Martini Police

Łódzka grupa Martini Police wydała niedawno koncertowy album "Martini Police - Live w Studio im. Henryka Debicha". Jest to następca znakomicie przyjętego ubiegłorocznego debiutanckiego krążka "Powrót Z Gwiazd", który opowiada autorską fikcyjną historię utrzymaną w koncepcji fantastyki naukowej. Opowieść rozpoczyna się w 2061 roku w równoległej rzeczywistości. O kulisach powstania obu płyt i nawiązaniach do twórczości Stanisława Lema opowiedział nam lider Martini Police - Robert Kodłubański.
GS: Wydaliście niedawno mini album koncertowy. Jest to rzecz rzadko spotykana, aby debiutujący zespół zaraz po wydaniu pierwszej płyty publikował album live…
RK: Wydaje mi się, że chcieliśmy przy nagrywaniu płyty studyjnej zbliżyć się do już teraz historycznego sposobu nagrywania muzyki, czyli aby zespół grał razem w jednym pomieszczeniu i żeby wszyscy muzycy tworzyli między sobą energię. Zależało nam na uchwyceniu tego. Na samym początku tego projektu padł pomysł, żeby w studio im. Debicha w Radiu Łódź nagrać wersję live, która miała się ukazać trochę wcześniej. Niestety dłużej nam się zeszło z kwestiami technicznymi.
GS: Czemu na tym wydawnictwie koncertowym znalazła się tylko część utworów z Waszej debiutanckiej płyty. Rozumiem, że na pewno mieliście ograniczenie czasowe, ale więcej utworów nie dało się nagrać?
RK: Dało się, natomiast było to motywowane kilkoma rzeczami. Po pierwsze: kwestią kosztów, bo jednak rejestracja materiału oraz jego miks oraz mastering dużo nas kosztował. Pod drugie: czasowo, bo zajmujemy się także miksowaniem, a jesteśmy już w trakcie robienia już tworzenia i wkrótce rejestracji materiału na drugą płytę. Więc nie byliśmy w stanie zrobić tego wszystkiego tak, jak byśmy chcieli. Tak więc trzeba było rozłożyć siły. A już wkrótce minie rok od premiery naszego pierwszego albumu, więc musimy działać już z drugim krążkiem.
GS: Czy nagrywając album „Powrót z gwiazd” weszliście do studia już z przygotowanym materiałem? Czy on powstawał dopiero w studiu?
RK: Kompozycje musiały być skończone, zanim weszliśmy do studia, właśnie ze względu na to, że graliśmy je razem. Oczywiście nie byliśmy w stanie wbić wszystkiego w czterech-pięciu muzyków, więc potem były robione over duby i dogrywaliśmy jeszcze dźwięki, których fizycznie nie byliśmy w stanie nagrać razem. Wokale także były nagrywane osobno, bo nie byliśmy w stanie zrobić tego tak spokojnie tak zrobić, żeby to działało. Live room był całkiem spory, ale tak, żeby nagrać wokale i żeby je potem technicznie spiąć, to nie było takiej możliwości. Tak więc pracowaliśmy też nad tymi kompozycjami potem, kiedy były już zarejestrowane. Nagrywanie było rozbite na cztery wyjazdy, więc w międzyczasie mogliśmy sobie pracować nad utworami. Nagrywaliśmy kilka utworów, wyjeżdżaliśmy, wracaliśmy, znowu nagrywaliśmy i tak dalej, i tak dalej.
GS: Czyli nie mieliście problemu z przeniesieniem tego materiału później na koncert? Czasami zespoły mają problemy ze zmianami aranżacji na koncertowe….
RK: Zupełnie nie. Potem tylko jeszcze rozbudowaliśmy ten koncept koncertowy na live'ach. Potem też się pojawiły Basia i Marta czyli dziewczyny, które śpiewają z nami na żywo. Także rozwijaliśmy ten koncept, dobudowywaliśmy pewne elementy, natomiast nie było problemu, żeby to potem zagrać na żywo.
