Lone Assembly

WywiadEwelina Marek / foto: Margaux FazioGlenn Le MeurLive Nation Polska
Lone Assembly

Gdyby post-punk miał dziś napisać do nas list, prawdopodobnie podpisałaby go grupa Lone Assembly. Ich muzyka nie jest rekonstrukcją minionej epoki, lecz dowodem na to, że melancholia nie zna dat ważności. W rozmowie z Eweliną Marek Glenn Le Meur opowiada o przyjaźni, która po latach zamieniła się w zespół, fascynacji emocjonalnym ciężarem new wave oraz o tym, dlaczego czasem największe więzy nosimy w sobie.

Ewelina Marek: Zacznijmy od początku... Jestem ciekawa jak narodził się współczesny przedstawiciel retro, nieco zapomnianego już gatunku new romantic.

Glenn Le Meur: Historia Lone Assembly zaczyna się w 2019 roku, ale tak naprawdę wszystko ma swoje korzenie znacznie wcześniej. Raphaël Bressler, nasz wokalista, i ja znamy się od czasów liceum. Mieliśmy wtedy 16–17 lat. Poznaliśmy się w szkole i już wtedy marzyliśmy o wspólnym graniu. Problem polegał na tym, że każdy z nas miał własny zespół, więc ten pomysł nigdy nie doczekał się realizacji. Po ukończeniu szkoły nasze drogi na kilka lat trochę się rozeszły. Nie widywaliśmy się zbyt często, aż w 2019 roku dostałem od Raphaëla wiadomość z propozycją spotkania przy drinku.

EM: Brzmi jak początek wspólnej artystycznej drogi.

GLM: Tak. Właśnie podczas tego spotkania puścił mi kilka swoich demówek i powiedział: „Glenn, mam projekt. Chciałbym założyć nowy zespół. Byłbyś zainteresowany dołączeniem?”. To było zabawne, bo kiedy usłyszałem te nagrania, od razu pomyślałem: „Stary, to jest naprawdę świetne”. Co ciekawe, były to bardzo surowe szkice – jedynie fortepian i wokal. Jako gitarzysta od razu zacząłem wyobrażać sobie, co mógłbym do nich dodać i jak mogłyby zabrzmieć w pełnym składzie. Właśnie w ten sposób narodziło się Lone Assembly.

EM: Co było dalej?

GLM: W 2019 roku mieliśmy już pierwsze utwory, które chcieliśmy razem grać. Przez kolejne lata rozwijaliśmy ten materiał, aż w pewnym momencie uznaliśmy, że chcemy stworzyć pełnoprawny zespół. Dołączył do nas Jim Bodeman, który objął rolę basisty, a później także Romain Segu na perkusji. Wtedy Lone Assembly przybrało kształt, który znamy dziś.

EM: Skąd wzięła się tajemnicza nazwa Lone Assembly?

GLM: Kiedy zakładasz zespół rockowy, znalezienie nazwy, której nikt wcześniej nie użył, okazuje się zaskakująco trudne. Za każdym razem wygląda to podobnie – wpadasz na pomysł, myślisz: „To brzmi świetnie”, a chwilę później okazuje się, że gdzieś na świecie istnieje już zespół o dokładnie takiej samej nazwie. Nam od początku bardzo zależało na oryginalności. Chcieliśmy mieć pewność, że Lone Assembly będzie jedynym Lone Assembly na świecie. Pamiętam, że bardzo spodobało nam się słowo Assembly. Potem niemal naturalnie pojawiło się zestawienie Lone Assembly i od razu poczuliśmy, że to działa. Podobała nam się również symbolika tej nazwy. Kojarzy się z pewnym paradoksem – z byciem samotnym, a jednocześnie otoczonym przez innych ludzi. Właśnie ten obraz bardzo do nas przemówił i dlatego ostatecznie zdecydowaliśmy się na tę nazwę.

EM: W waszej muzyce słychać zarówno synth-pop, romantyzm, jak i ducha klasycznego post-punku. Fantazyjna mieszanka.

GLM: Szczerze mówiąc, w ogóle tego nie kontrolujemy. Tak po prostu wygląda nasz sposób komponowania. Wiele osób mówi nam, że mocno czerpiemy z post-punku czy dark wave'u, ale dla nas to wszystko pojawiło się całkowicie naturalnie. Nigdy nie usiedliśmy i nie powiedzieliśmy sobie: „Dobra, będziemy grać właśnie taki gatunek muzyki”. Oczywiście ogromny wpływ wywarły na nas zespoły takie jak Depeche Mode czy Joy Division. Dorastaliśmy, słuchając tej muzyki i trudno zaprzeczyć, że zostawiła w nas ślad. Jednak kiedy zaczęliśmy pisać własne utwory, ten charakter brzmienia po prostu sam się wyłonił.

