Lesoir

WywiadEwelina MarekLesoir
Lesoir

„Jutro już nadeszło”— przekonuje Ingo Dassen z Lesoir. Na nowym albumie "Tomorrow Is Now Today" holenderski zespół przygląda się światu, który zmienia się szybciej, niż zdążamy się do tego przyzwyczaić: wojnom, katastrofie klimatycznej, pandemii, dezinformacji, ale też własnej odpowiedzialności za to, jak wygląda rzeczywistość, w której żyjemy. Nie znajdziemy tu jednak moralizowania. Jest za to wiara w muzykę jako przestrzeń wolności, refleksji i zwyczajnie — człowieczeństwa. Bo właśnie tego Lesoir szuka dziś w muzyce: niedoskonałości, oddechu, przypadkowego dźwięku, prawdziwych smyczków i emocji, których nie da się zaprogramować. Rozmawiamy z Ingo Dassenem o dorastaniu razem z muzyką, sile sceny, trasach z Riverside, Chinach, producenckim „zróbmy to jeszcze raz” i o tym, dlaczego czasem najlepsze ujęcie to wcale nie to najbardziej perfekcyjne.

EM: Najnowsze wydawnictwo Lesoir jest zatytułowane "Tomorrow Is Now Today" Tytuł brzmi jak coś więcej niż tylko nazwa albumu. Jest on dla was bardziej ostrzeżeniem czy raczej przesłaniem nadziei?

Ingo Dassen: Tytuł zaproponowała nasza wokalistka, Maartje Meessen, i myślę, że można go interpretować na dwa sposoby. Masz rację, może dawać nadzieję. Ale nie powiedziałbym, że jest ostrzeżeniem. Bardziej chodzi o to, że świat zmienia się obecnie tak szybko, że czasami myślimy: „Zajmiemy się tym jutro”. Trudne pytania odkładamy na przyszłość. Tyle że w pewnych kwestiach jesteśmy już właściwie poza przyszłością. Powinniśmy rozwiązać niektóre z tych problemów już wcześniej. To przede wszystkim kwestia świadomości. I wcale nie musi być negatywna.

EM: Zgodnie z myślą, że wszystko ma dwie strony...

ID: Właśnie dlatego podoba mi się również twoja interpretacja tego tytułu jako przesłania nadziei. Może dawać nadzieję w sytuacjach, w których dzieją się naprawdę straszne rzeczy — że w końcu się skończą i nadejdą lepsze czasy. Ale musimy nad tym pracować. Musimy też spojrzeć na samych siebie i zastanowić się, jaka jest nasza rola w całym wszechświecie, w którym żyjemy, oraz jakie szkody sami powodujemy.

EM: Na przykład?

ID: Zmiany klimatu są tego dobrym przykładem. To my je powodujemy — niezależnie od tego, czy chcemy to zaakceptować, czy nie. Nie jesteśmy tutaj po to, żeby kogokolwiek pouczać i mówić ludziom, co mają robić, bo sami jesteśmy częścią tego problemu. Jesteśmy ludźmi i sami popełniamy błędy. Dlatego ten album jest bardziej obserwacją niż próbą głoszenia jakiejś prawdy. Po prostu poczuliśmy, że "Tomorrow Is Now Today" jest właściwym tytułem dla tej płyty i dla zawartych na niej piosenek. Spójrzmy choćby na tę straszną katastrofę powodziową, która wydarzyła się w Nepalu.

EM: Nagle okazało się więc, że coś, co wydaje się odległe, po prostu się dzieje...

