Faux Real

WywiadEwelina MarekFaux Real
Faux Real

Czy można być jednocześnie fałszywym i prawdziwym, kampowym i śmiertelnie poważnym, słonecznym jak Los Angeles i mrocznym jak jego najgłębsze zaułki? Faux Real nie zamierzają wybierać. Francusko-amerykańscy bracia, Virgile i Elliot Arndt, zamieniają koncerty w rozbuchane spektakle, a własne ciała w instrumenty równie ważne jak syntezatory. Wymykają się rockowym definicjom z gracją Micka Jaggera na kwasie i teatralnym rozmachem rodem z filmów Jima Jarmuscha. Na Poison Time eksplodują kolorami, by za chwilę zajrzeć w najciemniejsze zakamarki ludzkiej natury. W rozmowie z nami opowiadają o braterskiej więzi, która stała się fundamentem ich muzycznego uniwersum, o kulisach współpracy z Ralphem Kaminskim i o tym, dlaczego najlepszy moment w historii zespołu może nadejść wtedy, gdy publiczność jeszcze nie ma pojęcia, co ją właśnie uderzyło. Jedno jest pewne: po tym wywiadzie Faux Real nie da się już zamknąć w żadnej szufladzie.

Ewelina Marek: Jesteście faux czy real?

Virgile Arndt: Odpowiedź na to pytanie poznasz, kiedy przyjdziesz na nasz koncert. Wtedy wszystko nabiera sensu. Myślę, że ani jedno, ani drugie. Cały projekt funkcjonuje gdzieś na granicy tych dwóch pojęć. Im lepiej go poznajesz, tym bardziej zaczynasz rozumieć, o co w tym chodzi. Przynajmniej do pewnego stopnia.

EM: Gdybyście jednak nie byli prawdziwi, jak wyglądałaby wasza alternatywna wersja?

VA: Myślę, że bylibyśmy postaciami filmowymi. Co o tym myślisz, Elliot?

Elliot Arndt: Zdecydowanie. Postaciami z długiego, niespiesznego filmu artystycznego. Przypomnij, jaki film oglądałeś wczoraj wieczorem? Rochefort?

VA: "Les Demoiselles de Rochefort" Jacques’a Demy’ego. To francuski musical z lat 60. Jest w nim scena, w której dwóch facetów ubranych na biało wiruje i tańczy na placu budowy. Wysłałem Elliotowi zrzut ekranu z tej sceny i napisałem: „To właśnie my w jakimś innym życiu”. Może tak byśmy wyglądali.

EM: Jesteście braćmi o francusko-amerykańskich korzeniach, macie za sobą dwa różne kręgi kulturowe. Jak wpłynęły one na wasze podejście do muzyki i sztuki?

EA: Dorastaliśmy czerpiąc z obu tych kultur. Wychowywaliśmy się też w bardzo międzynarodowym środowisku, wśród ludzi z różnych stron świata. Językiem, który łączył nas i większość naszych przyjaciół, był angielski. Dlatego pisanie tekstów po angielsku przyszło nam chyba całkiem naturalnie. Zresztą większość muzyki, której słuchaliśmy, również była anglojęzyczna. Ale dorastaliśmy w Europie. Ja spędziłem dwadzieścia lat w Paryżu, gdzie studiowałem. Myślę, że francuska kultura nadal ma ogromny wpływ na to, kim jesteśmy i jacy jesteśmy jako ludzie. Nawet jeśli nie piszemy ani nie śpiewamy po francusku. Obie te strony naszej tożsamości są więc w nas bardzo obecne.

VA: To trochę jak z faux i real — nieustanne balansowanie między dwoma biegunami. Myślę, że to, co pokazujemy publiczności, znajduje się gdzieś pośrodku. Przynajmniej ja lubię tak o tym myśleć. To zresztą zabawne, bo tutaj ludzie znają nas jako francuskich braci, a w Europie jesteśmy postrzegani jako ci Amerykanie. Więc cały czas lawirujesz między tymi dwoma światami.

EM: Elliot, często słyszysz, że wyglądasz jak Mick Jagger?