GS: Tytuł płyty „Powrót z gwiazd” kojarzy się z tak samo zatytułowaną książką Stanisława Lema. Czy była ona bodźcem dla powstania tej płyty?
RK: Tak, jak najbardziej. Moim pierwszym kontaktem z Lemem było „Solaris”. To jego najsłynniejsza książka sfilmowana przez Soderbergh’a. Ale potem zacząłem wchodzić dalej w temat tych niezekranizowanych książek Lema i szczególnie „Powrót z gwiazd” ze względu na niesamowitą aktualność przemyśleń zawartych w tej książce, pomimo, że została napisana w latach 60-tych ubiegłego wieku. Znakomicie jest tam przedstawione, jak bardzo obcy może się wydawać świat ze względu na zmiany, szczególnie te technologiczne. Kiedy pisaliśmy materiał na tę płytę nie było AI, nie było tego wszystkiego, co się teraz wydarzyło na przestrzeni ostatnich lat. Więc kiedy budowaliśmy całą tą narrację i wizję opartą o pomysły z prozy Lema, to nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak szybko to się zacznie dziać. Jest tam też poruszony temat betryzacji czyli wyeliminowania z psychiki ludzi agresji i takiego wyobcowania ze społeczeństwa, które dla głównego bohatera poszło w zupełnie obcym dla niego kierunku oraz zostało pokazane stworzenie bezpiecznego społeczeństwa, w którym nie ma żadnego ryzyka, nie ma problemów. Nie ma czegoś takiego, że musisz przywiązać się do czegoś i pójść w coś na 100%. I nie ma kroku w tył, nie ma odwrotu. Główny bohater jeździ pojazdem, w którym jest generator tarczy, która go przy uderzeniu wyhamowuje. On po prostu wymontowuje to urządzenie i wyrzuca, a następnie rozbija się tym pojazdem właśnie po to, żeby mieć wolność zrobienia czegoś, co nie jest do końca zabezpieczone przez otaczającą go technologię i system. No i widzę w tym mocną paralelę do tego, co się dzieje teraz wokół nas. Relacje damsko-męskie są tam w bardzo ciekawy sposób pokazane.
GS: Akcja Waszej płyty dzieje się w 2061 roku i jest na niej przesłanie dla przyszłych elit….
RK: Spotkałem się z taką opinią i myślę, że ona jest w dużej części usprawiedliwiona, że warstwa tekstowa tej płyty jest dosyć negatywna, a rzeczywistość tam przedstawiona jest dystopijna i że jesteśmy pogubieni w tej nowoczesności. To na pewno tam jest. Natomiast w ostatnim utworze zamykającym płytę zatytułowanym „California”, staraliśmy się zawrzeć przesłanie, które jest w pewnym sensie pozytywne. I to właśnie też Lem był inspiracją do napisania tej piosenki. Jest taki moment w filmie „Solaris”, kiedy główny bohater słucha nagrania, w którym Gibarian opowiada, że przemierzamy przestrzeń kosmiczną, ale tak naprawdę nie chcemy nowych światów, nie szukamy ich. Jedne planety wyobrażamy sobie jako lodowe, inne jako pustynne, jako dżungle i tak dalej. Mówi, że szukamy luster, szukamy odbić naszej własnej planety, naszego własnego domu w przestrzeni kosmicznej i że tak naprawdę wszystko, co jest nam potrzebne i wszystko, co tak naprawdę czyni z nas ludzi i ma faktyczne znaczenie na ziemi jest w domu. I że oddalenie się od Ziemi, nabycie tego dystansu jest narzędziem, które pozwala nam obiektywnie spojrzeć na to co tak naprawdę jest ważne i istotne. To zagadnienie jest fajnie przedstawione w filmie „Pierwszy człowiek” z Ryanem Goslingiem w roli głównej. Na odprawie podczas której wybierano kandydatów na pierwszy lot na księżyc zadano mu pytanie: „Co pan uważa, za najważniejszą rzecz, którą osiągniemy lecąc na Księżyc?”. On odpowiedział, że możliwość stanięcia na innym globie, w tym przypadku srebrnym, i spojrzenie na nasz świat z tamtej perspektywy. Nie jesteśmy w stanie tego zrobić w inny sposób niż po prostu lecąc tam.