EM: Co Was oczarowało w post-punkowej warstwie new-wave?

GLM: Sposób przekazywania emocji. To muzyka niezwykle emocjonalna, pełna napięcia i wrażliwości. Bardzo często jest też smutna, a my po prostu lubimy smutne piosenki. Myślę więc, że taki kierunek był dla nas czymś zupełnie naturalnym.

EM: Kiedy rodzi się nowy utwór Lone Assembly, od czego zazwyczaj wszystko się zaczyna – od melodii, tekstu czy może od atmosfery?

GLM: Najczęściej punktem wyjścia są bardzo proste pomysły Raphaëla. Przynosi szkic oparty na progresji akordów i linii wokalnej. Czasami ma już gotowy tekst, a czasami są to jedynie melodia i zarys utworu. Przy naszym ostatnim albumie Knots and Chains wyglądało to jednak nieco inaczej. W większości przypadków najpierw powstawały melodie, a dopiero później Raphaël dopisywał do nich teksty. Oczywiście zdarzały się też utwory, które od początku miały gotowe słowa. Jak to zwykle bywa w muzyce, zanim wejdzie się do studia, wiele rzeczy jeszcze się zmienia. Słuchamy tych piosenek w kółko, analizujemy je i naturalnie wprowadzamy poprawki. Bywa też, że to ja przynoszę pomysł – gitarowy riff, czasem linię basu, rytm perkusji albo jakiś inny muzyczny motyw. Najważniejsze jest dla nas to, że tworzymy razem.

EM: Ważnym aspektem jest też chyba miejsce?

GLM: To ciekawe, bo proces powstawania utworów Lone Assembly właściwie odbywa się w dwóch światach. Pierwszy to pokój Raphaëla, gdzie rodzą się pierwsze szkice i pomysły. Później przenosimy się do naszej Sali prób w Lozannie, do niewielkiego studia, gdzie gramy te utwory bez końca – raz za razem – aż w końcu odnajdujemy ich właściwy kształt i brzmienie. W ten sposób po prostu składamy kolejne elementy, aż wszystko zaczyna dobrze brzmieć. Potem przygotowujemy właściwe demo, słuchamy go ponownie i dopiero wtedy wchodzimy do studia, żeby nagrać finalną wersję.

EM: Jak dziś właściwie wygląda szwajcarska scena new wave i post-punku? Czujecie się jej częścią, czy raczej funkcjonujecie trochę obok niej?

GLM: To ciekawe pytanie, bo Szwajcaria jest przecież niewielkim krajem. Muzyków jest tu sporo, ale zespołów poruszających się w klimatach post-punku i new wave nie ma aż tak wiele. W naszym regionie działają właściwie dwa zaprzyjaźnione zespoły, z którymi utrzymujemy kontakt, i to naprawdę świetna sprawa. Paradoks polega jednak na tym, że… sami stosunkowo rzadko gramy w Szwajcarii. Bardzo chcielibyśmy koncertować tutaj częściej, ale na obecnym etapie działalności większość naszych występów odbywa się za granicą. Najczęściej gramy w Niemczech, Holandii czy Europie Wschodniej. Dlatego nasza relacja z lokalną sceną jest trochę nietypowa. Uwielbiamy ją, chodzimy na koncerty i wspieramy inne zespoły, ale jednocześnie nie zawsze czujemy się jej pełnoprawną częścią. Skoro sami tak rzadko występujemy w Szwajcarii, trudno mieć poczucie, że naprawdę się do niej należy. To dość skomplikowane uczucie.

EM: W Niemczech zagraliście w ubiegłym roku na Wave-Gotik-Treffen. To musiało być wyjątkowego doświadczenie.

GLM: Wydaje mi się, że Wave-Gotik-Treffen był chyba naszym dopiero siódmym koncertem w historii. Byliśmy więc naprawdę początkującym zespołem. Mieliśmy ogromne szczęście, że dostaliśmy taką możliwość, bo po raz pierwszy graliśmy przed tak dużą publicznością. Dla mnie osobiście było to coś wyjątkowego, ponieważ od dawna jestem związany ze sceną gotycką. Słucham takiej muzyki właściwie przez całe życie, więc występ na tym festiwalu był pewnego rodzaju przywilejem.

EM: Odczułeś chemię między zespołem a publiką?