EA: Słyszę to całkiem często. To zabawne, myślę, że dużą rolę odgrywają tu moje włosy. Przez pewien czas miałem krótsze i porównania do Micka Jaggera zupełnie zniknęły z mojego życia. Ale kiedy zapuszczam dłuższe, wszystko wraca. Zwłaszcza gdy mieszkałem w Londynie, jeszcze przed przeprowadzką do Los Angeles — tam słyszałem to bez przerwy. Szczególnie często mówiły mi to starsze Brytyjki. [śmiech] Ale tak, oczywiście, The Rolling Stones mieli na mnie ogromny wpływ, zwłaszcza kiedy byłem znacznie młodszy. Wydaje mi się, że po prostu przeniosłem część tego wpływu na własny sposób występowania na scenie. No i proszę, tak to wygląda.

EM: Wasze koncerty to jednak znacznie więcej niż samo prezentowanie muzyki. To niemal pełnowymiarowe spektakle. Co pojawia się jako pierwsze: muzyka, ruch czy pomysł na oprawę wizualną?

VA: Zazwyczaj najpierw pojawia się muzyka, bo to ona wyznacza kierunek. To od niej wychodzimy, a cała reszta wynika właśnie z muzyki, tekstów i tego, co próbujemy wyrazić. Ale tak naprawdę wszystko powstaje równolegle. Nasz projekt istnieje już od kilku lat, mamy na koncie drugi album i sporo koncertów w różnych miejscach. Dlatego teraz, kiedy komponujemy, instynktownie myślimy również o scenie, występie i tym, co chcemy za ich pomocą przekazać. Elliot ma bardzo wizualny sposób myślenia, co pewnie wynika między innymi z jego filmowych doświadczeń. Dlatego przynajmniej dla mnie Faux Real to coś więcej niż projekt muzyczny. Wszystkie te elementy są ze sobą nierozerwalnie związane. Nie jest tak, że najpierw nagrywamy płytę, a potem zastanawiamy się, jakie zdjęcia zrobić, żeby nadać jej tożsamość. W przypadku tego projektu wszystko to jest wpisane w niego znacznie wcześniej. To coś, co naprawdę nas ekscytuje. Chcielibyśmy móc bez przerwy pisać muzykę, ale prawda jest taka, że kiedy kończymy album, równie mocno wciąga nas praca nad jego stroną wizualną.

Zaczynamy się tym ekscytować, a potem nagle dociera do nas: „O nie, teraz musimy jeszcze zrealizować wszystkie te pomysły! O mój Boże, ile to zajmie czasu!”. I tak spędzamy kolejne miesiące, pracując nad tym wszystkim. Oczywiście, to świetna zabawa i zawsze jesteśmy bardzo dumni z efektu końcowego. Idealnie byłoby, gdyby było nas po dwóch więcej. Dwóch mogłoby zajmować się filmami, oprawą wizualną i występami, a kolejnych dwóch bez przerwy pracować nad muzyką. To byłoby wspaniałe. Potrzebujemy jeszcze dwóch braci. Takich faux-faux real!

EM: Mam wrażenie, że fizyczność odgrywa w Faux Real niezwykle ważną rolę. Czy myślicie o ciele jak o kolejnym instrumencie?

EA: Zdecydowanie. I nie mam na myśli wyłącznie instrumentu muzycznego. Właśnie dlatego taniec jest tak istotnym elementem naszego projektu. Dostrzegamy jego ogromny potencjał, szczególnie w kontekście występów na żywo. Lubimy sprawdzać, jak daleko możemy się posunąć, i wyciskać z naszych pomysłów maksimum. Wielu słuchaczy i wielu muzyków — a sam też się do nich zaliczam — potrafi być zadowolonych z występu, na którym liczy się wyłącznie muzyka. Nie ma właściwie na co patrzeć, nic szczególnego się nie dzieje, po prostu gra się utwory. Ale Faux Real to nie jest taki projekt. Ma to związek z naszą braterską więzią. Dorastaliśmy razem. Jako chłopcy byliśmy bardzo aktywni, pełni energii i ciągle pakowaliśmy się w najróżniejsze kłopoty. Dużo jeździliśmy na deskorolkach po okolicy, przewracaliśmy się, podnosiliśmy, uprawialiśmy różne sporty, wspinaliśmy się na rozmaite rzeczy… Wiesz, ciągle byliśmy w ruchu. Fizyczność była dla nas wspólnym językiem od najmłodszych lat. To coś, co łączyło nas właściwie od zawsze.

Dlatego kiedy powstało Faux Real, a my zaczęliśmy tworzyć razem utwory, które tak głęboko przeżywaliśmy i które były również wyrazem naszej braterskiej więzi, naturalnie pojawiła się potrzeba ruchu. To jeden z powodów, dla których obraliśmy inną drogę niż tradycyjne zespoły, które po prostu wychodzą na scenę i grają swoje piosenki. Czuliśmy, że musimy wyrażać te utwory w bardziej… może po prostu bardziej wybuchowy sposób.