ID: To, co dzieje się w takich miejscach, jest również konsekwencją naszych nawyków, tego, jak funkcjonujemy we współczesnym świecie i jak działa współczesny przemysł. Siły natury są ogromne. Nie wierzę, że doszłoby do niej w takiej formie, gdybyśmy nie ignorowali przez lata wszystkich ostrzeżeń dotyczących industrializacji, kapitalizmu i naszego lekceważącego stosunku do natury. Musimy uważać, żeby nie zachowywać się jak pasożyty tego świata. Powinniśmy nie tylko brać, ale również coś od siebie dawać. Musi istnieć równowaga między tym, co otrzymujemy, a tym, co oddajemy. Ostatecznie świat przetrwa. Jeśli będziemy nadal żyć tak jak teraz, to prędzej czy później to my znikniemy, a świat wciąż będzie istniał. Tak właśnie to widzę.

EM: W jednym z wywiadów powiedziałeś, że wydarzenia ostatnich lat — wojny, pandemia, dezinformacja — stały się czymś, czego jako artyści po prostu nie mogliście ignorować. Myślisz, że muzyka wciąż może realnie coś zmienić?

ID: Myślę, że kultura jako taka jest czymś, co pozwala ludziom żyć. Bez niej stajemy się niewolnikami przemysłu. Pracujemy, jemy, śpimy. I tak w kółko. Potrzebujemy kultury, potrzebujemy wzbogacenia naszego życia — dobrych książek, literatury, malarstwa, tańca, muzyki. Potrzebujemy tego, żeby otworzyć serce i uszy, żeby poczuć coś pozytywnego. Sztuka otwiera też przestrzeń do dyskusji. Muzyka może wyrażać określone stanowisko bez konieczności bycia agresywną. I właśnie na tym polega jej siła. A kiedy jesteś znanym artystą — szczególnie kimś znacznie większym niż my — ogromna liczba ludzi cię obserwuje. Ludzie cię uwielbiają, jesteś ich idolem. W takiej sytuacji naprawdę możesz coś zmienić. To bardzo potężne narzędzie.

EM: Historia zna wiele przypadków, kiedy muzyka szła za rękę w parze z rewolucją.

ID: Właśnie dlatego w niektórych krajach władze czy systemy nie lubią artystów, którzy zabierają głos. Artyści mają wpływ i pewną siłę. Artysta powinien mieć prawo do swobodnego wyrażania siebie. Muzyka, podobnie jak malarstwo, jest formą ekspresji — sposobem na przekazywanie emocji, myśli i własnych doświadczeń. Nie powinna być ograniczana ani cenzurowana. To oczywiście nie znaczy, że artysta zawsze ma rację. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i wszyscy popełniamy błędy. Ale to właśnie życie jest źródłem inspiracji. Muzyka może sprawić, że zaczniemy się nad czymś zastanawiać, wyrobimy własne zdanie, a swoje doświadczenia i emocje przełożymy na dźwięki. I to jest jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie może dać sztuka.

EM: Utwory Lesoir zostawiają sporo przestrzeni na własną interpretację słuchacza. Czy jest na nowym albumie piosenka, której znaczenie jest dla ciebie zupełnie inne niż to, które najprawdopodobniej odczyta z niej większość słuchaczy?

ID: Czasami zdarzało mi się myśleć, że doskonale wiem, o czym jest dany utwór. A potem mówiłem wokalistce: „Wiesz, ta piosenka jest o tym i o tym”. A ona odpowiadała: „Jesteś kompletnie w błędzie. Chodzi o coś zupełnie innego”. Myślę, że to również jest częścią decyzji, jaką podjęliśmy jako zespół. Nie chcemy narzucać słuchaczowi jednej właściwej interpretacji ani mówić, co jest dobre, a co złe. Jeśli słuchasz piosenki i wywołuje ona w tobie inne emocje albo opowiadasz dzięki niej zupełnie inną historię — w porządku. Słowa mogą mieć różne znaczenia.

EM: Poprzedni album "Push Back The Horizon" był mocno osadzony w rockowej stronie waszego brzmienia, podczas gdy ten wydaje się bardziej skupiony na atmosferze, melodii i emocjonalnych kontrastach.