GLM: Najbardziej uderzyło mnie to, jak bardzo ludzie byli zaangażowani w muzykę. Czuć było ich pasję i prawdziwe oddanie tej kulturze. Oczywiście na początku byliśmy trochę przerażeni, bo liczba osób przed sceną robiła ogromne wrażenie – szczególnie że nigdy wcześniej nie graliśmy dla tak dużej publiczności. Później jednak wszystko nabrało zupełnie innego wymiaru. Poszliśmy do stoiska z naszymi materiałami, sprzedaliśmy sporo rzeczy, mieliśmy okazję porozmawiać z wieloma osobami, nawiązać nowe znajomości i przede wszystkim usłyszeć bezpośrednie reakcje ludzi na nasz występ. To było naprawdę niesamowite doświadczenie. Bardzo chcielibyśmy kiedyś wrócić na Wave-Gotik-Treffen.

M: Jesienią po raz pierwszy zagracie koncerty w Polsce. Czy mieliście już wcześniej okazję odwiedzić nasz kraj?

GLM: Nie, chociaż mam w rodzinie polskie korzenie. Moja babcia była w połowie Niemką, a w połowie Polką, więc może będzie to dla mnie trochę taka muzyczna pielgrzymka. Nie wiem, czy ktoś z pozostałych chłopaków już tutaj był – być może nasz basista miał okazję odwiedzić ten kraj – ale dla większości z nas będzie to nowe doświadczenie. Bardzo czekamy na spotkanie z publicznością, poznanie ludzi, zagranie dobrego koncertu i po prostu wspólne przeżycie tego wieczoru. Myślę, że będzie świetnie.

EM: Wasz najnowszy album "Knots and Chains", w pewnym sensie podsumowuje dużą część waszej dotychczasowej historii. To bardzo sugestywny tytuł. Co oznaczają dla was „knots” i „chains”? Czy ta płyta jest spójną opowieścią, czy raczej zbiorem różnych emocjonalnych fragmentów połączonych wspólnym motywem?

GLM: Zawsze jest mi trochę trudno mówić o takich rzeczach, bo to nie ja piszę teksty – to oczywiście zadanie Raphaëla. Ale spróbuję odpowiedzieć za niego, ponieważ mam z tymi tekstami bardzo głęboką więź. Być może jeszcze do tego wrócimy, ale mogę powiedzieć, że kiedy tworzę rzeczy wizualne dla zespołu – zajmuję się między innymi projektami graficznymi – bardzo dokładnie zagłębiam się w nasze teksty.

Dla Raphaëla głównym tematem tego albumu była idea kontroli – w każdym możliwym znaczeniu. Chodziło o kontrolę emocji, relacji miłosnych, przyjaźni z innymi ludźmi i wielu innych aspektów życia. Bardzo podoba nam się obraz zawarty w tytule "Knots and Chains". „Węzły” (knots) są czymś, co dzieje się bardziej wewnątrz nas. Kiedy jesteśmy zestresowani, niespokojni albo przeżywamy trudne emocje, często mówimy przecież, że mamy „węzeł w środku”, czujemy napięcie w ciele. To coś ukrytego, wewnętrznego.

Z kolei „łańcuchy” (chains) kojarzą się bardziej z czymś zewnętrznym – z czymś, co nas ogranicza, co nas wiąże, jakbyśmy byli przez coś przykuci. Bardzo podobała nam się ta metafora i właśnie dlatego stała się tytułem albumu. Zresztą nazwa pochodzi z naszego utworu „In the Open” – to jedyny moment na płycie, kiedy Raphaël śpiewa słowa „knots and chains”.

EM: Słowa w Waszej muzyce są mocno wyeksponowane.

GLM: Dla nas teksty są niezwykle ważne, bo zawsze chcieliśmy, żeby nasze piosenki niosły jakiś przekaz. Proces pisania utworu nie polega dla nas tylko na stworzeniu ładnej melodii – słowa muszą mieć znaczenie, muszą coś wyrażać i przekazywać jakąś myśl. Może być to wiadomość pełna nadziei albo refleksja nad czymś trudnym, ale zawsze musi za tym coś stać. Nie chcemy śpiewać rzeczy pozbawionych sensu. To dla nas bardzo ważne, żeby muzyka miała prawdziwe emocjonalne znaczenie.

LONE ASSEMBLY:

13.11. Poznań, Pod Minogą

14.11. Piekary Śląskie, OK Andaluzja

15.11. Warszawa, Potok

Bilety: Bilety24.pl, Ebilet.pl, Kupbilecik.pl, independentmusicmarket.pl

Powiązane materiały