EM: Albumy "Faux Ever" i "Poison Time" sprawiają wrażenie dwóch różnych rozdziałów tej samej historii. Patrząc wstecz z własnej, subiektywnej perspektywy, jak opisalibyście drogę, którą przebyliście między tymi dwoma albumami?

EA: Jeśli potraktować Faux Real jak dom, który zbudowaliśmy, to pierwszy album był trochę jak wylanie betonowych fundamentów, osuszenie elewacji i przygotowanie podstaw całej konstrukcji. A przy tym albumie zaczynamy już myśleć o rozkładzie pomieszczeń i o tym, jak w tym domu funkcjonować — bardziej osobiście, a może też w dłuższej perspektywie. Coś w tym rodzaju. Może przy trzecim albumie zajmiemy się dekorowaniem wnętrz.

VA: "Faux Ever" był naszym pierwszym albumem i myślę, że — podobnie jak w przypadku wielu debiutów — stanowił swego rodzaju manifest tego, czym Faux Real było dla nas i jak miał wyglądać oraz brzmieć ten projekt. Podejmowaliśmy więc odważne decyzje. To płyta pełna energii, wyrazista, bardzo bezpośrednia. Przy Poison Time pozwoliliśmy sobie bardziej zagłębić się w siebie, odsłonić nieco więcej wrażliwości i otworzyć się na nowe rzeczy. A jednocześnie staliśmy się bardziej ambitni. Ten album jest właśnie rezultatem wszystkich tych czynników.

EM: Warstwa instrumentalna "Poison Time" brzmi dla mnie jak eksplozja różnorodnych dźwięków, niemal jak bogactwo barw w kalejdoskopie. Jest w niej mnóstwo słońca, energii i lekkości, ale teksty nie zawsze są równie optymistyczne.

VA: Kontrast między słoneczną jasnością a mrokiem zawsze był czymś, nad czym się zastanawialiśmy. Być może jednak jeszcze bardziej uwypuklił się przez to, że mieszkamy w Los Angeles, gdzie różnica między dniem a nocą jest ogromna. To miasto ma bardzo mroczne oblicze, a jednocześnie jest niezwykle jasne, lśniące i pełne blasku. Nie chcę powiedzieć, że te doświadczenia zostały bezpośrednio przeniesione na album, ale ponieważ napisaliśmy go właśnie tutaj, w Los Angeles, pozwoliliśmy sobie naprawdę eksplorować obie strony — zarówno tę jasną, jak i tę mroczną. To właśnie kontrasty nadają wszystkiemu charakter. Zderzenie wzniosłości z przyziemnością, światła z ciemnością — w tym tkwi cała przyprawa, która sprawia, że coś nabiera smaku.

EA: Podobnie jest z filmami. Film może być niezwykle dramatyczny, a jednocześnie zawierać przezabawne dialogi, pozostając w gruncie rzeczy bardzo smutną historią. I właśnie wtedy potrafi na zawsze wyryć się w mojej pamięci. Weźmy na przykład "Down by Law" Jima Jarmuscha. To przezabawny film, który opowiada jednocześnie bardzo tragiczną historię. Na naszym albumie również znajdziemy coś z tego podejścia. Poza tym nadmiar jednego składnika nigdy nie jest dobry. Może nie tyle niezdrowy, ile po prostu mało interesujący. W końcu może się znudzić. W przypadku Faux Real nigdy nie chcieliśmy tworzyć czegoś, co jest tylko jednym, konkretnym doświadczeniem. I myślę, że widać to zarówno w gatunkowej różnorodności naszej muzyki, jak i w naszych występach na żywo.

Zastanawiałem się też nad tym powiedzeniem, że nie ma cienia bez światła. Myślę, że oba te elementy zawsze istnieją równocześnie. To nie jest tak, że mamy do czynienia wyłącznie ze światłem. Pod tym względem taki sposób wyrażania siebie jest chyba bliższy prawdzie o ludzkim doświadczeniu. Przynajmniej w naszym przypadku życie nigdy nie składa się wyłącznie z deszczu albo słońca. W życiu każdego człowieka dzieje się jednocześnie milion różnych rzeczy. Właśnie dlatego taki obraz jest po prostu bardziej uczciwym odzwierciedleniem życia.