ID: Ten album w pewnym sensie wyrósł z tego, że staliśmy się starsi. Chciałem też stworzyć płytę, która pozwoli nam wykorzystać rzeczy, które robimy na żywo. Gramy z perkusjonistą, a jeśli pozwala na to budżet, występujemy również z orkiestrą smyczkową. Tomorrow is now today jest po prostu kolejnym etapem naszej ewolucji. Poprzednia płyta była bardziej rockowa. Album jeszcze wcześniejszy był właściwie jednym, dwudziestominutowym utworem, w którym zawarliśmy wszystko, co wtedy przychodziło nam do głowy. Przechodził od indie do ciężkiego, niemal metalowego brzmienia, potem w stronę Americany, trip-hopu, post-rocka i wielu innych rzeczy. Jeszcze wcześniejszy album był w pewnym sensie bardzo tradycyjnym prog-rockiem, choć również pojawiały się na nim elementy trip-hopu. A poprzedzająca go płyta była mocno prog-metalowa. Było tam dużo ciężkiego grania, bardzo depresyjnego klimatu i duża orkiestra smyczkowa.

EM: Imponująco wiele światów muzycznych...

ID: Kiedy zaczynam pisać album, nigdy nie mam jasno określonej wizji tego, jak ma on ostatecznie brzmieć. To po prostu ewolucja mnie samego. Wpływa na nią mój wiek, rzeczy, które mnie spotykają, a także muzyka, której słucham. A słucham naprawdę bardzo dużo różnej muzyki. Nie ograniczam się tylko do progresywnego rocka. Słucham wielu różnych rzeczy i one w pewien sposób mnie kształtują. Pisanie muzyki jest mi potrzebne, żeby się zrelaksować i odciąć od świata. Niektórzy oglądają telewizję albo czytają książkę. Ja muszę wejść do studia i spróbować nagrać to, co czuję. Nie wiem nawet, czy później tego użyję. Po prostu muszę to zrobić.

EM: W najnowszym wydawnictwie pojawia się wspomniany kwartet smyczkowy. Co chcieliście osiągnąć dzięki żywym smyczkom, czego nie dałoby się uzyskać za pomocą syntezatorów, sampli czy typowych rockowych instrumentów?

ID: Człowieczeństwa. Ludzkiego pierwiastka. Jeśli posłuchasz naprawdę uważnie, usłyszysz nawet, jak muzycy oddychają. Słyszysz same smyczki, moment, w którym smyczek dotyka struny, te drobne skrzypnięcia. To są emocje. Tego nie da się zaprogramować. To różnica między komputerem a człowiekiem. Dokładnie tak samo było z perkusjonaliami. Mógłbym zaprogramować wszystkie partie perkusyjne. Mogłyby brzmieć świetnie, wszystkie sample mogłyby być perfekcyjne. Ale my chcieliśmy prawdziwych perkusjonaliów. Prawdziwe gitary. Wszystko więc jest prawdziwe.

EM: Włącznie z drobnymi ludzkimi niedoskonałościami.

ID: Czasami słychać nawet ludzi śmiejących się w tle i różne tego typu rzeczy. Zostawiliśmy to, ponieważ właśnie ten ludzki element sprawia, że dla mnie album żyje. Chciałem nagrać prawdziwy album, nie album stworzony przez AI. I tak też się stało. W stu procentach stworzyliśmy go my. Chciałem, żeby słuchacz miał wrażenie, że jest z nami w jednym pomieszczeniu. Że właśnie gramy, a on stoi obok i słyszy nas jako zespół. To było założeniem tej płyty. Nie miała być przesadnie wypolerowana. Miała być dobrze zagrana i dobrze zmiksowana, ale nie perfekcyjnie wygładzona.

EM: Wróćmy jeszcze do kwartetu smyczkowego. Jaką jeszcze różnicę wprowadza jego obecność na scenie rockowej?

