Penthouse

Penthouse to alt / retro rockowy septet, którego brzmienie prowadzą dwa żeńskie i jeden męski głos. Ich muzyka to mieszanka rock’n’rolla z soulem, funkiem i klimatami rodem z lat ‘60-tych. Wszystko polane mrocznym sosem. Zespół założony w Puławach przez muzyków znanych z takich zespołów jak The Black Tapes, Elvis Deluxe, The Feral Trees czy Jack Saint. Niedawno ukazał się drugi album "Somewhere A New Moon". Z tej okazji spotkaliśmy się z wokalistą Michałem Strażewski vel Jack Saint oraz wokalistka Magda Gąsiorowska.
GS: Czy po sukcesie debiutu, który został przyjęty bardzo przychylnie, czuliście podczas nagrywania drugiego albumu świadomość, że to właśnie następca debiutu jest najważniejszym wydawnictwem w dyskografii każdego wykonawcy?
MS: Nie czuliśmy niczego takiego. Staramy się działać bez takich obciążeń. Nie nagrywamy płyt dla świetnych recenzji, tylko pomysły, które nam siedzą w głowach, potrzebują wyjść na światło dzienne. I to jest forma, w której nam dane jest to praktykować.
MG: A ja przyznam, że miałam trochę stresu. Obawiałam się, że Wy, starzy wyjadacze sceny punkowej, stracicie renomę przez te nasze, moje i Zosi, bardziej soulowe klimaty…
MS: Prawdą jest, że Zosia i Magda są częścią jazzowej sceny z Puław. Może w jakiś niewypowiedziany sposób gdzieś w nas była wątpliwość, czy to wypali. Myślę, że każdy kto próbuje robić coś czego nie robił wcześniej, ma trochę takie obaw. Czy na pewno to ma być tak, a nie inaczej? Czy się na tym nie poślizgniemy? Z tym, że tak jak powiedziałem, te obawy nie były wypowiedziane.
GS: Moim zdaniem drugi album jest bardziej wygładzony i urozmaicony brzmieniowo, bardziej taki troszeczkę urozmaicony brzmieniowo. Tamta płyta była bardziej rockowa, a tutaj jest dużo soulu, funku i afrobeatu. To była naturalna ewolucja brzmienia Penthouse?
MS: To nie był świadomy ruch z naszej strony. Nikt z nas nie usiadł i nie powiedział: „No to musimy teraz dodać tego afro beatu czy funku”. To raczej było coś, co z nas wyszło naturalnie. Płyty, których słuchamy skumulowały się w nas i te dźwięki, które lubimy z nas wypłynęły.
MG: Swoją drogą śmieszna była praca nad niektórymi utworami z tej płyty, bo parę kompozycji zrobiliśmy na takiej zasadzie, że Michał miał tekst i jakiś pomysł na melodię. I na przykład raz spotkaliśmy się w parku: ja, Zosia i Michał. No i on przedstawił tam koncepcję na utwór. Coś tam nuciliśmy sobie, podśpiewywaliśmy, obmyślaliśmy to, nagrywaliśmy, a następnie wysyłaliśmy do Tomka (Szewczyka – basisty Penthouse – przyp.GS) i Bolka (Tomka Sierajewskiego – gitarzysty – przyp.GS), który jest takim mózgiem muzycznym. On z kolei ten pomysł obrabiał, odnajdywał w tym kawałku zupełnie inne elementy, na które my nie zwróciliśmy wcześniej uwagi i nagle wychodziła z tego fajna piosenka.
MS: Chcieliśmy zacząć od słowa, od tekstu i tu polecam płyty Stonesów z niedocenianego okresu lat 80-tych. „Stonesolodzy” nie cenią tego okresu ich działalności, ale Boże, jak tam jest wszystko zaśpiewane! Jak Mick Jagger się odpala na tych płytach, to za nim są przynajmniej cztery inne głosy, trzy inne głosy albo sześć innych głosów i on po prostu „siada” sobie na tych wokalach. No i wychodząc z fascynacji Jaggerem z tamtego okresu i zachwytem w stylu: „O Boże, jak oni to zrobili!” zapragnęliśmy powtórzyć ten zabieg w nasz mały penthouse’owy sposób.
GS: Ten penthouse, czyli elegancja krąży wokół Was. Mam tu na myśli okładki obu Waszych płyt, miękkie brzmienia rodem z lat 60-tych. Powiedziałeś o tej „wysysaniu” elementów z płyt, których słuchacie. Czy na samym początku działalności Penthouse było takie założenie, że w takim kierunku te brzmienia pójdą?
MS: Nie do końca. Raczej zadziałała metoda prób i błędów. Były piosenki rockowe i mniej rockowe. No to próbowaliśmy różnych brzmień. Tak to jest z zespołami, które wydają pierwsze płyty. Wrzucają tam wszystko, co mają w szufladach,
GS: Jeśli tak, to pierwszy album i tak był bardzo koherentny.
MS: Tak, ale stał się taki dopiero gdy nad nim popracowaliśmy. Ale sam początek Penthouse był taki trochę chaotyczny. Natomiast w przypadku drugiej płyty świadomie próbowaliśmy pchnąć zespół na inne wody brzmieniowe, żeby nie nagrywać dwa razy tego samego albumu. Jak ktoś ma zespół, to najważniejsze jest to, żeby nie cytować samego siebie. Można cytować innych, przetwarzać, natomiast nie należy powtarzać siebie.