EM: W czerwcu wystąpiliście w Polsce z Ralphem Kaminskim. Mam wrażenie, że łączy was pewien pierwiastek niezwykłości i nieprzewidywalności. Sprawiacie wrażenie artystów, którzy przybyli z jakiegoś innego świata.

VA: Po raz pierwszy spotkaliśmy Ralpha, kiedy w 2024 roku zagraliśmy nasz pierwszy koncert w Warszawie. Występowaliśmy wtedy jako support innego zespołu. Ralph był jednak naszym fanem już od ponad roku. Jeden z jego znajomych pokazał mu nasz projekt. Kiedy więc dowiedział się, że gramy w Warszawie, przyszedł na koncert. Po występie porozmawialiśmy i poznaliśmy się osobiście. Później utrzymywaliśmy sporadyczny kontakt w internecie, a Ralph przyjechał nawet do Paryża, żeby zobaczyć nas na żywo. Od samego początku bardzo wspiera to, co robimy. Myślę, że przez cały ten czas po cichu kombinował, jak i kiedy moglibyśmy nawiązać współpracę. W końcu pojawiła się okazja w postaci festiwalu Europejski Stadion Kultury w Rzeszowie. Zaproponowano Ralphowi przygotowanie specjalnego występu z udziałem innego artysty. Myślę, że dla niego decyzja była natychmiastowa:_ „Bum! Faux Real. To musi być Faux Real!”_. Możliwe, że nawet nie zakładał, że przylecimy specjalnie z Los Angeles, żeby wziąć w tym udział. Ale i tak planowaliśmy być wtedy w Europie, więc termin idealnie nam pasował. Bardzo nam się to spodobało.

EA: Czujemy też, że jest pewna więź między tym, co robimy my, a tym, co robi on. Masz rację — jest w naszym sposobie prezentowania się coś odrobinę nieziemskiego. I wydaje mi się, że właśnie dlatego Ralph tak mocno poczuł więź z Faux Real. My z kolei dostrzegliśmy w nim pewnego rodzaju odbicie tego, co sami robimy. Takie pokrewieństwo między artystami nie zdarza się często. Kiedy już je odnajdujesz, chcesz coś z nim zrobić, jakoś je uczcić.

VA: Powiedziałbym raczej, że chodzi o teatralność niż o coś nieziemskiego. To chyba kolejny ważny element. Od samego początku, kiedy zaczęliśmy słuchać muzyki Ralpha i przyglądać się jego osobowości w internecie oraz oprawie wizualnej jego twórczości, Virgil powtarzał: „On jest większy niż życie”. Ralph ma w sobie tę epicką teatralność i kampową estetykę, które tak bardzo kochamy w muzyce i występach scenicznych.

EM: To wyjątkowy artysta.

VA: Zdecydowanie. A kiedy przyjechaliśmy do Rzeszowa, mieliśmy okazję spędzić z nim naprawdę dużo czasu. Mogliśmy zobaczyć, jak pracuje i jak wygląda jego proces twórczy. I wiesz, czasami właśnie tak się dzieje. To coś pięknego, kiedy okazuje się, że za artystą kryje się tak wiele głębi. W internecie wszystko wygląda w określony sposób. Podobnie w wywiadach i innych publicznych wystąpieniach. Ale kiedy zaczynasz z kimś pracować i możesz zobaczyć, jak rodzą się jego pomysły, nagle myślisz: „Wow!”. To naprawdę robi wrażenie. To fascynujące i niezwykle inspirujące doświadczenie. Bardzo się cieszę, że mogliśmy je przeżyć. Wspaniale było spędzić czas z Ralphem w Rzeszowie i poczuć, jak bardzo kocha go jego publiczność.

Oczywiście, można wiedzieć na poziomie intelektualnym, że ktoś jest bardzo popularny w swoim kraju, że ma wiernych fanów i zajmuje szczególne miejsce w rodzimej kulturze. Ale kiedy jesteś na miejscu i widzisz to na własne oczy, wszystko nabiera innego wymiaru. Pojawia się dodatkowy kontekst, którego nie da się w pełni zrozumieć z dystansu. To było naprawdę poruszające doświadczenie. Bardzo miłe, piękne przeżycie.

EM: Polska publiczność miała już okazję zobaczyć was w roli supportu Los Bichos, teraz wracacie do nas z własnym koncertem.