ID: Magia grania na scenie z prawdziwymi smyczkami jest czymś wyjątkowym. To naprawdę piękne i daje muzyce ogromną głębię. Kiedy zacząłem pisać ten album, po raz kolejny zacząłem w ten sam sposób: grałem coś na gitarze, rozmawiałem z wokalistką, a potem stopniowo dokładaliśmy kolejne elementy. Coraz więcej i więcej. W pewnym momencie powiedzieliśmy sobie: „Tym razem naprawdę chcemy wykorzystać żywą perkusję. I chcemy prawdziwe smyczki”. A potem pojawiło się kolejne pytanie: skoro naprawdę chcemy, żeby te smyczki wybrzmiały na płycie, musimy zostawić im więcej przestrzeni niż na poprzednim albumie. To oznacza, że zaczynasz pisać muzykę w inny sposób. Nie możesz cały czas grać na pełnej intensywności. Zaczynasz znacznie bardziej świadomie pracować z dynamiką. Smyczki mogą być bardzo delikatne, ale mogą też zabrzmieć potężnie. Zaczynasz więc wykorzystywać tę różnorodność, a to ostatecznie wpływa również na sposób, w jaki piszesz piosenki.

EM: Współpracujecie z Johnem Kornfieldem od wielu lat. Jak wygląda moment, kiedy mówi wam: „To jest to, mamy właściwe ujęcie”? I jak często odpowiadacie wtedy: „Jeszcze nie”?

ID: John bardzo często pyta nas: „Czy to naprawdę sprzeda więcej płyt niż to, co już macie?”. Albo:_ „Czy ten błąd naprawdę pozbawi was stu sprzedanych albumów? Czy ten drobny dźwięk, który tam słyszycie, jest naprawdę powodem, dla którego utwór nie stanie się radiowym hitem?”_. I zawsze musimy odpowiedzieć: nie. Ale John nigdy nie jest osobą, która po prostu powie: „Dobra, to jest to” i zakończy pracę. Jeśli chcemy zrobić pięćdziesiąt ujęć, robimy pięćdziesiąt ujęć. Jest jednak pod pewnym względem bardzo oldschoolowym producentem. Zamiast nagrywać coś, a potem naprawiać komputerowo, mówi: „Nie. Spróbujmy jeszcze raz i nagrajmy właściwe ujęcie”.

EM: Czyli zamiast naprawiać nagranie później, szukacie właściwego wykonania.

ID: Dokładnie. Jeśli w najlepszym ujęciu jest jakiś drobny błąd, przeglądamy wcześniejsze nagrania i sprawdzamy, czy możemy znaleźć ten fragment w którymś z poprzednich podejść. Ale nigdy nie naprawiamy tego komputerowo. Jeśli już coś wymieniamy, to tylko na fragment, który rzeczywiście zagraliśmy podczas wcześniejszego ujęcia. To jest coś, co bardzo mi się podoba. Na tej płycie jest wiele ujęć, które nie są technicznie perfekcyjne. Ale emocje, atmosfera i ten charakterystyczny groove, który mieliśmy w danym momencie, były idealne. I dlatego właśnie wybraliśmy te wersję. Może nie każda nuta została zagrana idealnie. Być może mogliśmy wykonać ją technicznie jeszcze lepiej. Ale w tamtym konkretnym momencie właśnie to ujęcie było najlepsze. Najlepiej się czuliśmy, najlepiej brzmiała atmosfera. To właśnie John. I to jest jego siła. Sprawia, że w studiu czujesz się jak w domu. Daje ci poczucie, że możesz zrobić wszystko i że nic, co próbujesz, nie jest z góry złe. Kiedy nagrywaliśmy naszą pierwszą płytę, pracowaliśmy z producentem, który bardzo mocno naciskał. Był cały czas skupiony na tym, żeby wszystko było wykonane odpowiednio, i ludzie zaczynali się stresować. A wtedy pojawia się efekt odwrotny do zamierzonego. Kiedy jest za dużo presji, rzeczy przestają wychodzić tak, jak powinny. John pozwala ci zachować spokój. Tworzymy coś razem. Czerpiemy z tego przyjemność.

