Martyna Sabak

WywiadGrzegorz Szklarek / foto: Karola Sykut
Martyna Sabak

Druga płyta Martyny Sabak "Nic nie trzeba", to kontynuacja udanego debiutu. Artystka na lekko, w przystępnych piosenkowych formach opowiada o codziennych zmaganiach każdego z nas i dzieli się własnymi refleksjami na temat życiowych rozterek. W związku z premierą tego albumu wokalistka odpowiedziała na serię naszych pytań.

GS: Na pierwszej płycie śpiewałaś, że mało jeszcze wiesz o życiu. Słuchając nowego albumu, zwłaszcza utworu tytułowego, mam wrażenie, że o tym życiu już wiesz coraz więcej, bo teksty są bardzo dojrzałe.

MS: Na pewno. Wydaje mi się, że na drugiej płycie akceptuję to, że chyba nigdy nie dowiem o życiu tyle, ile bym chciała i zawsze będzie mnie ono zaskakiwało. Chcę umieć odnajdywać się w tej rzeczywistości poprzez to, że jestem w zgodzie sama ze sobą i z tym co mnie spotyka. Teksty na tym albumie to obserwacje codziennego życia. Zawsze mówię, że różne sytuacje przelewam na piosenki, bo te teksty to chwile z życia, które przenoszę na papier, a potem na nutki w ten sposób dają upust moim emocjom.

GS: Zwróciłem na to uwagę, bo Twoje teksty to nie jest poezja, tylko używasz języka codziennego.

MS: Tak, zdecydowanie. Potem trochę się gimnastykuje ze słownikami, czytam książki, słucham innych tekstów, by się inspirować nowymi słowami, poszerzać spektrum języka, którego używam. Ale właśnie to nie jest tak, że czuję się tekściarką, która pisze poezję, tylko staram się subtelnie przekazać to, co się rodzi w mojej głowie..

GS: Uważasz muzykę i swoje piosenki za formę terapii lub autoterapii?

MS: Zawsze się boję tych określeń, ale jeżeli komuś coś dają moje utwory to się bardzo cieszę, ale myślę, że przede wszystkim sama odnalazłam jakiś pomysł na to, by swoje przeżycia umieszczać w tych kompozycjach. To nie jest zamierzone. Tylko kiedyś spostrzegłam, że jak wstawię coś osobistego do mojego utworu, to łatwiej to potem przeżywam w mojej codzienności, w praktyce. Więc to jest tak, że jesli coś mnie interesuje, trapi, cieszy, ciekawi to często zaczynam robić o tym piosenkę, żeby sobie to ułożyć w głowie, ale to się dzieje naturalnie. To tak jak w życiu: jeśli mam jakąś sprawę do przegadania i chociażby podzielę się z koleżanką , czy z mężem, czy z kimś bliskim, to widzę, że ten temat już dalej pracuje. Od małego zawsze sobie notowałam różne przemyślenia. Im bardziej zapoznaję się z tematem, tym bardziej jest on dla mnie oswojony. Tak więc te utwory też pełnią taką funkcję, że dzięki nim oswajam się z rzeczywistością. Potem mogę to przeczytać i zobaczyć coś z innej perspektywy, dać temu czas, by to trochę wyschło. To jest jak z farbą na ścianie: maluję pierwszą warstwę i potem z upływem czasu patrzę na to z innymi emocjami. Więc to pisanie, przelewanie na papier jest dla mnie czymś takim, co pozwala potem głębiej patrzeć na tematy, które w pierwszej chwili potrafią drażnić lub niezwykle cieszyć, a potem w dalszej perspektywie okazuje się, że nie były tak mocne, że to moja głowa sprawiła, jak coś widziałam, a nie że takim było. Więc pisanie w życiu zawsze u mnie było obecne. A z racji, że kocham muzykę, to wykorzystuję to jako środek przekazu.

GS: A czemu w ogóle założyłaś ten solowy projekt? Bo pracujesz w teatrze, masz na koncie zespół B6 i kilka innych projektów w których się sprawdzasz jako artystka.