EA: Bardzo dobrze wspominamy naszą pierwszą wizytę w Warszawie. Jak już wspominaliśmy, było wtedy naprawdę zimno… Mimo to czuliśmy, że w sali jest mnóstwo ciepła. Ludzie byli naprawdę zainteresowani tym, co robimy. Kiedy występujesz jako support innego zespołu, często publiczność nie ma pojęcia, kto zaraz pojawi się na scenie. Ludzie po prostu przychodzą i oglądają występ. Tym razem miałem jednak wrażenie, że przyszli na koncert już wiedząc, kim jesteśmy. Wcześniej sprawdzili naszą muzykę, posłuchali utworów i byli autentycznie zainteresowani tym, co robimy. To było świetne doświadczenie.

Uwielbiamy grać w miejscach, w których wcześniej jeszcze nie występowaliśmy, choć nie zawsze takie koncerty okazują się udane. A może inaczej — zawsze coś z nich wynosimy, ale nie zawsze są tak wyjątkowe. Tym razem naprawdę było wspaniale. Dlatego nie możemy się doczekać powrotu i zagrania własnego koncertu.

Mamy już w Polsce kilku fanów, co jest fantastyczne! Bardzo się cieszymy, że znów odwiedzimy Warszawę, spędzimy tu trochę czasu, spotkamy się z Ralphem, zobaczymy jego zespół i naszych przyjaciół. Będzie okazja, żeby odnowić znajomości.

EM: A gdybyście mogli wrócić do jednego momentu w całej koncertowej historii Faux Real i przeżyć go jeszcze raz — nie po to, żeby cokolwiek zmieniać, ale po prostu dlatego, że był wyjątkowy — który byście wybrali?

EA: Kolejne świetne pytanie! Myślę, że wybrałbym nasze pierwsze koncerty, szczególnie te w Stanach Zjednoczonych. Projekt dopiero raczkował, a ludzie kompletnie nie wiedzieli, kim jesteśmy. Byli naprawdę zaskoczeni. Mam wrażenie, że nadal zaskakujemy publiczność na każdym koncercie, ale na samym początku ekscytacja była jednak zupełnie inna. Energia, która panowała w salach podczas tych pierwszych występów, była naprawdę wyjątkowa. Nie mieliśmy jeszcze wtedy wydanej żadnej muzyki. Nikt nie wiedział, czego się po nas spodziewać. Dosłownie nikt poza nami nie słyszał wcześniej ani jednej piosenki Faux Real! Świetnie było obserwować reakcje publiczności na żywo i widzieć, jak ludzie odbierają naszą muzykę w czasie rzeczywistym.

VA: Jeśli miałbym wskazać jeszcze jeden, bardziej niedawny moment, do którego chciałbym wrócić, byłby to nasz występ podczas intronizacji nowego wielkiego księcia Luksemburga. W Luksemburgu, gdzie częściowo dorastaliśmy, odbywało się ogromne święto. Zorganizowano uroczystą ceremonię, której zwieńczeniem był wielki koncert z udziałem około trzydziestu artystów związanych z tym krajem. Występowaliśmy pod koniec wydarzenia. Było dość zimno i padał deszcz, ale przyszły ogromne tłumy. Co więcej, mogliśmy zagrać bezpośrednio przed nowym wielkim księciem. To było naprawdę surrealistyczne przeżycie. Jak mówił wcześniej Elliot, przeszliśmy drogę od niewielkich koncertów w nowojorskich klubach do występu podczas oficjalnej uroczystości państwowej. To było niesamowicie zabawne doświadczenie. Na widowni mieliśmy też grupę przyjaciół, co dodawało temu wszystkiemu wyjątkowego charakteru. Przede wszystkim jednak obaj nie możemy się doczekać koncertu w Warszawie. To będzie ostatni przystanek naszej trasy, a takie występy zawsze są wyjątkowe. Zwykle zamieniają się w prawdziwe święto. Pod koniec trasy czujesz też, że masz większą kontrolę nad całym występem. Grasz ten sam materiał wielokrotnie, wszystko jest już dopracowane i nabiera ostatecznego kształtu. Tak czy inaczej, naprawdę nie możemy się doczekać powrotu i zagrania koncertu w Warszawie.

FAUX REAL: Warszawa, BARdzo Bardzo, 28.11.2026

Bilety: https://winiarybookings.pl/wydarzenie/faux-real-warszawa-w1n1ary-warszawa-listopad-2026