EM: W 2019 roku koncertowaliście z Riverside podczas ogromnej, pięciotygodniowej europejskiej trasy, a w 2023 roku wróciliście jako ich support. Co zmieniło się w Lesoir pomiędzy tymi dwiema trasami — poza oczywiście liczbą przejechanych kilometrów?

ID: Przeżyliśmy COVID. To właściwie najważniejsza różnica. Jedna trasa odbyła się przed pandemią, druga już po niej. Kiedy po raz pierwszy ruszyliśmy w trasę z Riverside, właściwie myśleliśmy, że może będzie to nasz ostatni album i ostatnia taka seria koncertów. Ale zainspirował nas Mariusz Duda, który jest niesamowicie pracowitym muzykiem. Jest bardzo zaangażowany w swoją muzykę i traktuje ją niezwykle profesjonalnie. Bardzo głęboko podchodzi do procesu twórczego — do tego, jak widzi muzykę, jak ją czuje i jak chce, żeby brzmiała na scenie. Cały zespół tworzył zresztą grupę bardzo wyrazistych osobowości. Dla mnie ta trasa była też lekcją. Pokazała mi, że jeśli ciężko pracujesz i naprawdę wierzysz we własną muzykę, możesz iść do przodu. W tamtym czasie byliśmy przy naszym czwartym albumie, "Latitude". To była cięższa, bardziej depresyjna płyta, z dużą ilością orkiestracji. Była związana z wojną i miała naprawdę ciężki charakter. Mieliśmy trudności z dotarciem z nią do szerszej publiczności. Dostawaliśmy wsparcie od ludzi ze sceny, ale mimo to słuchacze jakoś nie mogli się do tej muzyki przekonać. A potem dostaliśmy możliwość zagrania trasy z Riverside. I wtedy odkryliśmy coś bardzo ważnego: ludzie naprawdę to lubią.

EM: Jak wpłynęła na Was ta obserwacja?

ID: To bardzo nas zmotywowało. Kiedy skończyliśmy trasę, powiedzieliśmy sobie:_ „Dobra. Robimy kolejną płytę”_. I wtedy powstał "Mosaic", gdzie są trzy utwory, które powstały w 2020 roku — a teraz mamy 2026 i one nadal są w naszym secie. Jednym z nich jest „Dystopia”. To taki utwór, że jeśli go nie zagramy, mamy problemy z publicznością. Więc "Mosaic" okazał się dla nas naprawdę mocnym albumem. Dzięki tamtej trasie z Riverside i kontaktom, które wtedy nawiązaliśmy, dostaliśmy też około piętnastu koncertów, na których mieliśmy występować jako headlinerzy. Pomyśleliśmy więc: „Wow. Teraz naprawdę zaczyna się dziać”. I wtedy nagle uderzyła pandemia. Wszystko zostało wstrzymane. Pomyśleliśmy: „Cholera. Co teraz?”. Ale bardzo szybko doszliśmy do wniosku, że nie możemy po prostu usiąść i czekać. Nie chcieliśmy czekać, aż wszystko samo wróci do normy. Zaczęliśmy więc pisać "Babel" — ten dwudziestominutowy, dwudziestosekundowy utwór. Pomyśleliśmy: „Dobra, po prostu działamy dalej. Nadal tworzymy, nadal coś robimy. Bo jeśli usiądziemy i przestaniemy działać, wszystko może zniknąć”. I ten utwór naprawdę ruszył. Zagraliśmy jeden koncert na żywo i go zarejestrowaliśmy. Potem nagranie rozeszło się po całym świecie. Zaczęliśmy dostawać wiadomości i reakcje z różnych miejsc i pomyśleliśmy: „Wow. Ludzie naprawdę tego słuchają. Naprawdę im się to podoba”. Potem pandemia się skończyła i mogliśmy znowu zacząć grać. Pracowaliśmy nad nową płytą, "Push Back The Horizon", cały czas szukając dalszej drogi dla zespołu. I wtedy wydarzyło się coś jeszcze. Management Riverside jest jednocześnie naszym managementem. Kiedy więc Riverside planowało kolejną trasę, powiedzieli nam, że chcą dać nam jeszcze jedną szansę na wspólne koncertowanie. Powiedzieli mniej więcej: „Jesteście małym zespołem, ale widzimy, że inwestujecie w siebie, rozwijacie się i naprawdę się staracie. To nas motywuje. Chcemy więc ponownie dać wam tę możliwość”. I ta druga trasa również była świetna. Była krótsza, ale bardzo intensywna. I naprawdę mieliśmy z niej mnóstwo satysfakcji. Przeniosła nas o krok dalej, ponieważ wreszcie mogliśmy zaprezentować materiał z "Mosaic", zagrać część "Babel", a także pokazać nowe utwory. Pierwsza trasa właściwie pozwoliła nam utrzymać się na powierzchni jako zespołowi, a druga wyniosła nas na kolejny poziom.