GS: Tak, jest to świetny film. Wspomniałeś już o pracy nad drugim albumem. Czy to będzie jakieś płyta, która będzie nawiązywała do debiutu tematycznie, czy pójdziecie zupełnie w inną stronę tematycznie?
RK: Nie wiem, czy to będzie aż tak rygorystyczny „koncept album” jak nasz debiut, ale na pewno będzie to w mniejszym lub większym stopniu kontynuacja „Powrotu z gwiazd”. Ta płyta ciągle powstaje, więc nie jestem w stanie teraz powiedzieć, jak ona będzie brzmiała. Nie powiedzieliśmy jeszcze wszystkiego w tej estetyce. Muzycznie nowa płyta będzie się różniła od „Powrotu z gwiazd”, natomiast to będzie taka w miarę koherentna kontynuacja, w tym roku będziemy dalej grali koncerty promujące „Powrót z gwiazd”. Chcemy, żeby ta opowieść dotarła do jak największej ilości osób i słuchaczy. Nie wyczerpały nam się pomysły co jeszcze możemy zrobić w 2061 roku, jeszcze nie wyczerpały nam się pomysły muzyczne, a wręcz jest ich na tyle dużo, że po prostu szkoda by nam było to po prostu odrzucić w imię tego, żeby artystycznie pójść w inną stronę.
Oczywiście bardzo byśmy chcieli. To jest bardzo kuszące, bo mamy super pomysły na to jak zrobić następne płyty, ale wierzymy głęboko, że jeszcze jest w tym pomyśle pod tytułem „Powrót z gwiazd” masa potencjału. Przynajmniej na jedną płytę. Mamy już ponad połowę tego drugiego albumu i wydaje mi się, że będzie to naprawdę bardzo dobry materiał. Natomiast pójdziemy w troszkę inną stronę, jeżeli chodzi o narrację, czyli jakby postawimy pewnego rodzaju kropkę albo przecinek w tej opowieści, która była wcześniej i pójdziemy w trochę inną część tego uniwersum. Trochę poszerzymy ten 2061 rok w trochę inną stronę, ale nadal będzie to próba zadawania pytań na kwestie dotyczące tego, co się dzieje teraz i posługiwania się językiem science fiction jako narzędziem, żeby móc o tym porozmawiać.
GS: Czyli uważasz Martini Police za podmiot, dzięki któremu ludzie mogą pomyśleć o pewnych istotnych sprawach?
RK: Zawsze chciałem, żeby tak było. Podobnie jak koledzy z zespołu. Chcieliśmy, by to był projekt wielowarstwowy. Jesteśmy przekonani co do tego, że większość osób, które słuchają naszej muzyki, nie będzie wchodziła tak głęboko w tą kosmiczną narrację. Po prostu fajna muzyka, coś tam z kosmosem, taka retro i tyle. To jest jakby pierwszy odbiór tego, ale można w to wejść dalej, można zobaczyć nasze social media, obejrzeć teledyski, można odkrywać ten świat, a potem wejść i wpaść jeszcze dalej. Można kupić płytę i tam w środku przeczytać całą tą opowieść. Chodzi nam o to, by ludzie wiedzieli, że to nie jest wydmuszka. To nie jest tylko taka warstewka rozrywkowa, która ma wzbogacić treść.
Pamiętam, że kiedy ukazał się serial „Wiedźmin”, to dużo rzeczy zostało pominiętych lub spłaszczonych w porównaniu z książką. I odpowiedź twórców tego serialu była taka, że ludzie w naszych czasach nie mają czasu zagłębiać się, że są ważne emocje, że są ważne szybkie sceny, że nikt nie będzie siedział i się zastanawiał nad tym. No to właśnie my chcieliśmy zrobić coś odwrotnego.

