyło, więc uznałem, że nie tędy droga (śmiech). Poza tym sami Foo Fighters tak się nami zajarali, że zasugerowali, żebyśmy poszli w stronę brzmienia stadionowego. Musiałem więc ‘opakować’ te numery tak, by dobrze brzmiały i w klubie, i w hali i na stadionie. Dlatego też chciałem, żeby to było zwarte, nie zatraciło charakteru Fat Dog, a jednocześnie wnosiło coś nowego.

MM: Zaczynałeś od bitu, czy od melodii?

JL: Różnie, chociaż w przypadku tej płyty zdecydowanie bardziej bazowałem na melodiach i wokół nich tworzyłem bity. Miałem już dość tworzenia muzyki na samym laptopie. To jest nudne! Zwłaszcza, że nie jestem producentem muzyki elektronicznej, bo zawsze miałem się za bitmakera. Ten album pokazał mi jednak, że jestem przede wszystkim songwriterem, niekoniecznie jednak siedzącym z gitarą, ale pracującym na prawdziwych melodiach, a nie tylko na suchych, elektronicznych partiach.

MM: A jak reszta zespołu reaguje na Twoje pomysły?

JL: To zależy od tego, jaka jest dana piosenka. Na przykład „Cancel Me (I'm Tired)” ma wyraźnie taneczny wymiar i wszyscy szybko załapali, o co mi chodzi. Z kolei „Aliens” powstało ostatniego dnia pracy w studio. To było fajne, bo byliśmy już wszyscy zmęczeni tymi tanecznymi bitami, więc coś łagodniejszego dobrze nam zrobiło. I wszyscy od razu to podłapali. To zresztą moja ulubiona piosenka z całej płyty – taka z której jestem najbardziej dumny.

MM: Słuchając jej, myślę, że odnalazłbyś się przy tworzeniu ścieżek dźwiękowych do filmu.

JL: Marzę o tym! Podczas pracy nad „Cancel Me (I'm Tired)” słuchałem dużo muzyki Ennio Morricone. Jest dla mnie niezwykle ważnym twórcą muzyki w ogóle. Mam nadzieję, że będę miał możliwość zrobienia kiedyś soundtracku do filmu.

MM: Obie wasze płyty są dość krótkie. Z czego to wynika?

JL: Z tego, że kurwa nie mam czasu (śmiech). Kiedy jesteś długo w trasie, nie masz czasu na więcej. A naprawdę zależało mi na tym, żeby nagrać długi album, zwłaszcza, że „WOOF” jest w moim mniemaniu ep-ką. Tam jest 5 kawałków, a reszta to interludia. Kto normalny traktuje to jako longplay? (śmiech).

MM: Widziałem rozpiskę waszej trasy i nie ma na niej Polski. Dlaczego?

JL: Nie mam pojęcia. Uwielbiam Polskę. Moja żona jest Polką, pochodzi z Kalisza. Uwielbiam Twój kraj. Bywamy we Wrocławiu, który jest piękny. Mam nadzieję, że przyjedziemy do Was także zagrać.

MM: Skoro wspomniałeś o żonie – wzięliście ślub w Las Vegas po jakimś szalonym koncercie, który zagraliście ponoć dla dwóch osób. Czy to jakoś wpłynęło na zawartość „Cancel Me (I'm Tired)”?

JL: Na pewno. Bycie żonatym lub w ogóle będąc zakochanym sprawia, że chcesz o tym pisać piosenki. Nie mam jednak na myśli tego, że na „Cancel Me (I'm Tired)” są same piosenki miłosne. Bo miłość ma różne oblicza. Jednego dnia jecie pyszny bigos, a drugiego kłócicie się o jakieś pierdoły. O konfliktach pisze się łatwiej, niż o radościach, ale tak po prostu jest.