EM: Czyli pierwsza trasa pomogła wam przetrwać, a druga pozwoliła się rozwinąć?

ID: Dokładnie. Kiedy wydaliśmy "Push Back to Horizon", dostaliśmy pierwszą propozycję zagrania koncertu w Polsce. Dla nas było to trochę jak spełnienie marzenia z listy rzeczy do zrobienia. Chcieliśmy zagrać w Polsce od bardzo dawna, ale nigdy wcześniej nie mieliśmy takiej możliwości. Druga trasa z Riverside nam to umożliwiła.

EM: Zagraliście cztery trasy jako headlinerzy w Chinach — doświadczenie, którego prawdopodobnie pozazdrościłaby wam większość europejskich zespołów. Czy chińska publiczność nauczyła was czegoś o waszej własnej muzyce, czego wcześniej nie dostrzegaliście w Europie?

ID: Ostatni raz byliśmy w Chinach chyba dziesięć lat temu. Trafiliśmy tam również dlatego, że nasz ówczesny basista był Chińczykiem. Powiedzieliśmy sobie wtedy: „OK, nie chcemy być wielcy w Japonii. Chcemy być wielcy w Chinach”. I po prostu zaczęliśmy działać w tym kierunku. Byliśmy jednymi z pierwszych europejskich zespołów, które pojawiły się w wielu chińskich miastach. Nie wiem, jak wygląda sytuacja z muzyką na żywo w Chinach dzisiaj, ale wtedy było to trochę… ani legalne, ani nielegalne. Znajdowało się gdzieś pomiędzy.

EM: Jaka jest publiczność w Chinach?

ID: To, co bardzo podobało mi się w Chińczykach, to ich ogromny entuzjazm. Nie zawsze dobrze mówili po angielsku, ale byli niezwykle przyjaźni. Byli też bardzo dumni ze swoich miast i chcieli nam je pokazywać. Nie dostawaliśmy jednak właściwie żadnego konkretnego feedbacku dotyczącego naszej muzyki. Myślę, że niewiele zespołów grających progresywnego rocka występowało wtedy w Chinach przed nami. Prawdopodobnie byliśmy jednymi z pierwszych. Wiele rzeczy, które graliśmy, było więc dla tamtejszej publiczności czymś dziwnym czy nietypowym. Ale mimo wszystko bardzo im się podobało. Do dziś zresztą co roku dostaję całkiem sporo tantiem z Chin za emisje naszej muzyki. W pewnym sensie oznacza to więc, że nasza muzyka została tam przyjęta. A czego nas nauczyli? Chiński rząd nauczył nas przede wszystkim, że trzeba bardzo uważać na to, co zapisujesz w tekstach. Sprawdzają wszystkie teksty piosenek. Jeśli są zbyt polityczne, zbyt antykomunistyczne czy w jakikolwiek sposób uznane za niewłaściwe, możesz nie dostać pozwolenia na wjazd do kraju. To właściwie jedyna rzecz. Poza tym nigdy nie mieliśmy żadnych problemów i naprawdę świetnie wspominamy ten czas. Gdyby ktoś powiedział mi dzisiaj: „Możesz wrócić do Chin na weekendową trasę”, pojechałbym natychmiast.