MG: Poza tym dotarliśmy się między sobą, poznaliśmy wszyscy i graliśmy coraz więcej koncertów. Odkrywaliśmy nasze możliwości.
GS: Co kryje się za tytułem „Somewhere A New Moon”?
MS: Tytuł odzwierciedla potrzebę pożeglowania w przestrzeń do czegoś, co ma zarysy jakiejś nadziei dla nas. Wszystkim tego brakuje, zwłaszcza w tym momencie historycznym, w którym wszyscy się znaleźliśmy. I z tego braku zrodziło się pragnienie, żeby spróbować sobie namalować to na nasze potrzeby, a może także na potrzeby innych?
*GS: W info prasowym o nowym albumie znalazł się taki cytat, że ten krążek „jest szukaniem pioruna w butelce”. O co chodzi?*
MS: Jeszcze w latach 50-tych nikt nie mógł odpowiedzieć na pytanie: „czym jest rock and roll”? I któraś z ważnych osób z tamtych czasów powiedziała, że „rock and roll jest próbą zamknięcia pioruna w butelce”. Czyli coś co ma dużo energii a więc muzyka, którą musimy jakoś zdefiniować czyli podać i to jest butelka.
GS: Czy w ogóle jest jakiś temat przewodni tej płyty? Czy tworząc album myślicie sobie: „płyta będzie o tym i o tym?”.
MS: Płyta nie ma wiodącej tematyki. To nie było naszym celem, żeby to miało jakiś sens. Oczywiście, gdzieś tam chcieliśmy spiąć ten materiał w całość. Natomiast to nie było tak, że usiadłem i powiedziałem: „Ta piosenka będzie o historii świata, a ta o miłości”. Myślę, że na to mogą sobie pozwolić giganci, naprawdę duże nazwiska. Jeśli ktoś jest takim Dylanem to może sobie pomyśleć: „O, napisałem 50 płyt w życiu, to nowy album będzie o temacie X”. Po czym siada i 10 piosenek dziennie o temacie X. No chyba, że chcesz po prostu jakieś bzdury ludziom serwować, to wtedy to może być cokolwiek.
GS: Powiedzieliście już trochę o tym procesie powstawania muzyki u Was, natomiast ciekawi mnie, jak to w ogóle wygląda w siedmioosobowym zespole, który ma jednego wokalistę i dwie wokalistki. Jak Wy się docieracie przy tworzeniu muzyki? Wyobrażam sobie, że przy takiej ilości osób może być dużo sporów…
MG: Właściwie sporów u nas nie było. Utwory powstawały dwojako. Z Bolkiem czasami się spieraliśmy, gdyż my wokaliści zazwyczaj mieliśmy swój front. A on jest gościem, który ma już wszystko przemyślane i wie, jak dany utwór ma brzmieć. I czasami jak my wchodziliśmy ze swoim pomysłem, to musiał sobie to przetrawić. Jednak wydaje mi się, że tutaj też mamy do czynienia z naturalnym procesem, gdzie każdy coś od siebie dodaje i te utwory, nawet jeśli są na początku w szczątkowej formie, to później przeistaczają się w trakcie pracy nad nimi w gotowe produkty. Części instrumentalne kompozycji zazwyczaj powstają podczas prób chłopaków z udziałem Dawida, Bolka, Tomali podczas których coś tam sobie pogrywają. Potem przychodzi Michał ze swoimi tekstami i pomysłami. Bolek to próbuje spiąć ze sobą w całość. I wtedy wchodzimy my – wokalistki - jako taka wisienka na torcie (śmiech).
MS: Natomiast przy nowej płycie, była też druga droga tworzenia piosenek. Czyli wychodziliśmy od nas jako głosów, potem dopiero dołączał Bolek. Robiliśmy demo z tego, potem patrzyliśmy , czy jest jakiś rytm. Chcieliśmy, żeby nie był on nadany, tylko żeby wynikał z naszych wokali i z tekstu utworu. I do tego potem dochodzi reszta instrumentów. Także jest dokładnie tak, to jak powiedziała Magda, natomiast my te nasze standardy rozwijamy ile możemy.
GS: Czemu teksty są po angielsku?
MS: Odpowiedź jest bardzo prozaiczna. Ja po prostu ponad połowę życia spędziłem w krajach anglosaskich i tam chodziłem do liceum i na studia. W związku z tym angielski to jest trochę mój drugi język, a może czasem i pierwszy. Myślę po angielsku, wydaje mi się, że śnię w tym języku (śmiech). W każdym razie ja po prostu nie posługuję się dobrym polskim. Wystarczająco dobre teksty po polsku są dodatkowo trudne do napisania. Ale też nie ukrywajmy: język angielski pasuje do tego rodzaju muzyki. Ja sobie nie wyobrażam płyt Penthouse zaśpiewanych po polsku.
GS: Macie już jakieś pomysły na trzecią płytę?
MG: Mamy już pomysły na połowę nowego albumu. Produkcja drugiej płyty zabrała tak dużo czasu, że jesteśmy zdeterminowani do jak najszybszego nagrania trzeciego krążka.
GS: A może byście płytę koncertową zrobili teraz?
MS: Jeszcze nie teraz, musimy pograć ze sobą i jeszcze bardziej naoliwić naszą maszynę.
GS: Dziękuję za rozmowę.
FOTO: Michał Matraszek