MS: Moja droga artystyczna jest na tyle specyficzna, że nigdy nie planowałam być osobą, która będzie występowała oraz tworzyła autorskie rzecz. Muzyka w moim życiu była od zawsze, bo tata grał na gitarze w domu gdy byłam mała, śpiewał różne melodie. W ogóle wychowałam się na polskiej muzyce rockowej. Więc kiedy studiowałam farmację dostałam się do teatru amatorskiego ITP w Lublinie. I tam miałam przestrzeń, aby swój talent rozwijać, lecz wtedy nie wiedziałam, że może być z tego coś więcej. Bardzo to lubiłam i wiedziałam, że poświęcam temu tak dużo energii i radości, bo daje mi to duże poczucie spełnienia i radość. Trafiłam także na odpowiednie osoby we właściwym momencie mojego życia, które powiedziały, abym może spróbowała studiować jazz? Wiedziałam już, że będę farmaceutką, ale chciałam więcej, więc poszłam na egzaminy na wokal na Wydziale Jazzu i kiedy się tam dostałam, to weszłam na inny poziom myślenia, nie tylko amatorski. Skoro ludzie we mnie wierzą, komuś się podoba to, co robię, to myślałam sobie, że może nie jestem taka ostatnia i może mogę małymi kroczkami coś popróbować? Chciałam mieć zajęcia z fortepianu, harmonii, z wokalu, żeby się kształcić dalej, bo zaczęłam późno. Myślę, że do końca życia będę miała niedosyt, bo pewnych rzeczy, których nie nauczyłam się w młodym wieku, już się nie nauczę. Spotkałam Adama Jarzmika czyli osobę, która zaczęła we mnie wierzyć, dała mi przestrzeń, by się móc pokazać i czułam, że we mnie wierzy. Pamiętam, że kiedyś zapytał, czy mam swoje utwory? Ja wyjęłam jakiegoś kwita zapisanego na dysku. Zagraliśmy wtedy „Cichą Wojnę”. To jest utwór z mojej pierwszej płyty i zażarło. W tym czasie wygasał zespół B6, w którym śpiewałam. Nawet miałam takie myśli, żeby pierwszą płytę zrobić pod innym szyldem niż Martyna Sabak, a dokładnie w duecie z Adamem. Ale on mi powiedział, że jest aranżerem, chce taką rolę pełnić i żebym prostu była twarzą tego projektu. I tak się dogadaliśmy, więc taki był start mojej solowej kariery. Ja się cieszyłam, że w ogóle ktoś chce ze mną działać i to mi się podobało. Pomimo tego polskiego rocka, na którym się wychowałam, to czułam, że w śpiewaniu mam taki sznyt lekko soulowy i tego nie da się oszukać. Wydaje mi się, że to jest jakiś gen, który po prostu mam, bo nawet jak śpiewałam rockowe rzeczy w B6, to mnie ciągnęło w takie lekko jazzujące frazy. Więc czuję, że się spełniam na tej drodze, którą obrałam teraz. Nie ukrywam, że chodzą za mną jeszcze nowe, inne rzeczy, no ale to na razie skupiam się na tym, co wydałam i chcę, by to pofrunęło dalej w świat. A co mi życie przyniesie? Staram się być otwarta na nowości.

GS: Jak wygląda Twoja współpraca z Adamem przy tworzeniu płyt?

MS: Przy każdej z dwóch płyt wyglądało to troszeczkę inaczej. Pierwszy album był zbiorem takich utworów, tekstów z melodiami, które były ode mnie. Ja na ogół miałam fortepianówki, po prostu akordy z melodią i to trafiało do Adama. On to aranżował, ale też szukał rozwiązań poszerzania tej melodii, by pojawiały się interwały, też mniej oczywiste, by te melodie były bardziej jazzowe. Chociaż np „Trees” jest całkowicie jego melodią. Nowa druga płyta jest kontynuacją pierwszego albumu. Podjęłam świadomą decyzję, że chcę na rynku pojawić się w krótkim odstępie z drugą propozycją. Więc o ile pierwszy album to był zbiór tekstów zebranych z szuflady, które tam kiełkowały nawet od kilku lat, to teraz przy drugim albumie musiałam się tak zaprogramować, że tworzę i piszę pod to konkretne wydawnictwo. Nie było nic w szufladzie, wszystko zaczynałam od zera, więc tu było dużo pracy. Musiałam odpowiedzieć sobie na pytania: „O czym chcesz napisać?” , „Co chcesz przekazać?”. Planowałam w kalendarzu czas dla siebie na tworzenie tych tekstów i piosenek. Czasami szło ciężko, więc zostawiałam ten tekst i potem do niego wracałam i nagle okazywało się, że dodałam jedno słowo i tekst był gotowy. Ze strony Adama było dużo więcej kompozycji jego autorstwa. Teksty są wszystkie po mojej stronie. Czasami było tak, że wiedziałam, że jak coś mi nie pasuje, to ja nie będę udowadniała, żeby to wykonać na siłę. A jeżeli coś było dla mnie fajne to forsowałam ten pomysł. Istotne jest także to, iż chciałam, aby powstał album, który potem będzie można wykonać, zagrać, zaśpiewać na koncertach nie martwiąc się, czy to się uda. Ostatecznie wszystko po swojemu wyśpiewałam na płycie i tam są naprawdę ciekawe rzeczy. Chodziło nam o to, aby działy się ambitne rzeczy, ale by nie były przytłaczające, by muzycy mogli je zagrać i mieć fun, a słuchacz się nie zmęczył.

GS: W tych piosenkach jest dużo miejsca dla muzyków, bo ty śpiewasz, ale też oni mają przestrzeń by zaprezentować swoje umiejętności.

MS: Tak, jest tam dużo miejsca na solówki i trudne partie do wykonania. Także ten album łączy melodyjność z pokręconymi harmoniami. Taki był zamysł mój i Adama. Chcieliśmy połączyć fajne melodie z czymś ambitniejszym brzmieniowo. Wszyscy jesteśmy po kierunkach muzycznych, więc połączyliśmy nasze pragnienia z przystępnością i wydaje mi się, że finalnie efekt jest bardzo pozytywny. W każdym bądź razie, ja jestem dumna!

Powiązane materiały