EM: Jestem ciekawa też doświadczeń logistycznych.

ID: To była ogromna szkoła. Podczas drugiej trasy spędziliśmy w Chinach około trzech tygodni i zagraliśmy chyba 24 koncerty w całym kraju. Nie mogliśmy zabrać ze sobą całego sprzętu. Podróżowaliśmy więc wszędzie szybkimi pociągami. Mieliśmy ze sobą gitary, kontroler MIDI do klawiszy, graliśmy na dostępnych na miejscu bębnach i za każdym razem musieliśmy jakoś sprawić, żeby to zadziałało. To naprawdę daje ci w kość, bo musisz wyjść na scenę i dać z siebie wszystko za każdym razem — niezależnie od tego, jak wygląda sytuacja techniczna. Nawet jeśli nagłośnienie było fatalne. Graliśmy też kiedyś koncert przy stole bilardowym. Każdy klub był inny, sceny miały różne poziomy, warunki były kompletnie nieprzewidywalne. Ale z drugiej strony graliśmy też na naprawdę ogromnych festiwalach, między innymi razem z Lacuna Coil. Występowaliśmy przed około 60 tysiącami szalonych chińskich fanów, a koncert był transmitowany w ogólnokrajowej telewizji. To było bardzo dobre doświadczenie. Nauczyło nas przede wszystkim, jak być zespołem, jak występować i dawać z siebie wszystko niezależnie od tego, w jakich warunkach technicznych przyszło nam grać.

EM: Kiedy dzisiaj słuchasz swoich najwcześniejszych nagrań, co słyszysz jako pierwsze: zespół, którym kiedyś byliście, czy raczej zespół, z którego musieliście wyrosnąć, żeby stać się Lesoir, którym jesteście dzisiaj?

ID: Właśnie zremiksowałem nasz debiutancki album, wkrótce ukaże się więc jego nowa wersja. Kiedy usłyszałem nowe miksy, naprawdę się wzruszyłem. Bo nagle usłyszałem w nich wszystkie elementy, które słyszysz w naszej muzyce dzisiaj. Tylko wtedy wszystko było jak eksplozja. Byliśmy młodzi i po prostu robiliśmy swoje. Maartje miała w głosie mnóstwo agresji, a gitary miały bardzo mocne, grunge’owe brzmienie rodem z lat 90. Dzisiaj wszystko jest trochę bardziej subtelne, dojrzalsze. Ale wtedy byliśmy młodzi i wolni. Świetnie słuchało mi się tej płyty. Przez co najmniej dziesięć lat w ogóle jej nie słuchałem, ponieważ jej nie znosiłem. Nienawidziłem pierwszego miksu. Uważałem, że źle zrobiliśmy ten album. Nie mogłem uwierzyć, że tak go wtedy nagraliśmy, ale po prostu brzmiał inaczej, niż chciałem, żeby brzmiał. W zeszłym roku dostałem w końcu możliwość finansową, żeby zrobić jego remiks. Było niesamowicie. I nie sądzę, że tak naprawdę wyrosłem z tego albumu. Po prostu dzisiaj brzmi to inaczej. Zawsze jestem związany z każdym albumem, który nagraliśmy.

Każdy album to inny etap życia i inny moment, inny wiek. Wiesz, najpierw byliśmy młodzi, potem byliśmy studentami, później dostaliśmy pierwsze prace, potem zostaliśmy rodzicami, a następnie kupiliśmy pierwszy dom. Muzyka po prostu dorasta razem z tobą. Ale to wciąż my. Nadal słyszysz w niej właśnie nas.

LESOIR (koncerty jako gość specjalny Anneke Van Giersbergen):

21.11. Kraków, Hype Park

22.11. Warszawa, Proxima

Bilety: https://www.ebilet.pl/muzyka/rock/anneke-van-giersbergen

Powiązane materiały